Archiwum miesiąca Październik 2014


O Szkole Rodzenia- telewizyjnie itp.

Moja niezrównana położna w akcji:

O Szkole Rodzenia, karmieniu piersią itp.



Odwaga bycia matką

I znowu bajka-niebajka.

Wychodzi ze wspaniałej uczty królowa matka z czwórką dzieci (przy nogach, ciągnących ją za ręce itd.). Podchodzi do niej młoda dziewczyna i z wyrazem promiennego zachwytu mówi:

-Ależ pani jest piękną matką!

-Dziękuję bardzo.- odpowiada królowa z godnością i udziela jej się radość bijąca z twarzy dziewczyny.

Królowa idzie dalej. Zatrzymuje ją staruszka i taksuje ją spojrzeniem:

-Ależ pani jest zniszczona przez to macierzyństwo i te dzieci tak wiszące na pani nie pasują do pozycji waszej królewskiej mości…- z politowaniem mówi starsza pani.

Królowa blednie i kurczy się w sobie jakby przestała być królową.

Kto zgadnie albo wymyśli dalszy ciąg?

Co weźmiemy z tej historii? Czy zachwyt czy poniżenie? Kim jesteśmy?

Pan Bóg stworzył nas pięknymi i widzi w nas piękno. Nawet gdy trud i czas przykrywa je matowością.



Co jest czym

Opowiem Wam bajkę.

Dawno, dawno temu, a może nie tak całkiem dawno ją usłyszałam. W każdym bądź razie ząb czasu ją nadgryzł, a moja pamięć mogła niejeden uszczerbek w jej treści uczynić. Niemniej spróbuję podzielić się tą bajką-niebajką, a przynajmniej jej sensem.

Była sobie pewna uboga kobieta. Stwórca przydzielił jej w życiu zadanie podlewania kwiatów w ogródku. Dał jej do tego kilka dzbanów, żeby nimi nanosiła wody ze studni oddalonej kawałek drogi i przykazanie, żeby wszystkich dzbanów używała. Nosiła więc wodę, by podlewać rośliny. Jednak jeden z dzbanów sprawiał jej ogromne trudności: był bardzo dziurawy, tak że gdy dochodziła od studni do ogródka, to zazwyczaj okazywało się, że wody w dzbanie już prawie nie ma. Kobieta dziwiła się, złościła, okazywała niezadowolenie: po co ma nosić tym dziurawym dzbanem wodę, skoro efekty są tak mizerne? Wolała zawsze używać dzbanów pełnych, niepopsutych- dzięki nim kwiaty w ogródku były dobrze i sprawnie podlane.

Pytała się Stwórcy, po co ten dzban dziurawy ma używać, ale zawsze dostawała odpowiedź, że dowie się potem. Dopiero gdy poszła do nieba otrzymała odpowiedź. Zobaczyła z góry ogród i całą okolicę. „Zobacz- powiedział Stwórca- całe dzbany posłużyły do nawodnienia ogródka ze zwykłymi kwiatami, ale dzięki dzbanowi dziurawemu wyrosły najpiękniejsze kwiaty wzdłuż drogi. Podlewałaś ich nasiona niosąc wodę uszkodzonym dzbanem.”

Różne trudności przeżywamy z naszymi dziećmi, z sobą samą. Jak je nazwiemy? Możemy je potraktować jako problemy i boczyć się na siebie, na dzieci, na Boga, że dał nam coś tak bezsensownego w życiu- taki trud, z którym, zdaje się, nie radzimy sobie.Taki ból, który przygarbia ramiona, odbiera radość życia.

Ale możemy też te trudy potraktować jak wyzwanie: i korzystać z tej szansy wydobycia tego boleśniejszego piękna, dobra, ukrytego głębiej, wymagającego nauczenia się czegoś więcej.

Chodziła ta opowiastka za mną i chodziła. A ja się opierałam jej urokowi i opierałam, myślałam o niej, że w przepaściach mojej pamięci zgubiłam jej piękno. Aż w końcu P. swoim dzisiejszym mailem sprowokowała mnie do podzielenia się nią- bardzo Ci dziękuję za niego!

Różne cechy dzieci sprawiają trudność- czy potraktuję je jako wyzwanie, dar? czy jako powód do narzekania, wiercenia dziury w brzuchu sobie, mężowi, dziecku?

„He he- zapewne powiesz-mam docenić upór moich dzieci, ich kłótliwość, nieposłuszeństwo? Mam docenić swoją skłonność do depresyjności, swoją samotność, swój gniew?”

Tak, ponieważ tylko w ten sposób wydobędziesz z nich: wytrwałość, współpracę i dogadywanie się oraz wolność swoich dzieci. Tylko dzięki twórczości w tej dziedzinie odkryjesz własną refleksyjność, samodzielność myślenia, własną pewność siebie.

Wyobrażacie sobie, że umiecie docenić te swoje trudne cechy? A tak właśnie patrzy na nas Stwórca i przez te nasze „dziury” wpuszcza jeszcze więcej łaski, jeszcze więcej dobra niż gdyby ich nie było.



Gdy się skończy wino…

 

Przychodzi taki czas w małżeństwie, że jest trudno.

Jakby wyczerpała się miłość, żar osłabł, problemy dopadają. „Nie mają już wina”- zauważyła Maryja na weselu w Kanie Galilejskiej. Wina czyli symbolu życia, miłości, radości. Gdy radość i miłość się wyczerpuje, trzeba sięgnąć do stwórczej mocy sakramentu małżeństwa.

Kiedy uczynimy wszystko, co nam mówi Syn Boży- Jezus Chrystus, a więc napełnimy nasze serca tą zwykłą codziennością -wodą, żeby Jemu ją oddać- stanie się cud. Sakrament małżeństwa ma tą wielką moc: moc obecności Bożej między dwojgiem ludzi. Obecności tak twórczej i kochającej.

Jan Paweł II w Szczecinie:

>praca, jak uczył niezapomniany kardynał Stefan Wyszyński, ma dwa cele: „Udoskonalenie rzeczy i udoskonalenie człowieka pracującego… ma być tak wykonywana, by w jej wyniku człowiek stawał się lepszy”<

I po tym cudzie miłości małżeńskiej okazuje się, że zwykłe sprzątanie albo gotowanie obiadu może dawać szczęście.



Maluszki w kościele

Dzieci broją. Czyli zachowują się zupełnie naturalnie.

Ksiądz Twardowski, znakomity poeta cudownie opisuje zachowanie dzieci w kościele. Jak to tylko im się nie nudziło: bo bawiły się sznurowadłami, wszystkim co tylko znalazły w zasięgu ręki. Tryskały pomysłowością, żywiołowością i radością.

Czy ta radość i szczere serce może się nie podobać Stwórcy, który przecież tak je stworzył?

Jednak przeszłam wiele etapów postępowania z dziećmi w kościele: od biegania za nimi w kościele (ta faza uczy dziecko, że rodzic powinien biegać za nim), po zabieranie dziecka do kościoła zawsze aż do zabierania czasami. Spotkania z ludzkimi reakcjami też były różne: więcej jednak zwracania uwagę na ich niegrzeczne zachowanie, rzadko kiedy ktoś zwraca uwagę i dzieli się tym, że dziecko postępuje dobrze, uważnie w kościele. Takie doświadczenie.

Ale przychodzi czas, że trzeba dziecko przygotować do Komunii Świętej. Ksiądz zachęca, by dzieci przychodziły jak najczęściej na różaniec. I tu podzieliłam się moimi wątpliwościami: „Może wystarczy ten różaniec w domu. Co wtedy gdy to młodsze rodzeństwo dokazuje ?”

Odpowiedź księdza: „Ależ proszę pani! To bardzo dobrze- to znaczy, że one się dobrze czują w kościele i tak ma być. Spokojnie przychodzimy z maluchami. One są tu potrzebne i na swoim miejscu.” Ta bijąca radość i akceptacja obecności dzieci- co za ulga dla mojego matczynego serca 🙂



Szczęście czy przekleństwo?

Karmienie piersią jest prawdziwym szczęściem dla dziecka i dla mamy.

To zostało dobrze wymyślone:

  • dziecko i matka kontynuują tę bliskość jaką miały poprzez pępowinę, łono matki; pierś staje się taką zewnętrzną pępowiną;
  • karmienie piersią to nic innego jak dobre przytulenie i utulenie: prawidłowe przystawienie właśnie po tym można poznać; nosek i bródka dotykają piersi, brzuszek do brzucha mamy dotyka; dziecko zaznaje szczęścia, bo czuje dalej mamę jako źródło pokarmu, ciepła;
  • można karmić przez sen (dłużej śpi i mama, i dziecko); starsze dziecko- kilku, kilkunasto miesięczne może nauczyć się nawet przystawiania samodzielnego do piersi nie budząc szczególnie mamy;
  • karmienie piersią uczy macierzyństwa: a więc cierpliwej miłości, dyspozycyjności, łagodności w stosunku do dziecka; wczucia się w jego potrzeby; uczy zaufania, usuwa lęk przed dzieckiem, istotą nieznaną: trudno się bać kogoś, kto jest tak bliski i ufny, wtulony w nas;
  • karmienie piersią to dzielenie się swoim życiem i zdrowiem, odpornością, zaradnością; nawet gdy mama choruje (np. grypa), to jej dziecko jest stosunkowo dobrze zabezpieczone przed zachorowaniem, bo ciała odpornościowe matki w pierwszym rzędzie są przekazywane dziecku (pierś leży tuż przy węzłach chłonnych).

Naszym zadaniem jako żon jest nauczenie swoich mężów pozytywnego stosunku do karmienia piersią, tak żeby mogli stać się za nie odpowiedzialni, żeby nas w nim podtrzymywali. Nie nauczymy ojców naszych dzieci przychylnego stosunku do karmienia naturalnego narzekaniem na dziecko, narzekaniem na to karmienie piersią, żaleniem się na nie. Reakcja przeciętnego mężczyzny na takie nasze zachowanie będzie następująca: „To odstaw! Będzie po kłopocie.”

Na trudy karmienia piersią stanowczo lepiej żalić się przyjaciółce, a męża zapoznawać przede wszystkim z jego walorami. Wtedy jego reakcją będzie ochranianie tego dobra, które dzięki nam pozna: jak dobre jest ono dla dziecka, jak dobre dla nas jako mam, jak dobre dla rodziny (oszczędność, tatuś wyspany, nie budzimy go do karmień itd.).

„Obarczę cię niezmiernie wielkim trudem brzemienności”– to Boże błogosławieństwo dla Ewy przed opuszczeniem  raju. Bóg nie przeklina, Jego słowa są zawsze pełne życia. Karmienie piersią jest częścią tej brzemienności, płodności. Ten trud to jest błogosławieństwo czyli szczęście dla nas. Szczęście, które trzeba umieć wydobyć, rozpoznać. Nikt nie kwestionuje, że szczęściem jest dla alpinisty zdobycie wymarzonego szczytu z powodu trudu, jaki musi w to włożyć. Nikt nie powinien kwestionować wartości karmienia piersią z powodu tego trudu, jaki matka musi wziąć na siebie.

W momencie, kiedy karmienie mlekiem zwala na ojca- przekazuje mu swoją matczyną rolę. Oczywiście ona się w tym nie wyczerpuje, ale jest istotną jej częścią.

Jedna z matek napisała o karmieniu piersią, że to przekleństwo. Tak wiele rzeczy je w nim męczy: nocne częste budzenie, dzienna dyspozycyjność itd. Jednak pokrzepiona, pocieszona słowami innych mam karmiących napisała, że będzie jej się teraz łatwiej karmić: po prostu chciała się wyżalić, wypłakać ten trud, poskarżyć się. Gdy inne matki wyjaśniły jej zachowanie jej dziecka jako normalne, potrzebne (częste nocne budzenia i karmienia służą rozwojowi mózgu dziecka), odetchnęła z ulgą.

Kiedy Pan Bóg mówi, że kładzie przed nami błogosławieństwo i przekleństwo, życie i śmierć, to przekonuje zarazem, żeby wybierać błogosławieństwo i życie.  Bierzmy więc życie, żeby się nim dzielić, bo kto je zechce zachować, ten je straci. Prędzej czy później.