Witajcie!

Mam wsparcie

Jak rozumieć tytuł tego blogu? Dwojako. Jeden sposób rozumienia to ten, że chodzi o wsparcie jakie matki są w stanie udzielać sobie nawzajem, a więc wsparcie matek dawane innym matkom, innym kobietom. Dzielenie się przez nie bogactwem doświadczenia. Takiego wsparcia, jakie jest w stanie udzielić matka innym mamom, swoim dzieciom, zwłaszcza córkom, nikt nie jest w stanie udzielić- jest ono niepowtarzalne.

Prowadząc przez 11 lat forum dla mam karmiących piersią, zajęcia w Szkole Rodzenia oraz grupę wsparcia odkryłam, że kobiety bardzo potrzebują siebie nawzajem. Nie jako konkurencję wobec mężczyzn, nie w ramach zastępstwa, ale po to by być dla siebie siostrami, matkami, przyjaciółkami. My zwyczajnie potrzebujemy sobie matkować, towarzyszyć i cieszyć się sobą jako siostry czy przyjaciółki. Potrzebujemy siebie nawzajem, by móc słuchać się i być wysłuchanymi, by rozwijać się jako osoby kochające, wolne i odpowiedzialne.

Drugie znaczenie tego blogu „mam wsparcie” oznacza, że osobiście doświadczyłam tego wsparcia i dzięki temu mogę przekazywać je dalej. Stąd moim celem jest wspierać inne kobiety w ich byciu matkami, ale także córkami, żonami. Wspierać na różne sposoby: jako mama (jedna z tak wielu), jako konsultantka laktacyjna (pomagając w karmieniu piersią) oraz jako doula (towarzysząc podczas rodzenia się dziecka). Wspieram kobiety, a kiedyś one być może będą w stanie przekazywać to wsparcie, własną wrażliwość, talenty dalej kolejnym osobom, swoim dzieciom, ale też przyjaciółkom, siostrom, własnym mamom itd.

Te kobiece doświadczenia odkryłam jako bardzo cenne, twórcze, stąd trudno mi je schować, przejść nad nim do porządku dziennego. Pan Bóg stworzył połowę ludzkości kobietami, ponieważ widział w tym głęboki sens. Jesteśmy potrzebne innym nie jako uni-sexy, ale jako konkretne osoby naznaczone głęboko darem płci. I nie wolno nam go schować i udawać, że właściwie to wszystko jedno, kim jesteśmy. Jest ogromną wartością bycie kobietą- nie tylko dla mężczyzn, ale powinno być też dla nas samych.

Mam wsparcie, otrzymałam je-ale nie znaczy to, że zamierzam pisać wyłącznie o sobie. Zamierzam pisać też o doświadczeniu innych kobiet, które otrzymały i dają wsparcie lub zechcą mi opowiedzieć o sobie. W końcu o inspiracjach, które dodają skrzydeł, pociągają ku dalszym poszukiwaniom i rozwojowi. O tym, że warto być kobietą w domu i w pracy, że nie musimy udawać, że jesteśmy quasi- mężczyznami. Nawet nie musimy się z mężczyznami porównywać. Gdy docenimy ten dar kobiecości, jaki Pan Bóg wlał w nasze serca, dusze i ciała, nie będziemy musiały podważać zarówno kobiecej jak i męskiej natury, bo każdą z nich docenimy i ogarniemy zrozumieniem. Będziemy wówczas umiały docenić własną wartość.  Pomoże to również w byciu należytą pomocą dla mężczyzny w odkrywaniu jego drogi życiowej.

Internetowym początkiem mojego wspierania było forum dla matek:

karmienie piersią powyżej roku

Tych wspierających myśli nazbierało się więcej, a więc powstał ten blog- zaciszne miejsce wspierania kobiet w ich byciu kobietami: matkami, córkami, siostrami. Zapraszam do współtworzenia go i zabierania głosu.

Nie byłoby tego blogu, gdyby nie najlepsza ze Wspierających, niejeden raz ratująca mnie:

08virgo



Maraton czy spływ rwącą rzeką?

Na początku zdjęcie dziecka.

Uczy się młoda osoba.

Teraz link:

Napisane przez studentkę: straszenie bólem porodowym

Też się uczy młoda osoba. A co. Niech jej będzie. Rozpowszechnię jej twórczość literacką.

A teraz ja się odezwę z głębin mojej sędziwości 😉

Na nic straszenie bólem porodowym. Kobiety i tak rodzą.

Niektóre nawet rodzą śpiewając i tańcząc. I ciesząc się rodzeniem i błogosławiąc swoje dziecko zamiast pogrążać się w bólu.

No i pozwolę się nie zgodzić ze studentką, która nie rodziła, a która porównuje poród do maratonu. Poród nie jest jak maraton. Bo w porodzie główną rolę odgrywają mięśnie gładkie niezależne od naszej woli. W maratonie natomiast główną rolę odgrywają mięśnie poprzecznie-prążkowane, które możemy świadomie spinać. Spinanie mięśni zależnych od naszej woli w porodzie nie prowadzi do niczego dobrego- najwyżej do stresu, utrudniania narodzin dziecku, uszkodzeniu mięśni dna miednicy. W porodzie, aby przebiegał bez zakłóceń i spokojnie mięśnie trzeba raczej rozluźniać, balansować nimi, dawać im wytchnienie. Głównym mięśniem, który rozluźniamy w porodzie jest mięsień zwieracz, którym jest szyjka macicy. Zaciskanie jednak innych mięśni, zwłaszcza mięśni dna miednicy utrudnia i rozwieranie szyjki.

Stąd wolę poród porównać do spływu  rwącą rzeką. Kto odda się temu nurtowi, doceni go i zrozumie, ten jest w stanie w pewnym stopniu pokierować swoją łodzią, w której przewozi skarb- dziecko. O wiele łatwiej się rodzi, gdy doświadcza się poczucia bezpieczeństwa- wtedy łatwiej o rozluźnienie, puszczenie mięśni zwieraczy, a więc też otwieranie szyjki.

No i przereklamowane parcie. Jeśli dziecko jest niedotlenione i głęboko w kanale rodnym, to rzeczywiście trzeba jak najszybciej, najmocniej przeć, żeby pomóc mu się wydostać. Ale większości dzieci nie trzeba poganiać, można im dać spokojnie, łagodnie się narodzić bez pośpiechu, bez poganiania. I bez nadwyrężania tłoczni brzusznej jaką jest przepona, co obniża niepotrzebnie wszystkie mięśnie dna miednicy.

Dziecko może się bardzo łagodnie rodzić „na wydechu”, poprzez „zdmuchiwanie świeczek” przez mamę. Gdy przechodzi stopniowo przez drogi rodne mniejsza jest dekompresja jego główki czyli bardziej stopniowa łagodniejsza zmiana ciśnień wywierana na główkę.

Porównywanie porodu do maratonu sprawia wrażenie jakby bieganie lub nadwyrężanie swoich mięśni zależnych od woli ułatwiało rodzenie. Niekoniecznie. Na pewno jest potrzebne głębokie oddychanie. Ale dla pracy mięśni gładkich współpracujących ze zwieraczem szyjki macicy. Przede wszystkim zaś dla rodzącego się dziecka, które się nieźle musi nagimnastykować: najpierw zginając, potem obkręcając, potem odginając, żeby na koniec znów się obkręcać.

Myślę, że warto w rodzeniu zauważyć, docenić aktywność pasażera łódki. I dokarmiać go oddechem, dokarmiać go dobrym jedzeniem (w początkowej fazie porodu), by miał siłę wiosłować do brzegu spotkania.

Wasza doula- Fizula 🙂



Kobieta z uśmiechem

Z Anną Powideł, autorką książki „Cesarzowa rodzi w domu”

 

Spotkanie z kobietą o niezwykłym uśmiechu- Anią Powideł z okazji Międzynarodowego Dnia Porodów Domowych 6 czerwca.

Dzień pełen niespodzianek.

Wzruszeń.

Spotkań przez duże S.

Zadziwienia, że:

  • życie zwycięża;
  • są rodzice, którzy na swoje ręce w zaciszu domowym przyjęli 12 dzieci;
  • że trudne szpitalne doświadczenia nie muszą determinować naszego życia, jeśli oddamy je Bogu prawdziwemu;
  • że w sytuacjach, gdy lekarze załamują ręce i mówią, że nic się nie da zrobić i skazują na medykalizację, można tak wiele pomóc (kobieta pod koniec ciąży z wielowodziem, problemem z nerkami wyleczyła się przy pomocy ziołowej kuracji: ekstrakt z korzenia pietruszki, ziela rdestu, skrzypu, nawłoci, liścia brzozy, kłącza perzu, korzenia lubczyku).

Wasza doula- Fizula



Jest.

Jest radość.

Nie zapomnij o niej.

I uśmiechnij się do najniegrzeczniejszego dziecka 🙂



Kim jesteś, moje dziecko?

Każda komórka naszego ciała jest określonej płci. Skoro jestem kobietą, każda moja komórka (oprócz erytrocytów, które w procesie dojrzewania „pogubiły” jądra, w których jest zawarty materiał genetyczny) jest właśnie kobieca. W ciele mężczyzny każda jego komórka jest męska. Mutacje są tylko chorobą.

To, że człowiek realizuje swoje życiowe powołanie nie jako uni-sex, nie dowolnie według własnego widzi-mi-się, ale jako kobieta lub mężczyzna jest prawdą, która jest bardzo ważna we współczesnym świecie. O którą upomina się Kościół. Ale przede wszystkim upomina się o nią normalność, nasze człowieczeństwo. Kiedy środki masowego przekazu puszczają migawki z parad i demonstracji środowisk LGBT, rzuca się w oczy, że ich ubiór, postępowanie, to co sobą reprezentują jest po prostu nieludzkie, odczłowieczone.

Jest jakimś wyrazem upadku człowieka.

Dlaczego przytoczyłam na początkowym zdjęciu słowa Psalmu „stworzyłeś mnie tak cudownie”?

Bo sami potrzebujemy poznawać tę prawdę, że Bóg patrzy z zachwytem na nas, swoje stworzenie.

Ale też potrzebujemy tą prawdą dzielić się z naszymi dziećmi, by akceptowały to, kim są. Że są dziewczynkami, chłopcami.

Tak jakoś łatwiej zaakceptować to, kim się jest, gdy czuje się kochanym.

Według AAP Amerykańskiej Akademii Pediatrycznej i jej badań, ponad 50% nastoletnich chłopców oraz niemalże 30% dziewcząt, określających się jako „transpłciowi”, przyznaje się do próby samobójczej. Potwierdzają to z dane Amerykańskiej instytucji rządowej CDC (Centrala Kontroli i Prewencji Chorób) która podaje, że nastolatki nie akceptujące swojej płci LGBT o wiele częściej podejmują próby samobójcze.

Jak bardzo te dzieci i młodzież są okaleczone i skrzywdzone, że dochodzi wśród nich do tak wielu tragedii.

Jak bardzo potrzebują dzieci i młodzież we współczesnym świecie akceptacji i miłości, by nie zagubiły się wśród tego szaleństwa lansowanego przez media.

Jak bardzo ponad miarę są obciążone przez nasze własne wybory. Mam tu choćby na myśli to, że większość polskich rodziców o wiele za wcześnie kupuje dzieciom telefony, nie zabezpieczając ich przy tym w żaden sposób. Dajemy w ten sposób naszym dzieciom ciężary nie do uniesienia.

Polskie dzieci rzucone na żer pornografii.

Ciekawe, że inne nacje zaczynają się budzić. Czytałam, że Niemcy wprowadzają granicę dla posiadania telefony- 14 lat. I ma to ogromny sens! Bo trzeba dać dzieciom czas na naukę skupienia, opanowania, a przede wszystkim naukę budowania rzeczywistych sensownych relacji, których nie zastąpią te wirtualne.

Jak nie poddawać się temu narzucającemu się szaleństwu?

Ciągle od nowa sobie przypominam, że małe dobro jest mocniejsze niż naawet ogromne zło. I że Pan Jezus zwyciężył świat 🙂

Uff!



Zapraszam serdecznie

Konferencja z okazji Międzynarodowego Dnia Porodów Domowych

6 czerwca Wilanów

Wspaniała okazja, by się spotkać, nieprawdaż?

Z kim się spotkam?

 



Dużo dzieci- dużo wsparcia

Zastanawiam się, jakie powinno być wsparcie dla matek wielodzietnych przed porodem.

I uczę się od nich wielu dobrych rzeczy:

  • że mimo wielu dzieci można odpoczywać, ucinać sobie drzemkę w ciągu dnia;
  • prosić o pomoc, gdy ta jest potrzebna;
  • doceniać swoje dzieci, swoją rodzinę i przyjmować ich pomoc jako znak życzliwej miłości;
  • że karmiąc siebie i człowieka, co w brzuchu gra w nogę, można wybierać wartościowe żywienie, które wzmacnia i odżywia i mamę, i dziecko.

I ja dorzucę parę okruchów w celu wzmocnienia mam i ich najmłodszych dzieci przed porodem (zwłaszcza kolejnym):

  • dbanie o jedność w małżeństwie, w rodzinie; małżonkowie do porodu idą jak trzej muszkieterowie; „Jeden za wszystkich wszyscy za jednego”; no i ta trójka nie jest przypadkowa- powinni iść ręka w rękę z Tym, którego prosili wspólnie, by im dopomógł wypełnić ślubowanie miłości, wierności i uczciwości; jest to najgorszy moment, by któreś z małżonków tworzyło koalicje przeciwko drugiemu, choćby nawet z położną, doświadczoną ciocią, lekarzem itd.; jak to jest ważne, żeby małżonkowie grali w jednym zespole, żeby poród przebiegł dobrze, by mieć serce pełne cierpliwości i pokoju dla rodzącego się dziecka, a później dla już narodzonego;
  • dobre nawodnienie, odżywianie, zwłaszcza bogate w witaminy, mikroelementy, wspierające odporność; np. liście malin, daktyle, imbir; probiotyki; ale też wiele warzyw, owoców, nasion itd; pamiętam pewną mamę, która nie miała siły rodzić „tylko” i „aż” dlatego, że w upał biegała za sprawunkami, a nie znanazła czasu, by zadbać o siebie i dziecko i na czas napoić; ale czy chodzi tylko o to, żeby wystarczająco się napić i najeść i nie pamiętać o całym świecie? oczywiście, że nie; nasza dusza jest głodna i spragniona Boga- a On jest spragniony naszego serca „Strumienie wody  żywej popłyną z Jego wnętrza”; i dba o nas całych;
  • zaufanie temu, że Boży plan dla naszego życia jest dobry; i On nie wymyślił porodu jako szczególnego rodzaju tortury dla kobiet, ale jako ratunek dla świata, jako małżeńskie lub rodzinne świętowanie, w czasie którego może mieć miejsce np. modlitwa, małżeńskie zbliżenie czy inne oznaki małżeńskiej czułości, taniec, muzyka, śpiew, wzajemna troska, wspólne wzruszenie, że niedługo się przywita nadchodzące drogami rodnymi dziecko; trudno o taki poród w murach szpitala, ale ponieważ matki są mistrzami świata w rodzeniu, już uczestniczyłam i słyszałam nie raz o tak pięknie przebiegających porodach choćby i w placówkach szpitalnych; poród jest jak poddanie się rwącej fali rzeki, trzeba więc łagodnie pozwolić się porwać, by dopłynąć do przystanku pt.: „spotkanie z dzieckiem”; to nie położna czuje, kiedy masz skurcze parte i kiedy powinnaś przeć; dlatego dobrze jest czuć się swobodnie i naturalnie w czasie  porodu, gdy położna nie zachowuje się jak dyrektor przedsiębiorstwa zwanego „poród”, a uważna, cierpliwa podpora; jeśli dziecko jest w dobrym stanie, dotlenione, to nie ma sensu nerwowe przyśpieszanie porodu, ma natomiast sens spowalnianie parcia przez „zdmuchiwanie świeczek” (krótkie i szybkie wydechy), jeśli zależy nam na ochronie krocza matki oraz główki dziecka przed gwałtowną zmianą ciśnień;
  • pokój serca jest cenny; serce matki jest narażone na niepokoje, troski; trwa batalia o jej serce; przychodzi tu z pomocą Bóg, który jest miłością i pokornie prosi: „Wylewaj przede mną swoje serce!” „Przerzuć wszystkie swoje ciężary na Mnie, gdyż Mi zależy na Tobie”. Odbiciem tego pokoju będą też rozluźnione mięśnie, pozwolenie sobie na radosną pracę, ale też odprężający wypoczynek. Warto też zadbać o właściwą kurczliwość mięśnia macicy (a tak naprawdę całego ciała): moczyć się w solach magnezu (niektórzy nacierają się oliwką magnezową), popijać napary łagodnych ziół np. z liści malin. Może pomóc też matce otworzyć się na pokój dobry dotyk, kojący, rozluźniający, masaż męża, czasem douli. Przede wszystkim masaż karku, stóp, pleców. Całego ciała.
  • wiele błogosławieństw; jak wiele dobra czynią ręce matki i ojca błogosławiące siebie nawzajem, błogosławiące ich dziecko na różne życiowe drogi 🙂 również na drogę porodu 🙂

Doula- Fizula



A tymczasem w Łodzi stoi sobie Ferdynand…

Ferdynand jak zwykle wspaniały

 

Imponuje mi sylwetka Ferdynanda. Pięknie wyprostowany. Mimo upływu lat nie pochylił się ani o centymetr. Co więcej humor dopisuje mu jak zwykle.

Uświadamiam sobie po latach, że sama garbić się zaczęłam, gdy w wieku nastu lat, jak to często bywa, zaczęłam brać na barki smutki i zmartwienia tego świata. Że słońce może spalić planetę, że ludzie chorują, że inni schodzą na złą drogę, że kometa może w ziemię rąbnąć. I tak można by mnożyć. I człowiek zwany Izą coraz bardziej ku ziemi się pochylał pod ciężarem tych trosk, które i dla dorosłych za ciężkie do dźwigania, nie mówiąc o dzieciach i młodzieży.

Aż tu stopniowo zaczęłam odkrywać, że nie jestem powołana do tego, by powłóczyć nogami i ciągnąć nosem po ziemi.

Bo Bóg Ojciec „napełnił nas wszelkim błogosławieństwem duchowych w Chrystusie.

W Nim wybrał nas przed założeniem świata,

abyśmy byli święci i nieskalani przed Jego obliczem.

Z miłości przeznaczył nas dla siebie

jako przybranych synów przez Jezusa Chrystusa.” Ef 1, 3b-5

Trzeba się więc wyprostować, bo Bóg chce nas mieć wyprostowane, piękne, dobre. Bo takie nas widzi i pragnie. Jako ukochane Córki Króla.

On przyszedł leczyć wszystkie choroby.

Nie tylko niektóre.

I nasze zgarbienie, przygnębienie.

On nie zaplanował, żeby bolały nas kręgosłupy, żeby doświadczać efektów obniżenia dna miednicy czyli np. hemoroidów, popuszczania moczu, itp.

Uzdrowienie jest możliwe, bo w ranach Chrystusa jest nasze zdrowie.

Czasem Pan posługuje się tymi, których do nas posyła: nauczycielem tańca, przyjacielem, siostrą, babcią, małym dzieckiem.

Każdy z nich może nas czegoś nauczyć:

  • małe dziecko: radości życia przede wszystkim, żeby dużo chodzić, biegać, ruszać się, doceniania najmniejszych drobiazgów składających się na życie; kucania na całych stopach, co prostuje nasz kręgosłup, a zarazem podciąga mięśnie dna miednicy w górę;
  • nauczyciel tańca: radości z poruszania się, że Pan Bóg stworzył nas pięknie na swoją chwałę, nie po to, byśmy zastygli w bezruchu jak pomniki samych siebie; że chodzenie staje się lekkie i odprężające, gdy za każdym wydechem wyciągamy nasz kręgosłup w górę (jakbyśmy sami się ciągnęli za włosy z tylnego czubka głowy); że kręcenie głowy, ramion, bioder, nóg jest dobre, bo uczy nas pracy nad sobą i może wyrażać entuzjazm;
  • przyjaciel: spotykania się i dzielenia się troskami i radościami; a wiadomo, że dzielona z kimś radość to radość podwójna, dzielony zaś smutek to połowa smutku.

A najwięcej może nauczyć nas Najlepszy Przyjaciel. Bo On zna głębokie przyczyny naszych zgarbień, bóli. I najlepsze sposoby, by odszukać nas całych. Nie tylko same kości, nie same mięśnie dna miednicy, przeponę, nawet nie samą duszę.

Zmartwychwstaniem udowodnił, że wszystko w nas dla niego się liczy. I najdrobniejszy włosek, który nie spadnie bez Jego woli z naszej głowy i najlżejsze poruszenie naszej duszy.



Chłopiec i jego pies

Razem broją.

Razem biegają.

Razem spiskują.

Sekrety sobie szepczą na ucho.

I żaden nie doniesie na drugiego.

Jak przystało na dwa szczeniątka- baraszkują razem na całego.

Dzieci mają przedziwną więź ze zwierzętami, z przyrodą.

Ile wyciszenia im to daje, skupienia, wyrobienia kondycji!

Obserwuję z pewnym zaniepokojeniem, jak my dorośli potrafimy niekiedy przeszkadzać dzieciom w nabywaniu skupienia, cierpliwości.

Jedno z dzieci bawi się- naprawia. Mały 6-latek. Tatuś o coś go prosi. „Tato, nie przeszkadzaj! Nie widzisz, że pracuję?!”

Czasem dobrze wspieramy dzieci, a czasem psu na budę to ciągłe zabawianie dzieci, wynajdowanie im zajęć, atrakcji.

Dzieci mają za dużo zabawek, a za mało naszego czasu, zrozumienia.

Za dużo rozrywek, a za mało radości.

Za dużo aspiracji rodzicielskich, a za mało własnych pomysłów.

Za dużo przedmiotów, a za mało bycia wśród roślin, zwierząt, ukochanych ludzi.

Nie jest to jakaś krytyka zewnętrzna, innych rodziców. Sama też muszę szukać skupienia, cierpliwości, radości. I podziwiać tę więź z psem-towarzyszem zabaw.



Wypadek? Kto odpowiedzialny?

W ostatnim czasie czytałam dwa artykuły o tym, jak lekarzowi wypadło nowo narodzone dziecko z rąk. Jedno na podłogę wyślizgując się z dróg rodnych matki oraz rąk lekarza, drugie na stanowisko dla noworodków. Ten drugi incydent zarejestrowany przez gorliwego tatę na filmie, więc można sobie obejrzeć gdzieś w internecie, na Facebooku bodajże.

I dziesiątki komentarzy pod tym. Oczywiście opluwających lekarzy, personel medyczny.

Że jak tak można się śpieszyć! Epitetów i obelżywości mnóstwo.

No i racja. W tej sytuacji sprawdza się przysłowie „festina lente” czyli „śpiesz się powoli”.

Ale z drugiej strony, czy czasem nie da się współczuć temu lekarzowi, położnej?

Na pewno specjalnie tego nie zrobili. Mogli być zmęczeni (np. po 24 godzinnym dyżurze- kto by nie był?). Mogli być potrzebni przy następnym porodzie. Mogli być niewyspani i w związku z tym rozkojarzeni etc. Można by tak długo mnożyć ewentualności, zapytania.

Nikt jednak z piszących internautów nie zadał pytania o ręce ojca. Gdzie one były, gdy trzeba było trzymać, łapać dziecko. Zbyt łatwo się sprowadza ojców do niemych świadków, reporterów na porodówce. Ale też sami dają się sprowadzić przyklejając się do telefonów. Bo w jednym z wydarzeń ojciec właśnie nagrywał to tragiczne wydarzenie. Nie chodzi o to, bym oskarżała ojca- pytam jedynie o jego powołanie.

Ojcowie kochający świadomi, obecni, uczestniczący potrafią być świetnymi ratownikami. Z jakim fantastycznym refleksem potrafią podrzucać dzieci i łapać je aż maluchy piszczą ze śmiechu. Czy nie jest spłycaniem ich roli, pozostawienie ich wyłącznie w funkcji „nagrywacza”?

Personel medyczny czasem się wkurza na tych rodziców, którzy za wszelką cenę pilnują, nie odstępują swoich dzieci ani na krok. Że utrudniają im pracę, patrzą na ręce. Że chcą decydować, trzymać swoją rękę na pulsie.

Ale jak cenne w tej sytuacji byłyby wyciągnięte ręce matki albo ojca po dziecko.

Dziecko w trakcie narodzin jest śliskie, mokre, w śluzie, mazi płodowej, czasem trochę we krwi.

Znam takich rodziców, którzy w porodzie i po porodzie cały czas dopilnowali, by nie rozstawać się z dzieckiem, nie pozwolić go dokarmić, zabrać, zrobić jakichkolwiek zabiegów bez ich czujnej refleksyjnej obecności etc.

Trudne dla personelu to było. Rodzice się nasłuchali. Cięgi, negatywne uwagi zebrali. Błogosławione w skutkach dla dzieci. Bo były dopilnowane, wykarmione, zrozumiane.

Będąc doulą zachęcam zwłaszcza mamy, zwłaszcza ojców,by nie bali się w porodzie wyciągać ręce po swoje dziecko, poznawać je, być świadomymi i odpowiedzialnymi. Też poprzez rozsądną współpracę z opieką medyczną.

Takie jest życie.

I to na różnych etapach macierzyństwa i ogólnie rzecz biorąc rodzicielstwa.

Jeśli my nie weźmiemy odpowiedzialności za własne dzieci, weźmie ją ktoś inny tak, jak będzie umiał lub chciał czy „potłuką się” nam dzieci o różne okoliczności życiowe.

Najlepiej na każdym etapie złożyć swoje Skarby w wierne ręce Boże. I współpracować z nimi w dziele „łapania” dziecka. To zawsze działa.