Archiwum kategorii ‘Do poczytania- książki i nie tylko’


Ocalając duszę

Naziści z Auschwitz byli zdziwieni, że położna Stanisława Leszczyńska przyjmuje tak porody, że żadne dziecko jej nie zmarło, żadna matka nie straciła życia. Chociaż przyjęła w tym piekle obozowym porodów niemało, bo 3000.

Chociaż warunki jak to w obozie koncentracyjnym- makabryczne.

Ja się dziwię ogromowi miłości, jaki płynie z tej postaci.

Temu, że w każdych nawet najcięższych warunkach można ocalić swoje człowieczeństwo, człowieczeństwo drugiej osoby.

Ocalić duszę.

Że Pan Bóg nawet na dno piekła posyła swoich aniołów i świętych.

Żeby ratować.

Może ktoś chce ze mną poczytać?



Od kuchni

Dedykowane Magdzie, która prywatnie zadała mi pytanie. I bardzo jej dziękuję, bo dzięki niej nie tracę nadziei, że czytelniczki mojego bloga jeszcze nie wymarły 😉

Kontynuuję więc poprzedni wpis.

Jak robić jedzenie dla 8-miesięcznego człowieka i przeżyć, kontynuując karmienie piersią?

Karmienie piersią nie traci podczas wprowadzania swoich licznych funkcji, a nawet zyskuje nową: osłania przewód pokarmowy podczas wprowadzania „trudnego” początkowo dla dziecka jedzenia. Pisząc „trudnego” nie miałam na myśli wyłącznie trudnego do pogryzienia, ale również trudnego do strawienia, trudnego do oczyszczenia przez niedojrzałą wątrobę, trudnego, bo mogącego powodować podrażnienia przewodu pokarmowego. Nie jest więc dziwne, że dziecko wraca do piersi jak bumerang, jeśli mu się to umożliwi. I warto pozwolić sobie tym się cieszyć, że w razie czego pierś pozostaje pewnikiem, z którego dziecko się naje, załagodzi to jego przewód pokarmowy.

Dziecko w drugim półroczu życia, ale też w drugim roku życia może niekiedy lub cały czas budzić się często lub bardzo często:

  • bo upewnia się, czy jest przy nim mama (spodziewa się, że jak ona go uśpiła, to jak się przecknie, to też powinna być w pobliżu);
  • bo w dzień nie ma czasu na ssanie lub za mało jest skupione na nim- w końcu świat jest taki ciekawy, raczkowanie lub inne nowo opanowane ruchy takie ciekawe, czasem mamy za dużo podsuwają dziecku w niewielkim jeszcze stopniu strawnej żywności uzupełniającej; dlatego dziecko nadrabia nocą zaległości dzienne, a dodatkowo pracuje ssąc wytrwale nad budową swojego mózgu- nocne mleko ma więcej lipidów, więcej cholesterolu, kwasów DHA, dużo wody i innych składników potrzebnych do tego; w tym czasie sprawdza się więc karmienie przez sen, nieodkładanie dziecka- jeśli wcześniej się tego nie nauczyłyśmy, to teraz jest okazja;
  • bo zwyczajnie potrzebuje jeść w nocy i jest to dla niego z wielu jeszcze powodów zdrowe;
  • przewaga lekkiego nocnego snu jest zwyczajnie zdrowe dla jego mózgu: wówczas najbardziej mózg się rozwija;
  • stosunkowo często dodatkową przyczyną częstego budzenia są też pasożyty układu pokarmowego (np. swędzące owsiki)- dziecko wszak w tym okresie wszystko bierze do buzi, nietrudno więc się zarazić przy takim trybie życia.

Jak karmić piersią i przetrwać takie okresy częstych nocnych pobudek:

  • być blisko dziecka; budzi nas nie samo karmienie piersią, bo ono działa usypiająco, ale: czekanie aż dziecko zaśnie, odkładanie dziecka, jakieś nasze nocne eksperymenty; tak zorganizować to nocne karmienie, żeby było nam wygodnie, żeby się nie rozbudzać;
  • pogratulować sobie dotychczasowego i obecnego karmienia piersią i w nagrodę: zrobić sobie morfologię krwi i jeśli czujemy się codziennie wyczerpane, przemęczone, bez sił również badanie tarczycy (TSH, Ft3, Ft4); poprawić jakość swojego odżywiania, żeby było zdrowsze, bardziej pełnowartościowe, żeby zawierało więcej witamin, mikroelementów; większość kobiet karmiących pije też za mało lub pije za dużo odwadniających napojów (kawa i herbata)- dlatego warto starać się dużo pić po wyczerpującej nocy; oczywiście można sobie też inne nagrody sprawić- zwłaszcza takie, które dadzą nam radość, którą będziemy mogły żyć;
  • pogratulować sobie po wyczerpującej licznymi pobudkami nocy, bo to jest kawał ciężkiej roboty matki na rzecz dziecka; a po robocie jak to po pracy należy nam się odpoczynek: a więc pozwalać sobie odespać w dzień (gdy dziecko zaśnie lub wyprawić bliską osobę z dzieckiem na spacer itp., żeby samej móc zdrzemnąć się lub tylko poleżeć; i koniecznie pozbyć się tu wszelkich skrupułów: sprzątanie, inne prace będziemy miały całe życie, a dziecko karmione piersią o wiele krócej
  • w skrócie: trzeba być dla siebie dobrą! wtedy łatwiej będzie nam być dobrą również dla dziecka.

A jeśli chodzi o menu, to pierwszy i drugi rok życia jest okresem, kiedy samemu warto wdrożyć dobre nawyki żywieniowe, które posłużą całej rodzinie, a przy okazji dziecku:

  • mało lub wcale cukru, soli i sztucznych dodatków do żywności (stabilizatorów, emulgatorów, konserwantów, wzmacniaczy smaku, słodzików czyli przeróżnych E); ponieważ jednak dorośli potrzebują trochę soli, warto najpierw odjąć trochę jedzenia dla dziecka, a potem je dopiero osolić, przyprawić pikantniej; zamiast soli dodajemy natomiast nasze poprawiające smak i trawienie zioła: majeranek, bazylia, tymianek itd.;
  • jeśli to możliwe, postarać się o warzywa, owoce, ziarna, jaja, mięso od babci, cioci, rolnika, który hoduje „dla siebie”; a jeśli kupujemy w supermarkecie, wybierajmy chociaż albo eko albo chociaż okazy małe (np. marchewki małe nie będą tak przenawożone jak te duże); najpierw więc wprowadzamy rodzime polskie produkty, na drugi rok zostawiając produkty egzotyczne, zagraniczne etc.;
  • wybieramy przede wszystkim pieczenie, gotowanie (też na parze) jako sposób przyrządzania potraw unikając smażenia jako „trudnego” dla wątroby i zdrowia zwłaszcza dziecka (ale dorosłego również);
  • korzystać możliwie często (najlepiej 1 raz dziennie lub częściej) z naturalnych probiotyków, jakimi są domowe kiszonki lub sok z nich; dla dziecka początkowo wystarczy parę kropel dziennie; warto wiedzieć, że łyżeczka naturalnego soku z kiszonek zawiera więcej probiotyków niż całe opakowanie aptecznych probiotyków w postaci saszetek, Lakcidów, Trilaców itp.;
  • dodawać do potraw na końcu (po ugotowaniu lub upieczeniu) surowe oleje z pierwszego tłoczenia: z oliwek, lniany, słonecznikowy, arbuzowy, z pestek dyni itd.; zamiast mąki warto zagęścić danie, np. sos mielonym siemieniem lnianym (najlepiej gdy zmielone jest całe ziarno, a nie apteczne siemię, które jest odtłuszczone);
  • dieta wegańska jest wybrakowana, żeby nie mieć niedoborów, trzeba jeść choćby od czasu do czasu jajka, mięso, nabiał (lub choćby same jajka); 8-miesięcznemu dziecku wprowadzamy żółtko, dobrej jakości mięso, jeśli wcześniej tego nie zrobiliśmy.

Z powodu niedojrzałego przewodu pokarmowego, nerek, narządu przeżuwania nie podajemy (lub unikamy zazwyczaj) dziecku w pierwszym roku życia:

  • orzechów- z powodu możliwości zadławienia i ogromnej alergenności;
  • soli z powodu niedojrzałych nerek;
  • produktów zakonserwowanych, silnie zmodyfikowanych itp.;
  • dań smażonych z powodu niedojrzałej wątroby;
  • produktów silnie uczulających: mleka krowiego i jego przetworów (odrobinę w 11 i 12 miesiącu można zacząć proponować), cytrusów, truskawek, ryb, kakao, orzechów; na to wszystko dziecko będzie miało czas w drugim bądź trzecim (alergicy) roku życia.

Dzieci natomiast potrzebują stosunkowo więcej niż dorośli:

  • tłuszczu- można go dodawać do zup, warzyw, kasz itp.;
  • cholesterolu ze względu na budowanie swojego mózgu i proces mielinizacji;
  • węglowodanów: złożonych i prostych, aby mieć wiele energii, szybko rosnąć (w 1 roku życia dziecko nie może surowego miodu ze względu na możliwość występowania w nim bakterii- może jednak przegotowany); warto więc podawać wielość kasz i płatków: jaglane, jęczmienne, gryczane, owsiane, quinoa, kuskus, itd.; dzieci najłatwiej akceptują słodki smak, stąd często owoce są chętniej przez nie zjadane, ale proponujemy również wiele warzyw;
  • białek zwierzęcych- ze względu na szybki wzrost.

Czy będzie ciąg dalszy? Zobaczymy. Przydałoby się jeszcze dojść do konkretów. Kilka super przepisów. Co Wy na to?

Zachęcam do przeczytania z dawką zdrowego krytycyzmu: „Bobas lubi wybór” i Gonzalesa „Moje dziecko nie chce jeść”. Ale najważniejszą książką, jaką każda mama powinna przeczytać jest księga własnego dziecka: słuchanie go, obserwowanie, szukanie dlań zrozumienia niepozbawione dawki roztropności. I pozwólmy dziecku, by była to księga radości.



Cesarzowa przeprowadza się

Pomóżmy Ani kupując jej książkę!

Ania przeprowadza się i na tę przeprowadzkę ma jeszcze ponad 1000 swoich niesprzedanych książek.

Dlaczego warto kupić tę książkę?

Po pierwsze, żeby ułatwić jej przeprowadzkę wraz z liczną rodzinką (6 dzieci).

Po drugie, bo ta lekturka trzyma w napięciu aż do końca. I jest świadectwem umiłowania życia, odwagi pięknego rodzenia.

Nie dlatego, że jest polukrowana, że osładza czy przesładza macierzyństwo.

Nie dlatego, że pokazuje poród w domu jako coś idealnego.

Wręcz przeciwnie- jest do bólu prawdziwa. Do bólu kontrowersyjna.

Poród w domu po cesarce pokazuje jako wielce ryzykowny (na 4 domowe porody po 2 cesarkach aż 3 kończą się krwotokiem)- aż mnie boli, gdy o tym piszę. Z tymże już po 2 cesarce było pęknięcie macicy- więc z medycznego punktu widzenia o porodach domowych nie powinno być już dalej mowy. Ale Ania nie oddałaby żadnego z tych porodów, nie zrezygnowałaby z żadnego z nich i niesie wiele nadziei i odwagi innym kobietom przez swoją książkę, rekolekcje, spotkania. Choć lekarze przekreślili jej macierzyństwo już przy drugim dziecku. Obecnie cieszy się zaś sześciorgiem dzieci.

To co? Kupujecie?

Przeprowadzka razem z 1000 książek. Hmmm… Jak kupisz jedną, to będzie już tylko 999 🙂



Mężne czy szalone?

Z pewnością mężne

 

Jak widać „Matki mężne czy szalone?” Marty Dzbeńskiej-Karpińskiej wam reklamuję.

Kobiety, którym wmawiano:

  • że nie powinny być matkami;
  • że powinny pozwolić zabić swoje dziecko, żeby ratować swoje wiszące na włosku życie i zdrowie;
  • że powinny ograniczyć ilość swoich dzieci do jednego, do zera;
  • że powinny zapomnieć o macierzyństwie,

mimo to zostają matkami. Dają żyć swoim dzieciom, stawiają czoło chorobom.

Rodzą i wychowują, pomimo że „miało być tak strasznie”, że chorobami straszono jak czającym się potworem.

Wytrwały.

Przechorowały swoje.

Zaufanie zwyciężyło.

I miłość zwyciężyła.

Ocaliła zdrowie i życie dzieci.

Przeczytajcie koniecznie. I podajcie dalej.

To książka pełna nadziei wbrew beznadziei.

Oprócz tego piękne albumowe zdjęcia, piękna grafika, które pozwalają spotkać bohaterów po latach.



Kobieta z uśmiechem

Z Anną Powideł, autorką książki „Cesarzowa rodzi w domu”

 

Spotkanie z kobietą o niezwykłym uśmiechu- Anią Powideł z okazji Międzynarodowego Dnia Porodów Domowych 6 czerwca.

Dzień pełen niespodzianek.

Wzruszeń.

Spotkań przez duże S.

Zadziwienia, że:

  • życie zwycięża;
  • są rodzice, którzy na swoje ręce w zaciszu domowym przyjęli 12 dzieci;
  • że trudne szpitalne doświadczenia nie muszą determinować naszego życia, jeśli oddamy je Bogu prawdziwemu;
  • że w sytuacjach, gdy lekarze załamują ręce i mówią, że nic się nie da zrobić i skazują na medykalizację, można tak wiele pomóc (kobieta pod koniec ciąży z wielowodziem, problemem z nerkami wyleczyła się przy pomocy ziołowej kuracji: ekstrakt z korzenia pietruszki, ziela rdestu, skrzypu, nawłoci, liścia brzozy, kłącza perzu, korzenia lubczyku).

Wasza doula- Fizula



Pasja narodzin- pasja umierania

„Zmarła na Matkę Boską Gromniczną; jej jasny duch –

Biała świeca świata – pali się na drodze

Do innych sfer służby i cnoty,

Żywe światło Wiecznego Dnia.”

 

-cytuje Sheila Kitzinger wiersz o swej matce napisany po jej śmierci. „Pasja narodzin”- to biografia tej autorki, w której pisze i o narodzinach, i o śmierci.

Wszystkie swoje pięć córeczek urodziła w domu, w tym bliźniaczki. Jeździła po całym świecie, by sprawę narodzin, karmienia piersią badać, poznawać, ale też dzielić się tym, co odkryła o porodzie czyli swoją pasją, szczęściem, entuzjazmem rodzenia, ale też karmienia dzieci piersią.

Niektórzy ją oskarżali, że w swoich wykładach-pokazach poród naturalny pokazuje zbyt podobnie do współżycia, przeżywania orgazmu, całą sobą. Tak jakby poród nie był kontynuacją współżycia, jego rozwojem aż do dawania życia na świat.

Towarzyszyła też swej matce w odchodzeniu z tego świata właśnie w domu, by niepotrzebnie nie zadawać jej bólu, być do końca przy niej z miłością.

Z wieloma rzeczami z Sheilą się nie zgadzam, z jej daleko posuniętym feminizmem, który aż niszczy kobiety. Była jednak tak bardzo barwną osobowością, tak wiele zrobiła na rzecz godnego rodzenia, karmienia, że warto przeczytać jej biografię. Odwiedzić wraz z nią różne zakątki świata, by być mentalnie z kobietami wszystkich ras w ich darze rodzenia i karmienia.



15 października- gdzie jesteś, moje dziecko?

Zaglądanie do nieba.

Jest tam kto?

Dziś dzień pamięci dzieci utraconych.

Zaglądamy za nimi do nieba,

gdzie brykają po niebiańskich ogrodach,

bawią się nieustannie

i zawsze czują się kochane

w objęciach Miłości,

która stęskniona sięgnęła po nie  na ziemię.

 

Mogę pożyczyć/oddać/ zamienić (proszę o zgłoszenia chętnych) „Listy do Darcy. Wzruszające słowa matki do nienarodzonego dziecka.” Tracy Ramos

Książka w sam raz na dzisiejszy dzień (Dzień Pamięci Dziecka Utraconego), na tęsknotę za dzieckiem, które za szybko odpłynęło. Mała Darcy żyła 36 tygodni u swojej mamy  i 15 dni po narodzinach mając trisomię chromosomu 18. Żyła krótko- pomogła tak wielu stać się lepszymi, bardziej kochającymi.



Rosną nogi, ręce, serce

Kiedyś chodziłam do klubu przedszkolaka z moimi dziećmi. Założenie tych klubów było takie, żeby rodzice byli tak długo na zajęciach z dziećmi jak długo tego dzieci potrzebowały. Panie przedszkolanki prowadzące te zajęcia były na tyle mądrymi kobietami, by zachęcać rodziców, żeby odpowiadali na potrzeby dzieci. I niektórym dzieciom wystarczało kilka dni lub tygodni towarzyszenia, by poczuć się pewnie i dobrze w nowym miejscu, innym kilka miesięcy. Pamiętam też takie dzieci, które dopiero po roku lub jeszcze dłuższym czasie zechciały zostawać bez opieki bliskiej osoby. Założeniem tego miejsca była też formuła, że od czasu do czasu (raz w miesiącu bodajże) rodzic był też „na dyżurze” w klubie.

Większość rodziców korzystała z tej możliwości wsparcia swoich dzieci i pozostawała z nimi jakiś czas na zajęciach. Pamiętam jednak i takie sytuacje, gdy rodzice zlekceważyli to zdroworozsądkowe zalecenie, by pozwolić się zaadaptować dzieciom, dzięki swojej obecności, która działała uspokajająco na dziecko. Traciło na tym dziecko „wepchnięte” w rolę samodzielnego przedszkolaka. Traciły na tym pozostałe dzieci, które zamiast zajęć musiały wysłuchiwać płaczu nieboraka. Pozostałym maluchom udzielał się posępny nastrój dziecka przestraszonego pozostawieniem wśród nieznajomych.

Obce miejsce, obcy ludzie, obce, nieznajome wymagania, zadania- nawet człowiek dorosły czasem z trudem znosi pierwsze dni w nowym miejscu, nowej pracy. Cóż dziwić się dziecku!

Minęło sporo lat odkąd pożegnałam się z klubem przedszkolaka- teraz te dzieci, które wóczas poznałam przestały być już dziećmi. Czy zaszkodziło im udzielanie wsparcia przez rodziców? Pozwolenie im na dojrzewanie we własnym tempie w zamian za wrzucenie w samodzielność?

Ani trochę!

Dzieci te wyrosły na samodzielnych, zainteresowanych światem młodych ludzi.



Ile masz mieć dzieci?

„Rosa, jak ty to robisz?”– słyszała często Rosa podróżując i dzieląc się swoją rodzicielską wiedzą.

A dzielić się doprawdy ma się czym po urodzeniu 18 dzieci i wychowywaniu swojej gromadki.

Jeśli ci się zdaje, że masz ciężko, bo masz 1,2,3… dzieci, to może warto sięgnąć po tę książeczkę „Rosa, jak ty to robisz?” I zaczerpnąć inspiracji do bycia z dziećmi, ucieszenia się z własnej rodziny, docenienia relacji z mężem.

Anegdoty i psoty.

Książka nieco niebezpieczna, bo wciąga i człowiek się nie może oderwać aż nie skończy.

Zapewne nie po to ją się czyta, żeby skorzystać ze wszystkich pomysłów na życie tej konkretnie rodziny.

Dla mnie najważniejszy w tej konkretnie lekturze okazał się sam początek.

Pierwsze dziecko urodziło się z wadą serca- lekarze zawyrokowali, że będzie żyć nie dłużej niż 3 lata.

Drugie i trzecie dziecko zmarło szybko.

Werdykt medyczny zabrzmiał: Nie powinniście mieć więcej dzieci!

Jak to dobrze, że ci konkretni rodzice wierzyli jednak bardziej Bogu niż lekarzom i otworzyli się na głębokie pragnienie ich serc, by nie rezygnować z marzenia o dużej rodzinie!

Życie jest zbyt ciekawe, by rezygnować z życia 🙂

O to ile w naszych rodzinach mamy mieć dzieci, pytajmy więc współmałżonka, Pana Boga. Jeśli na ten temat wypowiada się doktor, babcia, siostra, ciocia, wujek, koleżanka czy internautka- to znaczy, że wtyka nos w nie swoje sprawy.



Rok szkolny w pół roku

Dawid Małecki wypowiada się, dlaczego rzucił szkołę i mu z tym dobrze:

Nauka w domu nie idzie w las

Dla mnie najciekawszy fragment tego bloga to ta krótka analiza nudy.

W gruncie rzeczy nuda wydaje mi się do pewnego stopnia czymś cennym i sensownym w edukacji domowej. Dlaczego?

Otóż to jest znakomity czas na myślenie, stawanie się pomysłowym, przedsiębiorczym, pracowitym. O ile się zacznie nad sobą pracować, sobie stawiać wymagania, cele- tak jak wypowiadający się w powyższym linku chłopak.

Szkoła uczy przechodzenia na zielonym świetle, stania na czerwonym. Życie uczy, że oprócz tego obowiązuje zasada ograniczonego zaufania. Nawet na zielonym warto się więc rozejrzeć, bo bywają kierowcy co i na czerwonym świetle jadą.

Szkoła w ogromnym zakresie uczy udzielania właściwych odpowiedzi. Życie uczy, że postawienie pytania jest kluczowe.

Nie przekreślam edukacji w szkole, bo coraz bardziej mi z nią po drodze. Ale podziwiam starsze dzieciaki, które wybrały swoją drogę.