Archiwum miesiąca czerwiec 2019


Mężne czy szalone?

Z pewnością mężne

 

Jak widać „Matki mężne czy szalone?” Marty Dzbeńskiej-Karpińskiej wam reklamuję.

Kobiety, którym wmawiano:

  • że nie powinny być matkami;
  • że powinny pozwolić zabić swoje dziecko, żeby ratować swoje wiszące na włosku życie i zdrowie;
  • że powinny ograniczyć ilość swoich dzieci do jednego, do zera;
  • że powinny zapomnieć o macierzyństwie,

mimo to zostają matkami. Dają żyć swoim dzieciom, stawiają czoło chorobom.

Rodzą i wychowują, pomimo że „miało być tak strasznie”, że chorobami straszono jak czającym się potworem.

Wytrwały.

Przechorowały swoje.

Zaufanie zwyciężyło.

I miłość zwyciężyła.

Ocaliła zdrowie i życie dzieci.

Przeczytajcie koniecznie. I podajcie dalej.

To książka pełna nadziei wbrew beznadziei.

Oprócz tego piękne albumowe zdjęcia, piękna grafika, które pozwalają spotkać bohaterów po latach.



Słońce i deszcz tańczą ze sobą

Na zdjęciu pełno słońca. Aż rozbuchana żarliwą zielonością ta fotka. Oczywiście dziecięca. Złapana ciekawym okiem.

No dobrze, przyznam się.

Czytam „Udany poród” P. Simkin, R. Ancheta

Raczej nie dla rodzących. Więcej skorzysta doula, położna, osoba towarzysząca niż sama rodząca. Chyba że rodząca chciałaby obejrzeć, wypróbować proponowane pozycje porodowe pierwszego i drugiego okresu- to byłoby cenne doświadczenie. Albo sama chce mieć jak największą wiedzę z jakiegoś względu.

A ja widząc ich rozmaitość coraz bardziej zastanawiam się- to jak zaklęty w obrazki taniec. Czy da się opisać słowami, obrazkami taniec?

Poród właśnie przypomina niezwykle kunsztowny taniec matki i dziecka. Gdzie jedno odpowiada na potrzeby drugiego. Gdzie nawzajem jest przesuwanie się, żeby ustąpić miejsca drugiej osobie. Matka tańczy z dzieckiem swój porodowy taniec. Dziecko tańczy w matce „swoje wyjście” na świat.

Gdzie osoby towarzyszące przy fizjologicznym porodzie mają bardzo skromną rolę: być, dodawać odwagi, śmiałości tańcowi, czynić atmosferę porodu piękną, do zapamiętania na całe życie.

A potem tak jest w całym macierzyństwie.

Uczymy się tych swoich dzieci. Tańczymy z nimi taniec niemowlęcy. Uczymy się, kim jest i czego potrzebuje przedszkolak. Stawiamy sobie i dziecku coraz większe wymagania. Wychodząc sobie naprzeciw i oddalając się. Żeby ponownie się spotkać. Szukając swojej wzrastającej dojrzałości. I tworząc ją w radości, i bólu.

W kształtowaniu korzeni i skrzydeł w codzienności.

Wasza doula- Fizula



Do wyboru: odwaga lub lęk

Kościół św. Anny w Wilanowie

Na zdjęciu figura Stanisławy Leszczyńskiej, bohaterskiej położnej, która przyjmowała porody i chroniła życie matek i dzieci w Auschwitz. W najprostszy sposób: dzieląc się chlebem, wyciągając ręce po rodzące się dzieci, nie słuchając się oświęcimskich oprawców nakazującym jej mordować dzieci. Jej postawa nawet esesmanom imponowała. Zachodzili głowę, dlaczego ta położna nie boi się ich, nie notuje żadnej śmierci okołoporodowej: wszystkie dzieci i matki rodzące w jej asyście przechodziły przez tą granicę jaką jest poród żywe. I to w tym piekle jakim był Oświęcim!

Zadziwiająca kobieta, zadziwiająca miłość. Ochrona płynąca z Boga nie ma równej sobie- bo ta położna była niezwykle zjednoczona z Nim.

I taka sytuacja z życia wzięta.

Małżeństwo z dzieckiem wysiada na leśnym parkingu. Żona mówi do męża: „Nie idź do lasu, bo te kleszcze nas zjedzą! To niebezpieczne dla dziecka!”

I nikt nie przeczy, że bardzo bolesne i ciężkie choroby mogą przenosić te pajęczaki.

Dlatego wybierając się do lasu można wziąć jakiś preparat przeciwkleszczowy. Można też zrobić go samemu z naturalnych olejków zmieszanych w roztworze wodnym: olejek z drzewka herbacianego, tymianku i trawy cytrynowej lub olejki geraniowy, paczulowy i z drzewka herbacianego. Ale ryzyko nie jest zbrodnią. Nie idziemy przecież do lasu zarażać siebie ani dzieci kleszczami. Któż nam broni potem otrzepać się, obejrzeć siebie i dzieci po leśnej wizycie. I ucieszyć się tajemniczymi zapachami i dźwiękami lasu.

Chyba nie warto ze strachu przed kleszczami zamykać się w czterech ścianach, w bezpiecznym niezdrowym ciepełku sztucznej miejskiej roślinności, wegetacji w strachu przed zanurzeniem się w leśne piękno.

Życie wymaga od nas ryzyka. Ryzyka radości, ryzyka otwierania się na dobro, ryzyka wyboru tego, co dobre dla małżeństwa, rodziny, dla dzieci.

Inaczej życie przypomina bardziej wegetację i zamknięcie w Wieczerniku własnych przyzwyczajeń.

„Doskonała miłość usuwa lęk”

I to jest piękne, bo dzięki niej możemy wybierać to trudne dobro, do którego jesteśmy powołani.

Nie oceniam tu tej pary małżeńskiej. Dla jednych olbrzymim ryzykiem w ogóle będzie wyjście z domu. Dla innych zatrzymanie się w lesie. A jeszcze dla innych olbrzymiej odwagi będzie wymagało wyjście do lasu w zabezpieczeniu olejków naturalnych, sztucznych, ubrania z długimi rękawami i nogawkami.  Są jeszcze tacy, dla których leśna wyprawa nie będzie wymagała żadnej odwagi, a jedynie czasu 🙂



Maraton czy spływ rwącą rzeką?

Na początku zdjęcie dziecka.

Uczy się młoda osoba.

Teraz link:

Napisane przez studentkę: straszenie bólem porodowym

Też się uczy młoda osoba. A co. Niech jej będzie. Rozpowszechnię jej twórczość literacką.

A teraz ja się odezwę z głębin mojej sędziwości 😉

Na nic straszenie bólem porodowym. Kobiety i tak rodzą.

Niektóre nawet rodzą śpiewając i tańcząc. I ciesząc się rodzeniem i błogosławiąc swoje dziecko zamiast pogrążać się w bólu.

No i pozwolę się nie zgodzić ze studentką, która nie rodziła, a która porównuje poród do maratonu. Poród nie jest jak maraton. Bo w porodzie główną rolę odgrywają mięśnie gładkie niezależne od naszej woli. W maratonie natomiast główną rolę odgrywają mięśnie poprzecznie-prążkowane, które możemy świadomie spinać. Spinanie mięśni zależnych od naszej woli w porodzie nie prowadzi do niczego dobrego- najwyżej do stresu, utrudniania narodzin dziecku, uszkodzeniu mięśni dna miednicy. W porodzie, aby przebiegał bez zakłóceń i spokojnie mięśnie trzeba raczej rozluźniać, balansować nimi, dawać im wytchnienie. Głównym mięśniem, który rozluźniamy w porodzie jest mięsień zwieracz, którym jest szyjka macicy. Zaciskanie jednak innych mięśni, zwłaszcza mięśni dna miednicy utrudnia i rozwieranie szyjki.

Stąd wolę poród porównać do spływu  rwącą rzeką. Kto odda się temu nurtowi, doceni go i zrozumie, ten jest w stanie w pewnym stopniu pokierować swoją łodzią, w której przewozi skarb- dziecko. O wiele łatwiej się rodzi, gdy doświadcza się poczucia bezpieczeństwa- wtedy łatwiej o rozluźnienie, puszczenie mięśni zwieraczy, a więc też otwieranie szyjki.

No i przereklamowane parcie. Jeśli dziecko jest niedotlenione i głęboko w kanale rodnym, to rzeczywiście trzeba jak najszybciej, najmocniej przeć, żeby pomóc mu się wydostać. Ale większości dzieci nie trzeba poganiać, można im dać spokojnie, łagodnie się narodzić bez pośpiechu, bez poganiania. I bez nadwyrężania tłoczni brzusznej jaką jest przepona, co obniża niepotrzebnie wszystkie mięśnie dna miednicy.

Dziecko może się bardzo łagodnie rodzić „na wydechu”, poprzez „zdmuchiwanie świeczek” przez mamę. Gdy przechodzi stopniowo przez drogi rodne mniejsza jest dekompresja jego główki czyli bardziej stopniowa łagodniejsza zmiana ciśnień wywierana na główkę.

Porównywanie porodu do maratonu sprawia wrażenie jakby bieganie lub nadwyrężanie swoich mięśni zależnych od woli ułatwiało rodzenie. Niekoniecznie. Na pewno jest potrzebne głębokie oddychanie. Ale dla pracy mięśni gładkich współpracujących ze zwieraczem szyjki macicy. Przede wszystkim zaś dla rodzącego się dziecka, które się nieźle musi nagimnastykować: najpierw zginając, potem obkręcając, potem odginając, żeby na koniec znów się obkręcać.

Myślę, że warto w rodzeniu zauważyć, docenić aktywność pasażera łódki. I dokarmiać go oddechem, dokarmiać go dobrym jedzeniem (w początkowej fazie porodu), by miał siłę wiosłować do brzegu spotkania.

Wasza doula- Fizula 🙂



Kobieta z uśmiechem

Z Anną Powideł, autorką książki „Cesarzowa rodzi w domu”

 

Spotkanie z kobietą o niezwykłym uśmiechu- Anią Powideł z okazji Międzynarodowego Dnia Porodów Domowych 6 czerwca.

Dzień pełen niespodzianek.

Wzruszeń.

Spotkań przez duże S.

Zadziwienia, że:

  • życie zwycięża;
  • są rodzice, którzy na swoje ręce w zaciszu domowym przyjęli 12 dzieci;
  • że trudne szpitalne doświadczenia nie muszą determinować naszego życia, jeśli oddamy je Bogu prawdziwemu;
  • że w sytuacjach, gdy lekarze załamują ręce i mówią, że nic się nie da zrobić i skazują na medykalizację, można tak wiele pomóc (kobieta pod koniec ciąży z wielowodziem, problemem z nerkami wyleczyła się przy pomocy ziołowej kuracji: ekstrakt z korzenia pietruszki, ziela rdestu, skrzypu, nawłoci, liścia brzozy, kłącza perzu, korzenia lubczyku).

Wasza doula- Fizula



Jest.

Jest radość.

Nie zapomnij o niej.

I uśmiechnij się do najniegrzeczniejszego dziecka 🙂