Archiwum kategorii ‘ogólne zamyślenia’


Czy szczepienia dają zdrowie?

Artykuł długi, ale wart przemyślenia:

Co z tymi szczepieniami?



Zastępca Anioła Stróża

Historia z życia wzięta.

Żona przewróciła niechcący mebel w domu.

O ten mebel mąż się poważnie potłukł.

Przez to zrezygnował z lotu samolotem na ważną dla niego uroczystość. Był naprawdę zły na żonę!

Do czasu.

Okazało się, że samolot rozbił się w katastrofie.

Niedawno (2 października) było święto Aniołów Stróżów.

Myślałam sobie o tym zajęciu Anioła Stróża i o tym, że my małżonkowie jesteśmy nawzajem dla siebie dodatkowymi aniołami stróżami. Nawet niechcący zdarza nam się nimi być (jak w autentycznej historii powyżej). Chociaż nie zawsze od razu to widać. Na pewno z perspektywy wieczności to zobaczymy, ale i teraz okruchy światła widać.



Zdrowy i chory

Dwa dni wysokiej temperatury.

Trzeci dzień odpuszcza. Gorączka niska albo stan podgorączkowy.

Ufff!

Dziecko zwalczyło potwora chorobowego. Opowiadam o tym, jak bardzo się cieszę. A tu masz babo placek:

-Trzeba było pojechać do doktora!

Konsternacja z mojej strony. Skąd ta osoba wie, że trzeba było, skoro zdrowsze? Skoro widać, że człowiek będzie żył i miał się lepiej?

-Tak, lekarz lepiej ode mnie zna się na chorobach. Ale ja się znam lepiej na swoim dziecku.

Nie przeczę potrzeby korzystania z konsultacji lekarskich- sama z nich wiele się nauczyłam- zwłaszcza tego, że lekarze rutynowo przepisują to samo. Z ust lekarskich usłyszałam jednak krytykę rodziców:

-Rodzice zazwyczaj za wcześnie przychodzą do lekarza. Zazwyczaj przez pierwsze 3 dni objawy choroby dopiero się zaczynają rozwijać i nie ma sensu przywozić mi dziecka, bo po prostu diagnoza nie będzie rzetelna z tego powodu, że choroba się jeszcze „nie wykluła”, nie ma pełnego obrazu choroby.

No i tu oczywiście też są wyjątki, bo czasami warto rzeczywiście zadziałać szybko.

No, to zdrówka!



Poronienie to w niebie zaistnienie

– zdjęcie zrobione przez któreś z moich dzieci;

My matki, które poroniłyśmy bywamy załamane tą sytuacją utraty dziecka.

To boli.

To kusi do pogrążania się w smutku.

Rozstanie i tęsknota doskwierają, skoro się kochało. A może tym bardziej, gdy się nie kochało.

Ale prędzej czy później przychodzi ocknięcie.

Utrata dziecka?

Nie!

Gdy dziecko idzie do nieba, to się je zyskuje.

Jedni z naszych znajomych na grobie swojego maleństwa wygrawerowali napis: „Gromadźcie sobie skarby w niebie.”

Każdy dzień kochania tego maleństwa, gdy mieszkało z nami, był cenny.

O ile bardziej cenny jest każdy dzień w ramionach kochającego Boga Ojca.

Dzieci te żyjące na ziemi często się gubią- dosłownie i w przenośni.

Niebo to czas, kiedy żyją pełnią entuzjazmu i nic im już nie zagraża. Kiedy mają pełno czasu, by fikać radosne koziołki razem ze swoim Aniołem Stróżem. I nic nie jest w stanie oddzielić ich od Miłości, od oddychania nią, napełniania się nią.

Nie oszukujmy się: nawet bardzo kochając swe dzieci, zdarza się każdemu z nas być dla nich niedobrą, niecierpliwą, gniewliwą.

Gdy się ma dziecko na ziemi- to rodzic powinien być bardziej kochający. I zazwyczaj jest.

Gdy się ma dziecko w niebie- to od własnego dziecka można się uczyć miłości. Bo ono jest już zanurzone w jej oceanie.

I promienieje nią!



Podróż

FullSizeRender(4)Światełko.

Dzieci nie należą do nas, chociaż jesteśmy za nie odpowiedzialni.

Przychodzą i odchodzą.

Otwierają się i zamykają.

Ale te małe i duże są światłami od Boga.

(Chociaż duże potrafią zaćmić to światło, postawić w kącie).

Światełkami udającymi się we własną podróż.

Tup! Tup!- pierwsze własne kroczki.

„Nie chcę!”- pierwsze własne wybory.

„Wychodzę!”- wyjścia pierwsze, setne, ostatnie?

Archanioł Rafał chętnie pomoże w podróży,

łażenie, bieganie i jeżdżenie go nie nuży 🙂



Wędrowanie z domu…

IMG_1685

Przybyła do mojego domu na anielsko-ludzkich skrzydłach (czyli Anielka z rodzicami i bratem) książka „Dom w Bogu” Augustyna Pelanowskiego.

W sam raz na wakacje pozycja.

O wędrowaniu.

O wychodzeniu z domu. O przemianie serca, gdy odważymy się przekroczyć próg tego, co znane, zapraszając do drogi dobrego Anioła.

I o tym, jak to ważne, by wyjść z rodzinnego domu, żeby odnaleźć swoje życiowe powołanie.

Żeby przemienić się. Zadomowić w Bogu, a nie w starych schematach rodziny pochodzenia.

I smakowity fragmencik:

„Nie będziesz gotował koźlęcia w mleku jego matki” (Pwt 14, 21)

„Można go traktować dosłownie, ale może on mieć też znaczenie o wiele głębsze. Iluż ludzi cierpi z powodu uzależnienia i skarłowaciałej postawy wobec własnej matki, która zamienia swoje dziecko w ekwiwalent męża, gdy go zabraknie? Jeśli syn całe życie spędza w atmosferze „mleka” czyli jest nigdy nie dorastającym dzieckiem, czy nie staje się to hybrydalną krzywdą? Jest „przegrzany emocjonalnie”, jakby był latami gotowany w tkliwej substancji uczuć matki, a nawet „rozgotowany”! To samo dotyczy córki ojca, który nie pozwala jej się usamodzielnić.

Opuszczenie rodzinnego domu nie powinno być jedynie porzuceniem, lecz pierwszym krokiem do odkrycia zadomowienia się w Bogu, do odkrycia świątyni jako domu Boga, który chce być ojcem dla człowieka.”

Augustyn Pelanowski „Dom w Bogu”



Kokosowo-cukiniowa tajemnica

IMG_1856

Miłość jest odważna, a ja chyba jestem coraz mniej odważna.

Np. taka prosta sprawa jak pozwolenie dzieciom na naukę gotowania, pieczenia.

Jest ryzyko, czy masa na ciasto wyląduje na suficie czy na całym blacie.

Jest ryzyko, czy obierki będą pokrywały całą podłogę czy tylko połowę.

Jest ryzyko, czy daktyle wylądują w brzuchu czy rozpocznie się wojna daktylowo-bratersko-siostrzana.

Jest ryzyko. Jest zabawa.

Kto ryzykuje, ten ma szansę na wygraną 🙂

FullSizeRender(1)Tak wyglądał Placek od ciotki.

A jak wygląda placek cukiniowo-kokosowy pozostanie naszą słodką tajemnicą 🙂

Wkrótce ślad po nim zaginie.



Miłość jest odważna

Historia opowiedziana, by dodać odwagi matkom:

Andrea Bocelli



Mleko a stres

IMG_1853

Zdarzyło mi się czytać niejedną książkę wojenną, gdzie masowo kobiety tracą mleko, „bo się wystraszyły”. Ciekawe, że zwierzęta, które nieustannie żyją w stresie, bo są łupem innych zwierząt nie tracą z tego powodu mleka. Również te, które same polują- drapieżniki, różne tygrysy, wilki, szakale, mimo że bez stresu polowanie się nie obejdzie, podobnie opieka nad bezbronnym potomstwem, to nie tracą z tego powodu mleka.

Czy więc kobiety tracą pokarm przy dużym poziomie stresu? A jeśli tak, to dlaczego?

Na to pytanie generalnie należałoby odpowiedzieć: Nie, nie tracą pokarmu.

Dlaczego?

Bo główny hormon odpowiadający za wytwarzanie mleka-prolaktyna ma się nijak do hormonów stresu: m.in. adrenaliny. Mleko się wytwarza niezależnie od tego, czy matka chodzi, leży, siedzi zestresowana, podminowana, spanikowana czy zrelaksowana.

Ale…

Ale antagonistą (czyt. przeciwnikiem) tegoż hormonu stresu jest za to oksytocyna. Pomimo że nie odpowiada ona za wytwarzanie mleka, to ma znaczenie w laktacji. Oksytocyna jako hormon wypływu, rozkurczający mięśnie gładkie i umożliwiający popłynięcie fali mleka z pęcherzyków mlecznych.

Organizm działa według reguły- jak jest stres, niebezpieczeństwo, zagrożenie, konieczność ucieczki, to przecież nie można karmić młodych, tylko trzeba ratować życie i zdrowie- dać energię mięśniom, by dostatecznie szybko, sprawnie biegły, broniły się.

Stąd rzeczywiście w sytuacji trudnej do zniesienia, kiedy matka się bardzo boi, a nawet jest przerażona, może z jej piersi nie lecieć mleko. Jednak jeśli ta sytuacja się uspokoi, jeśli ze względu na dziecko matka odetchnie głębiej parę razy, polula dziecko, żeby je i siebie uspokoić, to już po chwili gdy tego maluszka przystawi do piersi, znowu będzie płynąć mleko.

Warto jednak zdawać sobie sprawę, że jako ludzie jesteśmy podatni na samospełniające się proroctwa.

To znaczy?

To znaczy, że pewne mity, przekonania, „przepowiednie” czasem sprawiają, że wybieramy takie zachowania, które rzeczywiście zmieniają rzeczywistość zgodnie z „przepowiednią”.

Mit, że matka może stracić pokarm, gdy się przestraszy ma i miał się dobrze również w czasie wojny. Matka w momencie stresu mogła czuć, że mleko nie wypływa. Podejmowała wtedy takie działania, które sprawiały, że sama ograniczała laktację. I jedna taka sytuacja napędzała kolejne. Podawała dziecku inne pokarmy-> dziecko przesypiało pory karmienia-> to było sygnałem dla piersi, że mleko nie jest tak potrzebne-> gruczoł mleczny hamował produkcję -> matka miała potwierdzenie, że rzeczywiście traci pokarm -> itd. powstawało sprzężenie zwrotne hamujące laktację.

Ale znam też z historii sytuacje odwrotne. Więźniarkom w czasie wojny (tu: nie polskiej) towarzyszyła mądra doradczyni, która tłumaczyła im na czym polega laktacja, dlaczego jest tak ważne dla dziecka, by je karmić piersią w tych trudnych sanitarnych warunkach. Wszystkie matki z tego obozu wykarmiły dzieci, pomimo wielu stresujących sytuacji, wybuchów bomb, itd. A co więcej dzieci przeżyły wojnę zdrowe.

W czasie ekstremalnym znaczenie ma jeszcze inny czynnik.

Głód.

Matka niedożywiona, głodująca wytwarza również najlepsze mleko dla swojego dziecka (choć z mniejszą ilością niektórych witamin, które muszą być na bieżąco dostarczane). Jednak z powodu zagrożenia jej życia organizm ogranicza laktację- mleka może być mniej niż potrzebuje dziecko nawet jeśli matka ma je bardzo często przy piersi.

Myślę sobie jednak o nas, rodzących współcześnie. Nie ma wojny, ale niejedną matkę, która urodziła w szpitalu spostrzegałam jako tak silnie zestresowaną jakby urodziła w przerażających czasach, okolicznościach.

I dowiadując się, co się działo, co się dzieje w szpitalu z nimi, z ich dziećmi- przestawałam się temu dziwić.

Samo wyjaśnienie słowne jak działa laktacja w tych sytuacjach to było o wiele za mało.

Jak można odstresować mamę karmiącą?

  • pomasować jej kark, stopy, plecy- w zależności od upodobań, potrzeby;
  • zapewnić jej satysfakcjonujący kontakt z dzieckiem- często bardzo pomocne, rozluźniające i dla mamy, i dla nowowyklutego potomka jest kontakt ciało-do-ciała;
  • poprawić ułożenie, tak, by jej było wygodnie karmić: podłożyć pod głowę, ramię dodatkową poduszkę, wałek (w warunkach szpitalnych można zrobić z czegokolwiek- zwinąć ręcznik, szlafrok, koc); podpowiedzieć, że można karmić leżąc, a niekoniecznie opierając się na łokciu i wisząc niewygodnie nad dzieckiem;
  • pozwolić się wypłakać, wysłuchać; uspokoić, że mit „nie płacz, bo stracisz mleko” to jedynie bajka jakich wiele;
  • podać napój, ulubione danie- wytłumaczyć, że normalne jedzenie jest dla matek karmiących.

Bardzo rzadkim wyjątkiem, gdy rzeczywiście matka może stracić pokarm może być zespół stresu pourazowego. W sytuacjach wyjątkowo gwałtownych, tragicznych, rzeczywiście taka sytuacja może z rzadka mieć miejsce.

Napisałam „z rzadka”? Nie pomyliłam się?

Owszem.

Bo laktacja rusza i wtedy najczęściej z miejsca niezależnie od naszych stresów okołoporodowych- sama zmiana porodowa, hormonalna, wydalenie łożyska jest wystarczającym zazwyczaj bodźcem dla niej. Matki czasem muszą hamować laktację nawet po urodzeniu martwego dziecka.

W niektórych tradycyjnych kulturach urodzenie martwego dziecka nie jest powodem do hamowania laktacji. Matka wówczas odciąga mleko i wylewa je.

Wylewa je razem ze łzami.

Opłakuje utracone dziecko, opłakuje nieosiągalny czas karmienia.

Rozumiecie?

Wbrew pozorom ma to sens.

Nowoczesny sposób postępowania: „Masz tu leki na zahamowanie laktacji!” niestety powiększa poziom stresu, depresji. Polecane w takiej sytuacji przez lekarzy farmaceutyki działają depresyjnie. Szybka zmiana hormonalna- szybkie hamowanie laktacji- zwiększa depresję. Jakby sama śmierć dziecka to było mało!

O, rety! Daleko zaszłam w swoich rozważaniach.

A wracając do samego stresu- nie aż tak ekstremalnego.

Pamiętam, gdy sama byłam niedoświadczona, mocno zestresowana, niespokojna.

Sięgnęłam wtedy do wyuczonych ze Szkoły Rodzenia głębokich oddechów.

Nic nadzwyczajnego.

Ale pomogło wytrwać.



Rzeka mleka

IMG_1810

Żar z nieba się leje.

Ufff.

Pijemy kolejną herbatkę, kawę, soczek, arbuza.

Jesteśmy naprawdę szczęśliwe, że mamy dostęp do wody, napojów, jedzenia.

I że ten żar z nieba jest naprawdę ograniczony w czasie.

W gruncie rzeczy szybko mija. I pojawiają się inne temperatury.

Gdy jest tak nieznośnie gorąco, myślę o matkach karmiących piersią, żyjących w bardziej upalnych niż nasz klimat.

Zastanawiacie się, jak to możliwe wykarmić dziecko w tak nieznośnie gorącej atmosferze?

Zwłaszcza, że często w podzwrotnikowych, zwrotnikowych okolicach jest doprawdy krucho z wodą.

Co matki robią, żeby dzieci były porządnie najedzone, ale przede wszystkim napojone w gorącym klimacie:

  1. Mają dzieci przede wszystkim przy sobie- dzieci mają nielimitowany dostęp do piersi. Nie czeka się aż „klient” się rozżali na obsługę, żeby mu podać jadło i napitki.
  2.  Ufają swoim dzieciom, że nie są złośliwymi mlekopijcami chcącymi niecnie je wykorzystać, a bezbronnymi stworzeniami zdanymi na ich łaskę. Młodzi ludzie korzystają więc z baru mlecznego bardzo często i zazwyczaj krótko, tylko od czasu do czasu dłużej. W ten oto sposób zazwyczaj piją na skutek częstego i krótkiego ssania (tzw. mleko pierwszej fazy), a od czasu do czasu jedzą- gdy się porządnie i długo „dosiądą” do mlecznej jadłodajni (mleko drugiej fazy).
  3. Żeby ten dostęp do mlecznego źródła był możliwy i łatwy dla dziecka, mamy śpią z maluchami, a w dzień często je noszą. Noszą też je bliscy- a każdy normalny człowiek stara się być czuły na niemowlęta i małe dzieci, więc gdy się maluchy za bardzo kręcą, są możliwie szybko oddawane matce.
  4. Dzieci nie tracą w ten sposób niepotrzebnie energii i wody na skutek wypłakiwania się, skoro mogą dostać mleczne przytulenie piersiowe wyłącznie po rozejrzeniu się (czyt. po odruchu szukania);
  5. Matki nie piją zazwyczaj samej wody przelatującej przez organizm na wylot, ale zazwyczaj choćby wodę z jakimś zielskiem, żeby organizm czuł, że musi coś strawić, a więc nie przejść wobec tej wody zbyt rozrzutnie;
  6. Utrzymują z dzieckiem nieprzerwany kontakt tuż po urodzeniu- a więc laktacja rozwija się wówczas bez przeszkód.

Celowo oczywiście upraszczam- życie jest ciekawsze. Współczesna medycyna, jak to zwykle ma w zwyczaju, i tam pomaga. Jednak niezrozumienie wielce ciekawego i delikatnego procesu karmienia piersią- szkodzi. Głód  i brak dostępu do czystej wody również wywiera swoje ponure piętno na życiu ludzkim. Z powodu długotrwałego głodu- ciało matki może wytwarzać za mało pokarmu dla dziecka. Jest w tym pewna mądrość organizmu- matka musi przeżyć, żeby przeżyło dziecko- musi więc ograniczyć ilość pokarmu (jakość pozostaje dobra), żeby spróbować przeżyć i ratować dziecko.

Mądrale powiedzą- no to trzeba dokarmić dziecko! Wysłać mieszanki mleczne, butelki ze smoczkami.

Guzik prawda!

Stwarza to jeszcze więcej zagrożeń zdrowotnych dla dziecka. Jeśli przy naszych warunkach sanitarnych, dostępie do wody, mleko matki kilkakrotnie zmniejsza ryzyka wielu chorób, to przy ekstremalnych klimatach afrykańskich- jest to jeszcze bardziej uderzające.

Trzeba dokarmić, ale matkę. Pustynna rzeka jej piersi napełni się wówczas mlekiem i popłynie obficie do dziecka.