Archiwum kategorii ‘Do poczytania- książki i nie tylko’


15 października- gdzie jesteś moje dziecko?

Zaglądanie do nieba.

Jest tam kto?

Dziś dzień pamięci dzieci utraconych.

Zaglądamy za nimi do nieba,

gdzie brykają po niebiańskich ogrodach,

bawią się nieustannie

i zawsze czują się kochane

w objęciach Miłości,

która stęskniona sięgnęła po nie  na ziemię.

 

Mogę pożyczyć/oddać/ zamienić (proszę o zgłoszenia chętnych) „Listy do Darcy. Wzruszające słowa matki do nienarodzonego dziecka.” Tracy Ramos

Książka w sam raz na dzisiejszy dzień (Dzień Pamięci Dziecka Utraconego), na tęsknotę za dzieckiem, które za szybko odpłynęło. Mała Darcy żyła 36 tygodni u swojej mamy  i 15 dni po narodzinach mając trisomię chromosomu 18. Żyła krótko- pomogła tak wielu stać się lepszymi, bardziej kochającymi.



Rosną nogi, ręce, serce

Kiedyś chodziłam do klubu przedszkolaka z moimi dziećmi. Założenie tych klubów było takie, żeby rodzice byli tak długo na zajęciach z dziećmi jak długo tego dzieci potrzebowały. Panie przedszkolanki prowadzące te zajęcia były na tyle mądrymi kobietami, by zachęcać rodziców, żeby odpowiadali na potrzeby dzieci. I niektórym dzieciom wystarczało kilka dni lub tygodni towarzyszenia, by poczuć się pewnie i dobrze w nowym miejscu, innym kilka miesięcy. Pamiętam też takie dzieci, które dopiero po roku lub jeszcze dłuższym czasie zechciały zostawać bez opieki bliskiej osoby. Założeniem tego miejsca była też formuła, że od czasu do czasu (raz w miesiącu bodajże) rodzic był też „na dyżurze” w klubie.

Większość rodziców korzystała z tej możliwości wsparcia swoich dzieci i pozostawała z nimi jakiś czas na zajęciach. Pamiętam jednak i takie sytuacje, gdy rodzice zlekceważyli to zdroworozsądkowe zalecenie, by pozwolić się zaadaptować dzieciom, dzięki swojej obecności, która działała uspokajająco na dziecko. Traciło na tym dziecko „wepchnięte” w rolę samodzielnego przedszkolaka. Traciły na tym pozostałe dzieci, które zamiast zajęć musiały wysłuchiwać płaczu nieboraka. Pozostałym maluchom udzielał się posępny nastrój dziecka przestraszonego pozostawieniem wśród nieznajomych.

Obce miejsce, obcy ludzie, obce, nieznajome wymagania, zadania- nawet człowiek dorosły czasem z trudem znosi pierwsze dni w nowym miejscu, nowej pracy. Cóż dziwić się dziecku!

Minęło sporo lat odkąd pożegnałam się z klubem przedszkolaka- teraz te dzieci, które wóczas poznałam przestały być już dziećmi. Czy zaszkodziło im udzielanie wsparcia przez rodziców? Pozwolenie im na dojrzewanie we własnym tempie w zamian za wrzucenie w samodzielność?

Ani trochę!

Dzieci te wyrosły na samodzielnych, zainteresowanych światem młodych ludzi.



Ile masz mieć dzieci?

„Rosa, jak ty to robisz?”– słyszała często Rosa podróżując i dzieląc się swoją rodzicielską wiedzą.

A dzielić się doprawdy ma się czym po urodzeniu 18 dzieci i wychowywaniu swojej gromadki.

Jeśli ci się zdaje, że masz ciężko, bo masz 1,2,3… dzieci, to może warto sięgnąć po tę książeczkę „Rosa, jak ty to robisz?” I zaczerpnąć inspiracji do bycia z dziećmi, ucieszenia się z własnej rodziny, docenienia relacji z mężem.

Anegdoty i psoty.

Książka nieco niebezpieczna, bo wciąga i człowiek się nie może oderwać aż nie skończy.

Zapewne nie po to ją się czyta, żeby skorzystać ze wszystkich pomysłów na życie tej konkretnie rodziny.

Dla mnie najważniejszy w tej konkretnie lekturze okazał się sam początek.

Pierwsze dziecko urodziło się z wadą serca- lekarze zawyrokowali, że będzie żyć nie dłużej niż 3 lata.

Drugie i trzecie dziecko zmarło szybko.

Werdykt medyczny zabrzmiał: Nie powinniście mieć więcej dzieci!

Jak to dobrze, że ci konkretni rodzice wierzyli jednak bardziej Bogu niż lekarzom i otworzyli się na głębokie pragnienie ich serc, by nie rezygnować z marzenia o dużej rodzinie!

Życie jest zbyt ciekawe, by rezygnować z życia 🙂

O to ile w naszych rodzinach mamy mieć dzieci, pytajmy więc współmałżonka, Pana Boga. Jeśli na ten temat wypowiada się doktor, babcia, siostra, ciocia, wujek, koleżanka czy internautka- to znaczy, że wtyka nos w nie swoje sprawy.



Rok szkolny w pół roku

Dawid Małecki wypowiada się, dlaczego rzucił szkołę i mu z tym dobrze:

Nauka w domu nie idzie w las

Dla mnie najciekawszy fragment tego bloga to ta krótka analiza nudy.

W gruncie rzeczy nuda wydaje mi się do pewnego stopnia czymś cennym i sensownym w edukacji domowej. Dlaczego?

Otóż to jest znakomity czas na myślenie, stawanie się pomysłowym, przedsiębiorczym, pracowitym. O ile się zacznie nad sobą pracować, sobie stawiać wymagania, cele- tak jak wypowiadający się w powyższym linku chłopak.

Szkoła uczy przechodzenia na zielonym świetle, stania na czerwonym. Życie uczy, że oprócz tego obowiązuje zasada ograniczonego zaufania. Nawet na zielonym warto się więc rozejrzeć, bo bywają kierowcy co i na czerwonym świetle jadą.

Szkoła w ogromnym zakresie uczy udzielania właściwych odpowiedzi. Życie uczy, że postawienie pytania jest kluczowe.

Nie przekreślam edukacji w szkole, bo coraz bardziej mi z nią po drodze. Ale podziwiam starsze dzieciaki, które wybrały swoją drogę.



Czego nie uczą w szkole

Święto Niepodległości minęło.

Jednak powracanie do jego źródeł, do tego, jak powróciło po latach podziemnego nurtu jest zawsze warte pogłębiania, przekazywania dzieciom:

Geneza Święta Niepodległości



Tracić to zysk

„Zawsze kiedy coś tracisz, coś zostawiasz z tyłu, ale idziesz do przodu. Nie martw się tym, co straciłeś, ale ciesz się tym, co zyskujesz dzięki temu, że tracisz!

Przeczytałem kiedyś takie przysłowie arabskie:

Zanim ręka napełni się skarbami, musi puścić kamienie<.”

A. Pelanowski „Wolni od niemocy”

Zastanawiałam się, czemu tak jest, że tracić coś z Bogiem, okazuje się wcześniej czy później tylko zyskiem.

Popatrzcie na ten ogień na zdjęciu.

Wszystko tam zmienia się w popiół: i papier, i drewno, i cokolwiek by jeszcze nie wrzucić.

Ale inaczej jest z Ogniem Ducha Świętego. Ten Ogień jest twórczy: tak wypala, że nic nie niszczy, a tworzy zupełnie nowe mocniejsze dzieło. Fascynujące jest spotkanie Mojżesza z Bogiem w ognistym krzewie: on płonie, a nie spala się (Wyj 3, 1-12). Tworzy, a nie niszczy.

„Hura! Przegrałem czyli jestem bliżej Boga!”



Wędrowanie z domu…

IMG_1685

Przybyła do mojego domu na anielsko-ludzkich skrzydłach (czyli Anielka z rodzicami i bratem) książka „Dom w Bogu” Augustyna Pelanowskiego.

W sam raz na wakacje pozycja.

O wędrowaniu.

O wychodzeniu z domu. O przemianie serca, gdy odważymy się przekroczyć próg tego, co znane, zapraszając do drogi dobrego Anioła.

I o tym, jak to ważne, by wyjść z rodzinnego domu, żeby odnaleźć swoje życiowe powołanie.

Żeby przemienić się. Zadomowić w Bogu, a nie w starych schematach rodziny pochodzenia.

I smakowity fragmencik:

„Nie będziesz gotował koźlęcia w mleku jego matki” (Pwt 14, 21)

„Można go traktować dosłownie, ale może on mieć też znaczenie o wiele głębsze. Iluż ludzi cierpi z powodu uzależnienia i skarłowaciałej postawy wobec własnej matki, która zamienia swoje dziecko w ekwiwalent męża, gdy go zabraknie? Jeśli syn całe życie spędza w atmosferze „mleka” czyli jest nigdy nie dorastającym dzieckiem, czy nie staje się to hybrydalną krzywdą? Jest „przegrzany emocjonalnie”, jakby był latami gotowany w tkliwej substancji uczuć matki, a nawet „rozgotowany”! To samo dotyczy córki ojca, który nie pozwala jej się usamodzielnić.

Opuszczenie rodzinnego domu nie powinno być jedynie porzuceniem, lecz pierwszym krokiem do odkrycia zadomowienia się w Bogu, do odkrycia świątyni jako domu Boga, który chce być ojcem dla człowieka.”

Augustyn Pelanowski „Dom w Bogu”



50 %

zdjecie-12

Cytat:

„U małego dziecka mózg zużywa połowę energii całego ciała, a u dorosłego- około 20 procent, mimo że stanowi zaledwie 2 procent masy ciała.”

T.Rożek „Człowiek”

Może dlatego dzieci są tak twórcze, że robią zdjęcia lamp „ogrodowych” znajdujących się w domu (j.w.), makaronu w zupie, tęczy na suficie?

zdjęcie(3)



Tłumaczenie, że nie jest się wielbłądem

zdjęcie 2

Zauważyliście, że panuje wśród kobiet plaga problemów hormonalnych?

Mnóstwo kobiet ma Hashimoto, inne tarczycowe przypadłości, inne np. hiperprolaktynemię, jeszcze inne problemy z hormonami płciowymi, za dużo, za mało, za dużo męskich itd. Tkanka tłuszczowa to też nasz narząd hormonalny do wytwarzania żeńskiego hormonu, więc gołym okiem widać, że nie zawsze jest ona w normie.

Równocześnie panuje plaga niewidoczna gołym okiem. Gromadzimy w organizmie, chłoniemy jak gąbki wiele sztucznych substancji chemicznych, tworzyw sztucznych. Liczne z nich w kobiecym organizmie zachowują się jak estrogeny- ważne żeńskie hormony. Ciekawe, że dopiero kilkaset dzieci musiało umrzeć, by np. wycofano z produkcji mleka z podwyższoną ilością bisfenolu A. Kolejne setki i tysiące muszą polec, by wycofano tą substancję z produkcji niektórych butelek dla niemowląt? Ile kolejnych dorosłych musi umrzeć jako „chemiczni” męczennicy, by wycofano to tworzywo z produktów dla dorosłych? Oczywiście dorośli tak szybko i łatwo nie umierają- bisfenol A i inne chemikalia grzecznie sobie drzemią w ich tkance tłuszczowej, wątrobach, nerkach, kościach i innych narządach.

Czy te dwie plagi-problemów hormonalnych i zatrucia tworzywami sztucznymi i chemikaliami można powiązać ze sobą?

Coś jest na rzeczy.

Plastykowe życie.

Ile się da tak ciągnąć?

Pewnie długo. Jednak my matki nasze produkty spożywcze ciągle foliowując karmimy też nasze dzieci folią, syntetykami: te pod sercem, te karmione z butli, te mlekiem matki, te duże.

Autorka książki „Piersi. Historia naturalna i nienaturalna” odstawiła swoje dziecko od piersi zbadawszy swoje mleko na zawartość chemikaliów- tak się przeraziła.

Jak piramidalne głupstwo zrobiła, mogłaby się przekonać zbadawszy mleko modyfikowane. Dowiedziałaby się wówczas, że zawiera ono jeszcze więcej trucizn (np. DDT) i substancji niejadalnych.

Dziś mój przeinteligentny syn zrymował w ramach protestu: „Lepiej umrzeć od chemii niż od bakterii.

Można i tak.

Jednak „Łatwiejszym łupem dla bakterii może się okazać ten, co ma w sobie dużo chemii”.

Niepotrzebne jednak to straszenie,

wystarczy dbać o jedzenie,

by nie było plastykowe,

bo życie nie jest jednorazowe.

Ciekawe,

że mający świetne efekty lekarze w walce z niepłodnością, z problemami hormonalnymi stosują właśnie terapie dietą, np. bezglutenową, beznabiałową itd. w zależności od wyników testów nietolerancji.

W zasadzie jaki skutek to plastykowe życie ma, to rozpanoszenie firm chemiczno-farmaceutycznych dowiemy się pewnie za kilkadziesiąt lat. Chociaż biochemicy już teraz potrafią podnosić wielkie larum. Są pewne badania o tym, jak chemikalia, tworzywa sztuczne obniżają np. płodność, zmieniają funkcjonowanie układu hormonalnego.

W zasadzie to, co powyżej napisałam to tłumaczenie, że my ludzie nie jesteśmy wielbłądami. Ani ufoludkami.

Gdybyśmy pochodzili z krainy plastykowej, pewnie służyłoby nam otaczanie się sztucznościami, zjadanie ich.



Kroczki w przód, kroczki w tył

Blaski i cienie- idąc do światła

Blaski i cienie- idąc do światła

„Gdy byłem dzieckiem,

mówiłem jak dziecko,

czułem jak dziecko,

myślałem jak dziecko.” 1Kor13, 11

Tymczasem dopada czasem takie zmęczenie, że coś się kiełbasi w głowie u potwornej matki małych potworzątek. I wydaje jej się, że to dzieci powinny zwłaszcza czuć i myśleć, i zachowywać się jak dorosły, a ona może sobie pozwolić na bycie niedojrzałym potworkiem.

Wykrzykiwać i tupać nieznośnie wypada młodym potworzętom, bo potwornie niedojrzałe.

Jak mama-potworzyca też przekonująco tupie i emocjonująco wrzeszczy, to pięknie się to utrwala w coraz bardziej krzyczących potomkach.

No więc wypada zacząć tresować pięknie potworną dziatwę jako stworzoną w siódmym dniu stworzenia, a więc razem ze zwierzętami. A jeszcze bardziej wypada tresować siebie i żyć tą nauką postu, wymagania od siebie.

Małe potworki lubią być tresowane, bo mogą zdobywać nagrody, bo wiedzą, co je czeka. Lubią być tresowane, bo rozumieją, jak unikać kary.

Im młodszy paszczak, tym więcej nagród: naklejeczek, piecząteczek, serduszeczek, przytuleń i doceniania.

Już półroczny brzdąc uczy się metodą kar i nagród. Ugryzienie mamy plus jej szybka reakcja-zabranie piersi=szybkie oduczenie się procederu gryzienia.

Są takie typy, dla których samo spojrzenie (nawet siejące grozę) jest nagrodą. Są takie, gdzie trzeba się natrudzić, żeby typ poczuł się potwornie docenionym.

Uff! Potwornie zanudziłam dzisiaj.

Polecam na podwieczorek E.Eggerichs „Miłość i szacunek. W rodzinie”