Archiwum miesiąca Maj 2019


Chłopiec i jego pies

Razem broją.

Razem biegają.

Razem spiskują.

Sekrety sobie szepczą na ucho.

I żaden nie doniesie na drugiego.

Jak przystało na dwa szczeniątka- baraszkują razem na całego.

Dzieci mają przedziwną więź ze zwierzętami, z przyrodą.

Ile wyciszenia im to daje, skupienia, wyrobienia kondycji!

Obserwuję z pewnym zaniepokojeniem, jak my dorośli potrafimy niekiedy przeszkadzać dzieciom w nabywaniu skupienia, cierpliwości.

Jedno z dzieci bawi się- naprawia. Mały 6-latek. Tatuś o coś go prosi. „Tato, nie przeszkadzaj! Nie widzisz, że pracuję?!”

Czasem dobrze wspieramy dzieci, a czasem psu na budę to ciągłe zabawianie dzieci, wynajdowanie im zajęć, atrakcji.

Dzieci mają za dużo zabawek, a za mało naszego czasu, zrozumienia.

Za dużo rozrywek, a za mało radości.

Za dużo aspiracji rodzicielskich, a za mało własnych pomysłów.

Za dużo przedmiotów, a za mało bycia wśród roślin, zwierząt, ukochanych ludzi.

Nie jest to jakaś krytyka zewnętrzna, innych rodziców. Sama też muszę szukać skupienia, cierpliwości, radości. I podziwiać tę więź z psem-towarzyszem zabaw.



Wypadek? Kto odpowiedzialny?

W ostatnim czasie czytałam dwa artykuły o tym, jak lekarzowi wypadło nowo narodzone dziecko z rąk. Jedno na podłogę wyślizgując się z dróg rodnych matki oraz rąk lekarza, drugie na stanowisko dla noworodków. Ten drugi incydent zarejestrowany przez gorliwego tatę na filmie, więc można sobie obejrzeć gdzieś w internecie, na Facebooku bodajże.

I dziesiątki komentarzy pod tym. Oczywiście opluwających lekarzy, personel medyczny.

Że jak tak można się śpieszyć! Epitetów i obelżywości mnóstwo.

No i racja. W tej sytuacji sprawdza się przysłowie „festina lente” czyli „śpiesz się powoli”.

Ale z drugiej strony, czy czasem nie da się współczuć temu lekarzowi, położnej?

Na pewno specjalnie tego nie zrobili. Mogli być zmęczeni (np. po 24 godzinnym dyżurze- kto by nie był?). Mogli być potrzebni przy następnym porodzie. Mogli być niewyspani i w związku z tym rozkojarzeni etc. Można by tak długo mnożyć ewentualności, zapytania.

Nikt jednak z piszących internautów nie zadał pytania o ręce ojca. Gdzie one były, gdy trzeba było trzymać, łapać dziecko. Zbyt łatwo się sprowadza ojców do niemych świadków, reporterów na porodówce. Ale też sami dają się sprowadzić przyklejając się do telefonów. Bo w jednym z wydarzeń ojciec właśnie nagrywał to tragiczne wydarzenie. Nie chodzi o to, bym oskarżała ojca- pytam jedynie o jego powołanie.

Ojcowie kochający świadomi, obecni, uczestniczący potrafią być świetnymi ratownikami. Z jakim fantastycznym refleksem potrafią podrzucać dzieci i łapać je aż maluchy piszczą ze śmiechu. Czy nie jest spłycaniem ich roli, pozostawienie ich wyłącznie w funkcji „nagrywacza”?

Personel medyczny czasem się wkurza na tych rodziców, którzy za wszelką cenę pilnują, nie odstępują swoich dzieci ani na krok. Że utrudniają im pracę, patrzą na ręce. Że chcą decydować, trzymać swoją rękę na pulsie.

Ale jak cenne w tej sytuacji byłyby wyciągnięte ręce matki albo ojca po dziecko.

Dziecko w trakcie narodzin jest śliskie, mokre, w śluzie, mazi płodowej, czasem trochę we krwi.

Znam takich rodziców, którzy w porodzie i po porodzie cały czas dopilnowali, by nie rozstawać się z dzieckiem, nie pozwolić go dokarmić, zabrać, zrobić jakichkolwiek zabiegów bez ich czujnej refleksyjnej obecności etc.

Trudne dla personelu to było. Rodzice się nasłuchali. Cięgi, negatywne uwagi zebrali. Błogosławione w skutkach dla dzieci. Bo były dopilnowane, wykarmione, zrozumiane.

Będąc doulą zachęcam zwłaszcza mamy, zwłaszcza ojców,by nie bali się w porodzie wyciągać ręce po swoje dziecko, poznawać je, być świadomymi i odpowiedzialnymi. Też poprzez rozsądną współpracę z opieką medyczną.

Takie jest życie.

I to na różnych etapach macierzyństwa i ogólnie rzecz biorąc rodzicielstwa.

Jeśli my nie weźmiemy odpowiedzialności za własne dzieci, weźmie ją ktoś inny tak, jak będzie umiał lub chciał czy „potłuką się” nam dzieci o różne okoliczności życiowe.

Najlepiej na każdym etapie złożyć swoje Skarby w wierne ręce Boże. I współpracować z nimi w dziele „łapania” dziecka. To zawsze działa.



Drążenie

Egershalok.

Piękne miejsce.

Gdzie gorąca woda buduje taką oto skałę.

Drąży. Ozdabia w esy floresy, wzorki-kolorki.

Niby tylko woda.

Kapie sobie, spływa. Czasem wytryśnie.

My kobietki działamy podobnie, jeśli według swojego powołania działamy.

Codzienne zmienianie pieluch. Trzymanie bez końca przy piersi wiecznie głodnych niemowlaków i poniemowlaków. Ciągłe sprzątanie, gotowanie. Bujanie nie-nabujanych, pokazywanie. Mówienie do tych, co nie mówią, nie rozumieją lub pozornie stracili zdolność rozumienia (przypadek nastolatków). Śpiewanie, wycieranie, pomaganie, zbieranie.

W ten sposób tworzy się życie, buduje to, co wartościowe przy pomocy małych środków.

Docenianie, karmienie duszy, oddawanie czasu, pocieszanie, oddawanie serca, radość bycia razem.

Budowanie sensu.