Archiwum kategorii ‘Dzieci małe i duże’


Macie czas?

Macie czas dla Boga?

A dla swojego męża?

A dla tego konkretnego dziecka?

I za kogo uważasz siebie?

Za kogo swoje dziecko?

Za maszynerię, która ma działać jak za naciśnięciem guzika? Automatycznie?

Czy za osobę, która jest w ciągłym rozwoju, a więc potrzebuje czasu, uwagi, miłości?

Jakiś czas temu lekarze uważali, że dzieci mogą się rodzić +/- 3 tygodnie od wyznaczonego przez nich terminu. Potem stwierdzili, że jednak +/- 2 tygodnie. Gdy rodziłam najstarszą córcię, już obowiązywał termin: 3 tygodnie przed/10 dni po. Teraz cierpliwość lekarska jeszcze bardziej się zawęża do 7 dni po wyliczonym przez nich terminie. Choć dość często słyszę o lekarzach, którzy zostawiają w szpitalu  matki w stanie błogosławionym już w terminie, konkretnego dnia i mówią: „Po co się męczyć? Indukujmy”.

A przecież życie nie jest od linijki.

Nasz wzrost ani waga nie jest od linijki.

Każdy inny, każdy nieco inaczej się rozwija.

A ktoś tu żąda od nas kobiet, żebyśmy „równo” rodziły dzieci.

Gdybyśmy patrzyły na siebie jak na piękne kwiaty, jak na cud stworzenia Bożego, to nigdy byśmy nie pozwoliły, żeby automatycznie wykurzać nasze dzieci, bo się spóźniają. Dałybyśmy im czas, żeby im okazać więcej miłości.

Żeby dać im więcej cierpliwości, czułości i zachęty, by zechciały się z nami spotkać.

Byłam znowu w Domu Narodzin. Kto chce obejrzeć więcej zdjęć?



Dziecko- nowa nadzieja

Czy zauważyłyście w jaki sposób zaczęto manipulować naszym społeczeństwem?

Od kolejnych osób w różnych okolicznościach słyszę, że dzieci nie są mile widziane. Że dzieci nie są zapraszane. Nawet że dzieci nie mogą wchodzić do kościoła – z taką „informacją” spotkałam się od pewnej pani pilnującej drzwi kościoła, by nie weszło tam więcej ludzi niż „przepisowych” pięciu kilka tygodni temu. Że dzieci nie powinny przychodzić do sklepu. Że nie są zaproszone na ślub, wesele, spotkanie wspólnoty.

Oddziela się też dzieci od starszego pokolenia jako bezobjawowych nosicieli. Oddziela się od ich mądrości życiowej, od ich czułości.

A Pan Jezus jak zwykle wierny mówi: „Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie. Nie zabraniajcie im. Do takich bowiem należy Królestwo niebieskie.”

 

Kiedy pozbywamy się trudu rodzenia, trudu znoszenia dzieci, trudu opieki nad dzieckiem, równocześnie pozbawiamy siebie i innych tak wiele radości.

Wiecie, że jest rok Jana Pawła II? On pokładał szczególną nadzieję w dzieciach. Usilnie je prosił o modlitwę- mówiąc, że to ich modlitwa ratuje przed wojną. „Czas jest bliski”- pisał święty Jan, a pierwsi chrześcijanie żyli tą bliskością. Czy dla nas czas się zatrzymał albo jest dalszy? Czy mieli rację, że żyli tą bliskością Bożą?

 



Co jest bardziej potrzebne?

Fotografia: Katarzyna Gumowska

Maseczki są bardzo potrzebne:

  • żeby mieć ładniejszą cerę- np. robiłam sobie kiedyś z truskawek i miodu; bardzo odświeżająca jest też z ogórka;
  • żeby przypadkiem nie być zbyt dotlenionym- wiadomo, taki dotleniony człowiek może zacząć myśleć;
  • terroryści i przestępcy napadający na banki, bezbronnych ludzi też mają prawo czuć się bezpiecznie i swojsko, nieprawdaż?
  • żeby dziecko nie urodziło się przypadkiem zbyt głośno płaczące, zbyt dotlenione- a wiadomo, że jak matka będzie miała mało tlenu przez maskę, to dziecko tym bardziej będzie podduszone;
  • żeby matka nie nosiła pod sercem dziecka, które będzie zbyt inteligentne, dzięki dotlenieniu mózgu- skoro można bezkrwawo i dobrowolnie ograniczyć im dostawę tlenu;
  • żeby policjanci mogli czuć się bezpieczniej i nie łapać już przestępców, a mogli nagabywać jedynie zwyczajnych obywateli, którym nie podoba się kneblowanie ich maseczkami; czy tak nie jest bezpieczniej dla szanownej policji- nie mieć do czynienia z przestępczością?
  • żeby móc więcej siedzieć w domu- kto ma ochotę długo być niedotleniony w maseczce?;
  • żeby stworzyć bardziej depresyjną atmosferę- po cóż się cieszyć widokiem uśmiechów innych ludzi i samemu darzyć innych uśmiechem, skoro można pod maseczką nie wadząc nikomu hodować grobowe miny.

No, nie dajmy się zwariować.

Pozwólmy sobie oddychać.

A zwłaszcza matkom w stanie błogosławionym.

Zwłaszcza rodzącym.

Jeśli im się TROCHĘ gorzej TYLKO oddycha w maseczce, to dziecko jest DUŻO BARDZIEJ niedotlenione.

Skoro sam minister zdrowia zaznaczył, że osoby mające trudności oddechowe mogą nie korzystać z masek.

(Cytuję z rządowej strony Gov.pl:

Ograniczenie nie dotyczy: 

  • dzieci do 4 lat,
  • osób, które mają problemy z oddychaniem (okazanie orzeczenia lub zaświadczenia nie jest wymagane) itd.)

Więc nie korzystajmy z nich- bo wszyscy, którzy ograniczają sobie maseczkami dostawę tlenu, mają problemy oddechowe.

I pan minister to przewidział.

Nie potrzeba nawet zaświadczenia lekarskiego.

„Uśmiech jest pierwszym dobrym uczynkiem”- mówiła matka Teresa z Kalkuty.

Czy mamy prawo zabierać go potrzebującym?

Uśmiech podnosi na duchu. Dodaje chęci życia. Zachęca. Uczy, że trudność jest po to, żeby ją pokonywać. Może dodać odwagi. Ociepla atmosferę.

Zdejmijcie choćby z daleka maseczkę, żeby obdarować uśmiechem.

Nawet groźny policjant może być o krok od samobójstwa, bo brakuje mu radości życia. Ma niedobór ludzkiego uśmiechu.

A Wasze dzieci mogą się cieszyć Waszym uśmiechem?

Czy zakładacie od rana maskę powagi i autorytetu?

„Radość serca jest życiem człowieka”- od Boga słowo, a więc zawsze skuteczne.



Ładna gąsienniczka?

Po tytule można by dojść do wniosku, że dziecinnieję.

Pewnie. Czemuż by nie? Kto z kim przestaje, takim się staje.

A ja nie ukrywam, najwięcej czasu przez ostatnie 20 lat spędziłam właśnie z dziećmi.

To moi mali nauczyciele.

Tryskający radością.

Zarażający entuzjazmem.

I ufnością.

Więc ewangeliczne „nie lękaj się!”, mam na wyciągnięcie ręki.

Nie ma co koronować wirusów, bakterii, bo one są nader przemijające.

W tym sezonie koronowirus, w tamtym świńska grypa, jeszcze chwilę wcześniej ptasia grypa.

Jaki strach będą zasiewać w przyszłych sezonach?

Znacie taką grę „Potwory do szafy”?

Świetna gra!

Nadaje się już dla maluszków, np. 3-latka, ale i ja, i nastolatki z przyjemnością w nią grają.

Zdradzę Wam tajemnicę.

Każdy potwór czegoś się boi!

Im straszliwszy potwór, tym bardziej zestrachany.

A najbardziej potwory boją się być wyśmiane oraz odnalezienia tego, czego się boją.

Jeśli odnajdziemy rzecz, której boi się potwór, wtedy staje się on nam posłuszny i ucieka grzeczniutko do szafy.

A takie potwory- wirusy też mają swoje potwory, przed którymi zwiewają gdzie pieprz rośnie.

Boją się:

  • sprawnie działającego układu odpornościowego;
  • boją się mleka mamy, bo jest tam masa przeciwwirusowych składników, np. przeciwciała, interferony itd;
  • trywialnej witaminy C, A, D;
  • mycia rączek;
  • zwykłych przypraw, np. tymianku, oregano, majeranku (już dla maluszków herbatka w sam raz), cynamonu;
  • bardzo groźnych przypraw: cebuli, czosnku, imbiru, goździków, czarnuszka, kolendra;
  • ziół: np. czarny bez, dziewanna, nagietek;
  • miodu, propolisu i innych pszczelich produktów.

Obserwując jak wiele błędów popełniłam w dawkowaniu dzieciom naturalnych „pomocy” w zwalczaniu infekcji, dochodzę do wniosku, że lepiej dać dziecku niemal zawsze mniej i częściej. Dla małego dziecka nawet kropelki się liczą, nie mówiąc już o łyżeczkach.

I w zgodzie z dzieckiem.- to zawsze procentuje pozytywnie.

No i warto pamiętać, że naturalne substancje przeciwwirusowe potrafią być naprawdę baaaaaardzo mocne.

Wątroba dziecka dojrzewa aż do 5 roku życia, więc nie ma dziwnych, że np. czosnek i cebulę (ciężko strawne) dziecko będzie długo oswajać. Naturalne będzie, że najpierw może zechcieć zaakceptować szczypiorek zanim polubi cebulę. Najpierw zaaprobuje kiszony czosnek lub sok z kiszonek, a dopiero później świeży.

Mleko mamy jest cudnym „oswajaczem” smaku. Zanim dziecko zje osobiście te różne przyprawy, już zakosztuje ich próbkę w mleku prosto z piersi. W drugim roku życia jest czas, o ile dziecko jest zdrowe, by dziecko śmiało zapoznawało się z bogactwem smaków, przypraw, łagodnych ziół obecnych w domowej kuchni.

To jest też czas przemycania tych „trudniejszych” smaków w „ulubionych” daniach.

No więc podzielę się z Wami dziejami pewnego przemytu.

Oczywiście nie zdradzę, kto był przemytnikiem, he he.

 

Otóż pewne dzieciaki bardzo lubiły gotowane zmiksowane  jabłka.

Jabłka się myje, wykrawa gniazda nasienne, kroi na duże kawałki (i to razem ze skórą!).

Gotuje się krótko z maleńką ilością wody (na samym dnie- tylko tyle, żeby się nie przypalały).

Potem studzi i blenduje (miksuje) na gładką masę z: witaminą C (lub sokiem z cytryny- jak kto woli), 1-2 czy 3 plastrami świeżo obranego imbiru (na pierwszy raz proponuję MNIEJ).

A potem już się nie nadąża dawać dokładek. Co kto lubi: z ryżem, z cynamonem, śmietaną, czasem płatkami jaglanymi lub innymi.

A co Wy robicie uodparniającego dla Waszych dzieci?

No i zachęcam te z Was, które karmią piersią, byście podawały swoim dzieciom we własnym mleku dużo tych „uodparniaczy”, jeśli dzieci odrzucają je do bezpośredniego spożycia. Bądźcie dobrej myśli- widocznie potrzebują dorosnąć 🙂 Dopóki karmicie piersią, jest szansa na „piersiowy” przemyt 😉



Mało znaczy więcej

Gdy moje najstarsze dziecię było w szkole podstawowej, czasem zastanawiałam się, czy nie powinnam go zapisać na jakieś języki, jakieś „super” zajęcia, które by pomogły mu się lepiej rozwinąć. „Aż” rok dziecku starczyło zapału, że pochodziło na tańce. Rok chyba pouczyło się grania na pianinie i więcej nie chciało.

I tyle.

Żadnych języków, zmuszania. Zamęczania siebie i dziecka jeżdżeniem, ćwiczeniem.

Zajmowałam się też młodszymi dziećmi.

Codzienna zabawa z rodzicami, z innymi dziećmi.

Codzienne robienie teatrzyków, przebieranie się, odgrywanie scenek. Dla zabawy.

Codzienne czytanie.

Rozmowy z rodzicami i rodzeństwem.

Dużo biegania po dworze. Gier wszelakich- ale niekoniecznie komputerowych.

Teraz gdy to moje dziecię jest dorodną studentką nie mam wątpliwości, że mniej znaczy więcej.

Że dobrze jest pozwolić dziecku być dzieckiem.

Że najbardziej rozwija dziecko właśnie zabawa. Rozmowa. Czytanie. Budowanie. Tworzenie.

A to wszystko pobłogosławione przez rodziców choćby prostym znakiem krzyża.

I czas, żeby pozwolić temu Aniołkowi Stróżowi, obsuszyć skrzydełka, rozłożyć. Odbić się do lotu.



Światło czyli po cichutku do celu

Photo by Gareth Harper on Unsplash

Krok po kroku idziesz Nowy Roku

 

Ile światła we mnie zostało po tych świętach?

Tyle, ile dałam go innym.

Tyle, ile przyjęłam i odkryłam.

Nie wiem, czy wam pisałam, ale jestem i byłam wypaloną matką.

Mi się już nie chce nawet bawić ze swoimi dziećmi 🙂

20 lat zabawy (tyle ma najstarsza latorośl)? W końcu trzeba wydorośleć 😉

Dlatego odkryłam coś tak świetnego jak pacynki:

Jak się ma pod ręką (a raczej na ręce) pacynkę, to już nie trzeba się bawić z dzieckiem.

Taka sowa chętnie zastąpi utrudzonego rodzica, który w tym czasie sobie odpocznie, popatrzy na wszystko z boku. Sowa, misio czy hipcio chętnie się powygłupiają, porozmawiają, poczytają, a nawet, o dziwo, pouczą dziecko, a ty, rodzicu, masz w tym czasie wolne, nieprawdaż?

Zaproszenie takich małych pacynkowych przyjaciół do zabawy, to otworzenie w sobie furtki do pobycia przez chwilę dzieckiem, wspólnych wygłupów, śmiechów i tworzenia historii nie-z-tej-ziemi.

To jak się bawimy w Sylwestra?

Z dziećmi? Bez dzieci?

Byłam kiedyś na spotkaniu, na którym były między innymi 2 mamy. Jedna przyszła z kilkorgiem dzieci, druga bez.

Ta pierwsza ciągle się zajmowała tymi maluchami: rozbieranie, jedzonko, włączanie im jakiś filmików, ale trzymała się twardo tematu spotkania, który nie dotyczył dzieci. Druga (pozornie) nie zajmowała się dziećmi, bo przyszła bez nich. Niemniej ciągle patrzyła na zegarek, czytała SMS-y od męża, co się dzieje z dziećmi. Tematem rozmowy nawiązywała do swoich dzieci, że musi się śpieszyć.

Która z tych matek naprawdę uczestniczyła w spotkaniu, naprawdę zostawiła dzieci poza spotkaniem, żeby móc porozmawiać na dorosłe tematy?

Gdzie jest nasze serce?

W macierzyństwie nic nie trzeba przyśpieszać.

Jako matki też dojrzewamy.



Wirusówki czyli strachy na Lachy

„Mamo, on będzie chorował jak ja skończę!”

Orzekło dziecię i tak też się stało.

Najpierw jeden braciszek przechorował sobie wirusową chorobę. W międzyczasie podzielił się nią z rodzeństwem tak, żeby nie było przestojów.

A tymczasem spotkałam ciekawą panią profesor, która mówi studentom, żeby chorobami wirusowymi u dzieci się nie przejmować zanadto, a jedynie:

  • naprzytulać delikwenta;
  • poogrzewać (o ile już nie jest ogrzany przez gorączkę), potrzymać w domu;
  • dać odpocząć człowiekowi;
  • podkarmić dobrze jadłem bogatym w witaminę C, D, A lub jeśli nie ma apetytu dać do łyknięcia w inny sposób;
  • pooklepywać, pomasować, wyłaskotać pod paszkami (bo dzieci mają dużo komórek Langerhansa na klatce piersiowej w naskórku- i to jest ich pierwsza linia obrony; te komórki pochłaniają i przetwarzają antygeny zarazków, a następnie wędrują do węzłów chłonnych, aby dojrzeć walki z tym paskudztwem);
  • pozwolić pogorączkować (nawet w podręcznikach Pediatrii piszą, że do 38,5 nie ma sensu zbijać temperatury, bo to jest pierwsza linia obrony organizmu, powyżej można np. chłodne kompresy stosować itd.).

Jakoś tak miło mi się zrobiło, że ceniona pani profesor docenia domowe metody, docenia układ odpornościowy dziecka, że ma on sens, wg niej.

Kto się łączy w bólach towarzyszenia dziecku w chorobie?

W/w to oczywiście profesorskie refleksje, dziwnie zbieżne z moimi, nie uniwersalny przepis na wyzdrowienie.

Jak zauważyła pewna mama: „Normalnie ja się staję jakimś lekarzem dla swojego dziecka!”

No tak właśnie!

I to jakim!

Bo znającym swojego pacjenta od podszewki, rano, w wieczór, we dnie i w nocy.

Ale jego Anioł Stróż zna go jeszcze lepiej- dlatego, nie zawadzi spytać go, co on sobie myśli o naszym leczeniu.

Bo to, że wybija nam zamartwianie się jako sposób na życie- to pewne!



Ale tu chustowo się zrobiło

Która z Was lubi dotykać materiałów, ubrań, chust, różnych faktur?

Ja bardzo!

Zwłaszcza chust.

Noszenie dzieci jest czymś wspaniałym!

Małe dziecko ma zakorzenioną głęboką potrzebę bycia noszonym, tulonym.

Ono rodzi się przyzwyczajone do:

  • noszenia go;
  • turlania się z nim;
  • otulania go z wszech stron;
  • podnoszenia go;
  • bujania go;
  • ruszania się z nim, przy nim itd.

Przez 9 pierwszych miesięcy życia było wszak nieodkładane i nieodkładalne.

Czas i stan błogosławiony.

Dziecko nie jest przyzwyczajone do bezruchu.

Dlatego łóżeczka niemowlęce są tak niepraktyczną rzeczą.

Najlepiej się sprawdzają jako pojemnik na ubranka, pieluszki czy inne przedmioty.

Bo dziecko najlepiej się czuje i najspokojniej śpi, gdy jest wtulone w mamę, tatę, siostrę, babcię. Na pewno nie w szczebelki drewniane.

Nawet to, że się wydycha na nie nieświeże powietrze bogatsze w dwutlenek węgla służy mu- pomaga pamiętać o oddychaniu.

 

Adwent to to taki czas, kiedy towarzyszymy Maryi w Jej czekaniu.

I w Jej noszeniu Dzieciątka Jezus.

Najcudowniejsze jest to, że Ona pozwala i zaprasza, by Jej noszenie stało się naszym.



Aż boli

Photo by Luiza Braun on Unsplash

Pewna matka opisuje na grupie, że odstawiła dziecko od piersi po spotkaniu z doradcą laktacyjnym. I pozwoliła swojemu malutkiemu dziecku przez godzinę płakać. Ale w końcu się jej udało osiągnąć to, co zamierzyła.

Czujecie to?

Mnie osobiście boli, że po spotkaniu z konsultantem laktacyjnym nie wychodzi się z przekonaniem, że warto karmić, tylko że warto odstawiać.

Nie podważam faktu, że dziecko potrzebuje zakończyć ten mleczny etap swojego życia. On prędzej czy później musi nastąpić.

Ale podważam, że trzeba małe dziecko, niemal niemowlę doprowadzać do takiej rozpaczy, by przez godzinę płakało.

I że trzeba się tym jeszcze chwalić.

Bo może to przeczytać inna matka. I jej dziecko nie będzie płakało godzinę, tylko dwie. I nie tylko jeden wieczór, ale 2 tygodnie.

Doprowadzanie dziecka do takiej bezsilności, że po godzinie płaczu zasypia, to metoda siłowa.

Matka silniejsza, przeczekała aż słabszy odpuści.

Matka górą.

Ale to nie jest kobiecy styl działania.

Bo nasza siła nie tkwi w dominacji, brutalności, konsekwencji nawet po trupach.

(Tu mi się przypomniała konsekwencja pewnej matki, która doprowadziła do odwodnienia swojego dziecka, trafiła z nim na kroplówkę do szpitala, odmawiając mu piersi- miała też zadziwiająco konsekwentne i silne dziecko).

Tak się zastanawiam, w czym tkwi matczyna, kobieca siła?

Może podpowiecie.

Czy nie w tym, że w to, co robimy, wkładamy nasze serce? Czynimy to pięknym, dajemy swoją czułość, wrażliwość, zrozumienie, cierpliwość?

Popatrzcie na tą małą dziewczynkę. Ona jeszcze nie dała sobie wmówić, że trzeba się wyzbyć swojej kobiecości, wrażliwości i piękna, a zamiast tego trzeba być twardą. Tak się przynajmniej domyślam. I dlatego mogę podziwiać:

Fotografia: Katarzyna Gumowska

Wspieram Was, kochane: pozwólcie sobie być matkami. Ani się obejrzycie, a będziecie matkami starszych dzieci, które nawet nie będą chciały, by wspominać ten etap życia.

Zamiast walczyć z tym, co i tak przeminie, może warto skupić się na tym, co istotne?

No i zastanawiam się, jak łatwe mają zadanie ci, którzy reklamują mieszanki, skoro nawet niektórzy konsultanci laktacyjni przyklaskują siłowemu odstawianiu od piersi.

Doula- Fizula



Twórczość jest w nas

Zdarza się Wam tak: macie coś do zrobienia, ale z jakiegoś powodu sprawia to ogromną trudność, więc znajdujecie sobie pracę zastępczą? Nie polecam takiego sposobu postępowania.

Mi się niestety zdarza.

I w ten sposób powstały 4 książeczki motywacyjne.

  1. O byciu w stanie błogosławionym;
  2. Porodowa;
  3. O mlecznej drodze (vide: zdjęcie);
  4. Wzmacniająca na koniec połogu.

Zachęcam do skorzystania z pomysłu, jako i ja skorzystałam. Z odwlekania prac koniecznych, które „uwierają”- nie.

A było to tak.

Miałam szczęście być w Domu Narodzin im. św. Rodziny w Łomiankach.

I tam napotkałam, oprócz cudownych ludzi, książeczkę z „Perełkami porodowymi” czyli cytatami dodającymi ducha np.

„Poboli, poboli i przestanie”.

Kliknęłam zdjęć parę. (Za jakiś czas Wam pokażę, dzięki uprzejmości Wandy Ekielskiej oraz rodzącej).

A potem w domu zrobiłam własną książeczkę. Potem drugą na kolejny temat. Itd.

A przy okazji zrobiły też swoje własne książeczki moje dzieci.

Tematy, rzecz jasna, zgodne z zainteresowaniami. Czyli różne.

Maluchy podchwyciły temat, bo spodobały im się: kolorowe sznureczki do związywania, każda karteczka w innym kolorze, możliwość układania własnej treści, własnych rysuneczków.

Tworzycie, kochane niewiasty?

To pomaga przywrócić równowagę ducha.

A jeśli nie tworzycie, to może dlatego, że nie odkryłyście jeszcze własnego potencjału? Lub boicie się otworzyć na nieznane, usłyszeć, co Wam w sercu gra?

No a teraz czas wracać do pracy właściwej 🙂  Czyli na adwentowe tory się ustawić.