Archiwum kategorii ‘Dzieci małe i duże’


W świecie wyobraźni

Zapraszam do dziecięcego świata.

Świata wyobraźni, marzeń, gdzie wszystko jest możliwe.

Gdzie pełno jest mówiących zwierząt, przygód, niespotykanych zwrotów akcji i stworzeń niestworzonych.

Przez tą bramę wyobraźni i zabawy wchodzimy do dziecięcego świata na spotkanie dziecku, które chcemy zrozumieć, pokochać od nowa.

Gdzie samemu można być z powrotem dzieckiem i gdzie nigdy się nie wstydzimy.

Kiedy nie mam cierpliwości uczyć dzieci albo coś im tłumaczyć, proszę o pomoc sowę albo konia. I okazuje się, że oni sobie z tym radzą o wiele lepiej- wygłupiają się z dzieckiem, robią kupę błędów, z których można się pośmiać.

Koń by się uśmiał 🙂 Albo sowa 🙂



Znajdź różnicę

Dzieci z natury są skore do zabawy, wymyślania, eksperymentowania…

Do hasania i skakania.

To jest żywioł energetyczny.

Dajmy więc sobie odpocząć od ich figli, wiszenia przy spódnicy, ciągłego „Mama”.

Żeby znów wrócić z radością, większym dystansem do tych uciesznych skoków, nieustannej twórczości, która, owszem, jest piękna, ale jakże trudna do sprzątnięcia.

Matka też człowiek. Odpoczynku też potrzebuje.



Mężne czy szalone?

Z pewnością mężne

 

Jak widać „Matki mężne czy szalone?” Marty Dzbeńskiej-Karpińskiej wam reklamuję.

Kobiety, którym wmawiano:

  • że nie powinny być matkami;
  • że powinny pozwolić zabić swoje dziecko, żeby ratować swoje wiszące na włosku życie i zdrowie;
  • że powinny ograniczyć ilość swoich dzieci do jednego, do zera;
  • że powinny zapomnieć o macierzyństwie,

mimo to zostają matkami. Dają żyć swoim dzieciom, stawiają czoło chorobom.

Rodzą i wychowują, pomimo że „miało być tak strasznie”, że chorobami straszono jak czającym się potworem.

Wytrwały.

Przechorowały swoje.

Zaufanie zwyciężyło.

I miłość zwyciężyła.

Ocaliła zdrowie i życie dzieci.

Przeczytajcie koniecznie. I podajcie dalej.

To książka pełna nadziei wbrew beznadziei.

Oprócz tego piękne albumowe zdjęcia, piękna grafika, które pozwalają spotkać bohaterów po latach.



Kim jesteś, moje dziecko?

Każda komórka naszego ciała jest określonej płci. Skoro jestem kobietą, każda moja komórka (oprócz erytrocytów, które w procesie dojrzewania „pogubiły” jądra, w których jest zawarty materiał genetyczny) jest właśnie kobieca. W ciele mężczyzny każda jego komórka jest męska. Mutacje są tylko chorobą.

To, że człowiek realizuje swoje życiowe powołanie nie jako uni-sex, nie dowolnie według własnego widzi-mi-się, ale jako kobieta lub mężczyzna jest prawdą, która jest bardzo ważna we współczesnym świecie. O którą upomina się Kościół. Ale przede wszystkim upomina się o nią normalność, nasze człowieczeństwo. Kiedy środki masowego przekazu puszczają migawki z parad i demonstracji środowisk LGBT, rzuca się w oczy, że ich ubiór, postępowanie, to co sobą reprezentują jest po prostu nieludzkie, odczłowieczone.

Jest jakimś wyrazem upadku człowieka.

Dlaczego przytoczyłam na początkowym zdjęciu słowa Psalmu „stworzyłeś mnie tak cudownie”?

Bo sami potrzebujemy poznawać tę prawdę, że Bóg patrzy z zachwytem na nas, swoje stworzenie.

Ale też potrzebujemy tą prawdą dzielić się z naszymi dziećmi, by akceptowały to, kim są. Że są dziewczynkami, chłopcami.

Tak jakoś łatwiej zaakceptować to, kim się jest, gdy czuje się kochanym.

Według AAP Amerykańskiej Akademii Pediatrycznej i jej badań, ponad 50% nastoletnich chłopców oraz niemalże 30% dziewcząt, określających się jako „transpłciowi”, przyznaje się do próby samobójczej. Potwierdzają to z dane Amerykańskiej instytucji rządowej CDC (Centrala Kontroli i Prewencji Chorób) która podaje, że nastolatki nie akceptujące swojej płci LGBT o wiele częściej podejmują próby samobójcze.

Jak bardzo te dzieci i młodzież są okaleczone i skrzywdzone, że dochodzi wśród nich do tak wielu tragedii.

Jak bardzo potrzebują dzieci i młodzież we współczesnym świecie akceptacji i miłości, by nie zagubiły się wśród tego szaleństwa lansowanego przez media.

Jak bardzo ponad miarę są obciążone przez nasze własne wybory. Mam tu choćby na myśli to, że większość polskich rodziców o wiele za wcześnie kupuje dzieciom telefony, nie zabezpieczając ich przy tym w żaden sposób. Dajemy w ten sposób naszym dzieciom ciężary nie do uniesienia.

Polskie dzieci rzucone na żer pornografii.

Ciekawe, że inne nacje zaczynają się budzić. Czytałam, że Niemcy wprowadzają granicę dla posiadania telefony- 14 lat. I ma to ogromny sens! Bo trzeba dać dzieciom czas na naukę skupienia, opanowania, a przede wszystkim naukę budowania rzeczywistych sensownych relacji, których nie zastąpią te wirtualne.

Jak nie poddawać się temu narzucającemu się szaleństwu?

Ciągle od nowa sobie przypominam, że małe dobro jest mocniejsze niż naawet ogromne zło. I że Pan Jezus zwyciężył świat 🙂

Uff!



Dużo dzieci- dużo wsparcia

Zastanawiam się, jakie powinno być wsparcie dla matek wielodzietnych przed porodem.

I uczę się od nich wielu dobrych rzeczy:

  • że mimo wielu dzieci można odpoczywać, ucinać sobie drzemkę w ciągu dnia;
  • prosić o pomoc, gdy ta jest potrzebna;
  • doceniać swoje dzieci, swoją rodzinę i przyjmować ich pomoc jako znak życzliwej miłości;
  • że karmiąc siebie i człowieka, co w brzuchu gra w nogę, można wybierać wartościowe żywienie, które wzmacnia i odżywia i mamę, i dziecko.

I ja dorzucę parę okruchów w celu wzmocnienia mam i ich najmłodszych dzieci przed porodem (zwłaszcza kolejnym):

  • dbanie o jedność w małżeństwie, w rodzinie; małżonkowie do porodu idą jak trzej muszkieterowie; „Jeden za wszystkich wszyscy za jednego”; no i ta trójka nie jest przypadkowa- powinni iść ręka w rękę z Tym, którego prosili wspólnie, by im dopomógł wypełnić ślubowanie miłości, wierności i uczciwości; jest to najgorszy moment, by któreś z małżonków tworzyło koalicje przeciwko drugiemu, choćby nawet z położną, doświadczoną ciocią, lekarzem itd.; jak to jest ważne, żeby małżonkowie grali w jednym zespole, żeby poród przebiegł dobrze, by mieć serce pełne cierpliwości i pokoju dla rodzącego się dziecka, a później dla już narodzonego;
  • dobre nawodnienie, odżywianie, zwłaszcza bogate w witaminy, mikroelementy, wspierające odporność; np. liście malin, daktyle, imbir; probiotyki; ale też wiele warzyw, owoców, nasion itd; pamiętam pewną mamę, która nie miała siły rodzić „tylko” i „aż” dlatego, że w upał biegała za sprawunkami, a nie znanazła czasu, by zadbać o siebie i dziecko i na czas napoić; ale czy chodzi tylko o to, żeby wystarczająco się napić i najeść i nie pamiętać o całym świecie? oczywiście, że nie; nasza dusza jest głodna i spragniona Boga- a On jest spragniony naszego serca „Strumienie wody  żywej popłyną z Jego wnętrza”; i dba o nas całych;
  • zaufanie temu, że Boży plan dla naszego życia jest dobry; i On nie wymyślił porodu jako szczególnego rodzaju tortury dla kobiet, ale jako ratunek dla świata, jako małżeńskie lub rodzinne świętowanie, w czasie którego może mieć miejsce np. modlitwa, małżeńskie zbliżenie czy inne oznaki małżeńskiej czułości, taniec, muzyka, śpiew, wzajemna troska, wspólne wzruszenie, że niedługo się przywita nadchodzące drogami rodnymi dziecko; trudno o taki poród w murach szpitala, ale ponieważ matki są mistrzami świata w rodzeniu, już uczestniczyłam i słyszałam nie raz o tak pięknie przebiegających porodach choćby i w placówkach szpitalnych; poród jest jak poddanie się rwącej fali rzeki, trzeba więc łagodnie pozwolić się porwać, by dopłynąć do przystanku pt.: „spotkanie z dzieckiem”; to nie położna czuje, kiedy masz skurcze parte i kiedy powinnaś przeć; dlatego dobrze jest czuć się swobodnie i naturalnie w czasie  porodu, gdy położna nie zachowuje się jak dyrektor przedsiębiorstwa zwanego „poród”, a uważna, cierpliwa podpora; jeśli dziecko jest w dobrym stanie, dotlenione, to nie ma sensu nerwowe przyśpieszanie porodu, ma natomiast sens spowalnianie parcia przez „zdmuchiwanie świeczek” (krótkie i szybkie wydechy), jeśli zależy nam na ochronie krocza matki oraz główki dziecka przed gwałtowną zmianą ciśnień;
  • pokój serca jest cenny; serce matki jest narażone na niepokoje, troski; trwa batalia o jej serce; przychodzi tu z pomocą Bóg, który jest miłością i pokornie prosi: „Wylewaj przede mną swoje serce!” „Przerzuć wszystkie swoje ciężary na Mnie, gdyż Mi zależy na Tobie”. Odbiciem tego pokoju będą też rozluźnione mięśnie, pozwolenie sobie na radosną pracę, ale też odprężający wypoczynek. Warto też zadbać o właściwą kurczliwość mięśnia macicy (a tak naprawdę całego ciała): moczyć się w solach magnezu (niektórzy nacierają się oliwką magnezową), popijać napary łagodnych ziół np. z liści malin. Może pomóc też matce otworzyć się na pokój dobry dotyk, kojący, rozluźniający, masaż męża, czasem douli. Przede wszystkim masaż karku, stóp, pleców. Całego ciała.
  • wiele błogosławieństw; jak wiele dobra czynią ręce matki i ojca błogosławiące siebie nawzajem, błogosławiące ich dziecko na różne życiowe drogi 🙂 również na drogę porodu 🙂

Doula- Fizula



Chłopiec i jego pies

Razem broją.

Razem biegają.

Razem spiskują.

Sekrety sobie szepczą na ucho.

I żaden nie doniesie na drugiego.

Jak przystało na dwa szczeniątka- baraszkują razem na całego.

Dzieci mają przedziwną więź ze zwierzętami, z przyrodą.

Ile wyciszenia im to daje, skupienia, wyrobienia kondycji!

Obserwuję z pewnym zaniepokojeniem, jak my dorośli potrafimy niekiedy przeszkadzać dzieciom w nabywaniu skupienia, cierpliwości.

Jedno z dzieci bawi się- naprawia. Mały 6-latek. Tatuś o coś go prosi. „Tato, nie przeszkadzaj! Nie widzisz, że pracuję?!”

Czasem dobrze wspieramy dzieci, a czasem psu na budę to ciągłe zabawianie dzieci, wynajdowanie im zajęć, atrakcji.

Dzieci mają za dużo zabawek, a za mało naszego czasu, zrozumienia.

Za dużo rozrywek, a za mało radości.

Za dużo aspiracji rodzicielskich, a za mało własnych pomysłów.

Za dużo przedmiotów, a za mało bycia wśród roślin, zwierząt, ukochanych ludzi.

Nie jest to jakaś krytyka zewnętrzna, innych rodziców. Sama też muszę szukać skupienia, cierpliwości, radości. I podziwiać tę więź z psem-towarzyszem zabaw.



Bazgranie na wagę złota?

2 maluchy marzące z mamą i taki pegaz wyszedł w efekcie wspólnego bazgrania.

Bazgranie jest bardzo dobre.

Bazgrajmy dużo, z zamiłowaniem, do skutku i dla przyjemności.

Ciekawe, że podczas pisania albo rysowania zapamiętujemy lepiej, więcej.

Żartuję?

Nie. Poważne naukowe badanie pokazało, że studenci bazgrający podczas wykładu zapamiętali jego treść o niebo lepiej od tych, co nie rysowali.

Zwłaszcza dzieci, które przejawiają typ pamięci kinestetyczny- potrzebują wiele ruchu do zapamiętywania.

Choćby takiego:

  • Buju buju na krzesełku!
  • Bazgru bazgru na karteczce!
  • Machu machu nóżką!

W domu bazgranie może być docenione. W szkole moje dziecko dostało uwagę negatywną za bazgranie. Nie raz. Bazgrze dalej. Tym razem na UW.



Bańki- wstańki

Nawet dzieciom- okazom zdrowia w marcu i kwietniu zdaża się chorować.

Ludzka rzecz.

Dzieci odporność budują dopiero. Nie mają jej gotowej.

Świetną sprawą jest, gdy dziecko jest lub było karmione piersią. Wtedy tą odpornością w pewnej mierze dzieli się (lub dzieliła się) z nim mama.

Byłam ostatnio na ciekawym wykładzie prowadzonym przez panią doktor. Generalnie wykład był o chorobach. I piękny wtręt pani doktor, jak to bańki mają uzasadnienie naukowe. Jak w tym miejscu wytrąca się α-proteina, gdy stawiamy bańki, a w ślad za nią podążają leukocyty, dzięki czemu bańki świetnie działają przy infekcjach.

Korzystając z tej mądrości życiowej i, okazuje się naukowej, od razu raźno przystąpiłam do zabawy z dziećmi w „biedronki”.

Żeby delikwent dał sobie postawić bańkę, pokazuję na swojej ręce, potem na jego rączce ustami, że bańka to jest taki ssący mocny całus. Atrakcją dodatkową jest, że można też poćwiczyć stawianie baniek na mamie czyli na mnie, a ja jestem szczęśliwa, że będę w kropki.

Można stawiać ogniowe, jak ktoś umie. W aptece można też nabyć bezogniowe- w mojej ocenie bezpieczniejsze dla dzieci. I łatwiejsze dla początkujących.

Stawiajmy więc bańki- wstańki, żeby dzieci z łóżka wstawały

i wesołym krokiem ku wiośnie zmierzały.

Antybiotykom mówimy stanowcze: „Raczej nie!” 😉

 



„Jak ty zjesz małą, to ja zjem dużą”

W rodzinie, gdzie jest więcej niż dwoje dzieci, nie da się nudzić.

Nawet jakbyś chciał/a się trochę ponudzić, to zwyczajnie się nie da.

Figle, psoty, życie burzy się i kipi.

No i prędzej czy później przekonujesz się, że nie jesteś rodzicielskim pępkiem świata.

Nawet jeśli w którymś momencie takie przekonanie żywiłam, to szybko się go pozbyłam, widząc:

  • że dzieci w bardziej zwariowany sposób bawią się ze sobą nawzajem;
  • wsparcie rodzeństwa jest bardziej szalone, nieprzewidywalne, na wagę złota;
  • dokopywanie sobie nawzajem przez rodzeństwo uczy je odporności życiowej, przebaczania, przepraszania, zaczynania od nowa i nie robienia problemu z tego;
  • że dzieci nawzajem inspirują się, motywują, wypróbowują, pobudzają do większej twórczości;
  • że dzieci są zwyczajnie sobie nawzajem potrzebne w większym stopniu niż nam się wydaje; wraz z wiekiem to narasta- nastolatek szuka kontaktu z drugim nastolatkiem (choćby nawet się z tym krył).

Dzieci od siebie nawzajem uczą się po prostu czegoś innego niż od rodziców.

No i występuje wśród dzieci coś, co jest nielegalnym dopingiem.

Takie piękne papryczki chilli zjawiły się w naszym domu któregoś dnia.

No i wiadomo, że chłopaki palą się do rywalizacji, do prześcigania się, dopingują sobie.

Duży do małego więc przemawia czule: „Jak ty zjesz małą, to ja zjem dużą!”

No i bez zmuszania, przekonywania dezynfekuje sobie młodszy paszczę palącym warzywem.

Nie ma jak dobry motywujący wpływ brata!



Intuicja

Do nas rodziców przed narodzinami, po narodzinach przylatują Anioły Stróże naszych dzieci i szepczą nam na ucho, jakie imię Bóg wybrał przed założeniem świata dla tego konkretnego dziecka. I choć rodzice w różnych sprawach wybierają, czy posłuchać czy nie Bożych natchnień, to to jest tak przynaglające, że nie są w stanie mu się oprzeć.

Tak więc Marysia, Józio, Stasio dostają od rodziców piękny dar- życie, a zaraz potem- imię.

Jak bardzo biedne są dzieci, które nie dostają od rodziców nawet imienia. Tęsknią za nim bardzo.

Bo imię to jest coś tak znaczącego, że człowieka się po nim poznaje, ale też człowiek sam może się poznać po swoim imieniu, kim jest.

Warto poznawać znaczenie imienia, które nadamy/nadaliśmy swojemu dziecku, patrona, który nosi to imię.

Zachęcam!!!

No i warto używać tego imienia i dawać poznać swojemu dziecku, jako coś pięknego, jako skarb na całe życie.

Trzeba tylko uważać na siebie, żeby w toku wychowania tego konkretnego egzemplarza noszącego to, a nie inne imię, nie doczepiało się do tego imienia zbyt wiele łat, etykiet, zadrapań, kurzu czy wręcz błota.

Przykładzik?

Dziecko nosi imię Stasio. A matka umęczona rozbrykanym młodzieńcem, dolepia mu etykiety: „Łobuzie!”, „Bałwanie”, „Idioto”.

No i nawet może ten człowieczek nabroił, ile popadnie  i „zasłużył” na te „łatki”, ale tak jakoś przykro, gdy spod nich już nie widać, kim naprawdę jest w głębi serca, kim może się stać. A Stanisław powołany jest do stania się sławnym, znanym. Każdy z nas, każde dziecko do tego, by stać się „świątym i nieskalanym przed [Bożym] obliczem”. Józeczek powołany do pomnażania Bożych darów czy bycia dobrym starszym bratem, hehe. A Marysia do dawania innym nasycenia, do bycia radością rodziców.

I z początkowego Aniołka Stróża dopiero nieśmiało wykluwającego się  wyłonił się po części ten konkretny Anioł Stróż o konkretnych właściwościach. Ten akurat, jak widać na obrazku, przyjaźni się z końmi, ubiera się w szaty niosące Słowo Boże.

Komu Anioła, komu,

bo wypalam w domu? 😉

Doula+Wypalarka= Anioł