Archiwum kategorii ‘O wychowaniu siebie i wychowaniu dzieci’


Wystarczy otworzyć okno…

Gdy przeżywasz noc, pamiętaj, że po drugiej stronie jest dzień.

 

Jak się trzymacie kochane niewiasty?

I dlaczego Wam radzę otworzyć okno?

Bo słychać głosy ptaków.

A ptaki jakby nigdy nic śpiewają na całego.

Witają z całych sił wiosnę.

Chwalą Stworzyciela.

Nie martwią się tym, co będzie ani trochę.

A wykorzystują w 100% to, co jest tu i teraz.

I dzieci są jak ptaki- żyją chwilą obecną.

Do szczęścia wystarczy przelatujący motyl, uśmiech kochanej osoby, podrzucanie piłki, kamyczek wyciągnięty spod fotela.

Do posłuchania głosów ptaków

A my się zachwyćmy drogocenną perłą Słowa Bożego,

którą każdego dnia ofiaruje nam Zbawiciel:

 

„Chociażbym przechodził przez ciemną dolinę,

zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną.

Kij Twój i laska pasterska są moją pociechą.”



Zrelaksowane dziecko

Serdecznie dziękuję za to zdjęcie mamie, której miałam szczęście towarzyszyć w porodzie

 

Bardzo mi się podoba to zdjęcie.

Ta mama nie zarażała dziecka swoim lękiem, że jej dziecko się zarazi w tej taczce pełnej brudnych korzeni.

Dała mu po prostu radość bycia w ciekawej sytuacji, dotykania czegoś nowego. Może jechania nowym „pojazdem”.

Uczenia się życia, że ono nie jest zawsze sterylne.

Że ono jest wymagające, ale warte przeżycia.



Jak wytrzymać ze swoim dzieckiem?

Krótki przewodnik przetrwania dla rodzica, cha cha!

Dzisiaj koleżanka może trochę nie wprost, ale zapytała mnie, jak wytrzymuję z jednym ze swoich dzieci.

Hm.

Czasami to nawet sama się sobie dziwię, ale z Bożą pomocą wytrzymuję. A czasem gdy tylko na własnych siłach się opieram, nie wytrzymuję i wtedy jest „niewytrzymanie do kwadratu”, bo dziecko ze mną też nie wytrzymuje.

A kiedy jest najtrudniej:

  • najczęściej je błogosławię;
  • staram się częściej całować i przytulać;
  • częściej wybaczać;
  • część prosić o przebaczenie- też za nie i jego „wybryki”;
  • więcej rozumieć i myśleć za nie- czego mu zabrakło;
  • modlę się do Jego Anioła Stróża, żeby On mu wytłumaczył to, czego ja nie potrafię;
  • zmieniam trudną sytuację na łatwą: np. zmęczone, rozdrażnione dziecko prawie zawsze się odpręży w kąpieli- choćby na chwilę;
  • nie tracę nadziei.

To teraz.

Ale gdy dziecię jeszcze wchodziło na próg po drabinie, można było niemal zawsze lub często:

  • utulić przy piersi;
  • ponosić;
  • pobujać.

I bardzo często mały człowiek się odprężał, bo to były takie małe dobre uczynki dla dziecka, które były jakoś kompatybilne z jego potrzebami.

A jakie Wy macie patenty na „niewytrzymanie” z dzieckiem??? Chętnie się zamienię w słuch.



Światło czyli po cichutku do celu

Photo by Gareth Harper on Unsplash

Krok po kroku idziesz Nowy Roku

 

Ile światła we mnie zostało po tych świętach?

Tyle, ile dałam go innym.

Tyle, ile przyjęłam i odkryłam.

Nie wiem, czy wam pisałam, ale jestem i byłam wypaloną matką.

Mi się już nie chce nawet bawić ze swoimi dziećmi 🙂

20 lat zabawy (tyle ma najstarsza latorośl)? W końcu trzeba wydorośleć 😉

Dlatego odkryłam coś tak świetnego jak pacynki:

Jak się ma pod ręką (a raczej na ręce) pacynkę, to już nie trzeba się bawić z dzieckiem.

Taka sowa chętnie zastąpi utrudzonego rodzica, który w tym czasie sobie odpocznie, popatrzy na wszystko z boku. Sowa, misio czy hipcio chętnie się powygłupiają, porozmawiają, poczytają, a nawet, o dziwo, pouczą dziecko, a ty, rodzicu, masz w tym czasie wolne, nieprawdaż?

Zaproszenie takich małych pacynkowych przyjaciół do zabawy, to otworzenie w sobie furtki do pobycia przez chwilę dzieckiem, wspólnych wygłupów, śmiechów i tworzenia historii nie-z-tej-ziemi.

To jak się bawimy w Sylwestra?

Z dziećmi? Bez dzieci?

Byłam kiedyś na spotkaniu, na którym były między innymi 2 mamy. Jedna przyszła z kilkorgiem dzieci, druga bez.

Ta pierwsza ciągle się zajmowała tymi maluchami: rozbieranie, jedzonko, włączanie im jakiś filmików, ale trzymała się twardo tematu spotkania, który nie dotyczył dzieci. Druga (pozornie) nie zajmowała się dziećmi, bo przyszła bez nich. Niemniej ciągle patrzyła na zegarek, czytała SMS-y od męża, co się dzieje z dziećmi. Tematem rozmowy nawiązywała do swoich dzieci, że musi się śpieszyć.

Która z tych matek naprawdę uczestniczyła w spotkaniu, naprawdę zostawiła dzieci poza spotkaniem, żeby móc porozmawiać na dorosłe tematy?

Gdzie jest nasze serce?

W macierzyństwie nic nie trzeba przyśpieszać.

Jako matki też dojrzewamy.



Aż boli

Photo by Luiza Braun on Unsplash

Pewna matka opisuje na grupie, że odstawiła dziecko od piersi po spotkaniu z doradcą laktacyjnym. I pozwoliła swojemu malutkiemu dziecku przez godzinę płakać. Ale w końcu się jej udało osiągnąć to, co zamierzyła.

Czujecie to?

Mnie osobiście boli, że po spotkaniu z konsultantem laktacyjnym nie wychodzi się z przekonaniem, że warto karmić, tylko że warto odstawiać.

Nie podważam faktu, że dziecko potrzebuje zakończyć ten mleczny etap swojego życia. On prędzej czy później musi nastąpić.

Ale podważam, że trzeba małe dziecko, niemal niemowlę doprowadzać do takiej rozpaczy, by przez godzinę płakało.

I że trzeba się tym jeszcze chwalić.

Bo może to przeczytać inna matka. I jej dziecko nie będzie płakało godzinę, tylko dwie. I nie tylko jeden wieczór, ale 2 tygodnie.

Doprowadzanie dziecka do takiej bezsilności, że po godzinie płaczu zasypia, to metoda siłowa.

Matka silniejsza, przeczekała aż słabszy odpuści.

Matka górą.

Ale to nie jest kobiecy styl działania.

Bo nasza siła nie tkwi w dominacji, brutalności, konsekwencji nawet po trupach.

(Tu mi się przypomniała konsekwencja pewnej matki, która doprowadziła do odwodnienia swojego dziecka, trafiła z nim na kroplówkę do szpitala, odmawiając mu piersi- miała też zadziwiająco konsekwentne i silne dziecko).

Tak się zastanawiam, w czym tkwi matczyna, kobieca siła?

Może podpowiecie.

Czy nie w tym, że w to, co robimy, wkładamy nasze serce? Czynimy to pięknym, dajemy swoją czułość, wrażliwość, zrozumienie, cierpliwość?

Popatrzcie na tą małą dziewczynkę. Ona jeszcze nie dała sobie wmówić, że trzeba się wyzbyć swojej kobiecości, wrażliwości i piękna, a zamiast tego trzeba być twardą. Tak się przynajmniej domyślam. I dlatego mogę podziwiać:

Fotografia: Katarzyna Gumowska

Wspieram Was, kochane: pozwólcie sobie być matkami. Ani się obejrzycie, a będziecie matkami starszych dzieci, które nawet nie będą chciały, by wspominać ten etap życia.

Zamiast walczyć z tym, co i tak przeminie, może warto skupić się na tym, co istotne?

No i zastanawiam się, jak łatwe mają zadanie ci, którzy reklamują mieszanki, skoro nawet niektórzy konsultanci laktacyjni przyklaskują siłowemu odstawianiu od piersi.

Doula- Fizula



Krok po kroczku zbliża się pewien święty na paluszkach, żeby nie obudzić dzieci…

W wieku szczenięcym zaczęłam czytać książki Małgorzaty Musierowicz z zazdrości.

I to jakiej!

No bo jak to może być, że dwie twoje ukochane przyjaciółki czytają ciągle i zachwycają się jakimiś książkami, a nawet, o zgrozo, urządzają sobie śmichy – chichy na ich temat, a ty jak głąb nic nie wiesz.

No więc musiałam przemóc swoje uprzedzenie do „głupiej” Anieli, co to dla chłopaka wyjeżdża do innego miasta, a nawet dla niego wybiera szkołę.

A że zaczęłam czytać od innej powieści niż Kłamczucha, to już poszło z górki.

„Ida sierpniowa” okazała się pysznym kąskiem dla mola książkowego. Więcej nikt mnie nie musiał zachęcać. Raczej dochodziły mnie nawoływania zza ściany o konieczności gaszenia światła o przyzwoitej porze.

Tyle, że to jest groźne.

Bo zaraźliwe.

Przyjaciółki zaraziły mnie miłością do p. Musierowicz.

Ja zaraziłam własnego męża.

Oboje zaraziliśmy córkę.

Potem był syn.

Następnie młodszej córce udzieliła się ta epidemia .

W międzyczasie najstarsza córka w taką komitywę weszła z p. Małgorzatą, że ta pogratulowała jej narodzin braciszka Ignacego Grzegorza na swoim czacie.

Strach pomyśleć, co będzie dalej 😉

No więc czytamy sobie dalej. Np. ostatnio dorwałam książkę „Na gwiazdkę”.

No i cóż się z niej można dowiedzieć?

Że autorka jako dziecko otrzymywała listy od św. Mikołaja.

Co prawda ten miły osobnik bardzo jej przypominał w korespondencji pogawędki dydaktyczne własnej mater, ale z sympatii można było na to przymknąć oko.

Jeśli czytujecie gatunek fantasy, to może z zainteresowaniem przyjmiecie wieść, że i Tolkien dostarczał listy od świętego Mikołaja swojemu dziecku.

To, co?

Dołączacie się?

Z dwuletniego doświadczenia widzę, że warto.

Dziatwa otrzymująca epistoły od tego zacnego świętego przechowuje je troskliwie. Czyta po wielokroć z wielkim zainteresowaniem (lub prosi o odczytanie). I co więcej: nawiązuje do listu w kolejnym liście do świętego Mikołaja! Zauważa, co do niej się pisze! Co bardziej dociekliwa dopatruje się podobieństwa stylów, tudzież charakteru pisma do własnej matki, o zgrozo!

Co oprócz listów warto doręczać swoim dzieciom?

Drobiazgi, które sprawią radość. Tworzywa, z których dzieci będą mogły wyczarować własny świat. Rękodzieło zrobione przez sąsiadkę, przyjaciółkę czy osobę w potrzebie. Książki!- oczywiście. Uszyty przez siebie gałganek. Lub owoc, który dziecko ciekawi.

Ten świat potrzebuje skromności i umiaru.

My ich potrzebujemy.

Potrzebujemy zwłaszcza więcej oddania, czasu, a mniej przedmiotów.

Tu uszyta kociczka z podartych bluzek. Przez kilka wieczorów ręcznie dało się zrobić.

P.S. Proszę się pozachwycać wcześniejszymi zdjęciami, które dostałam od pewnej pięknej mamy- fotografki i od drugiej cudnej mamy z wieloma skarbami :)))))

 



Jak w lustrze

Fotografia: Katarzyna Gumowska

 

-Mamusiu, czy Ty wiesz, że oglądam się w Twoich słowach jak w lustrze?

-Mamusiu, czy Ty wiesz, że rozumiem dużo wcześniej nim nauczę się mówić?

-I w Twoich, Tatusiu.

 

Jak wiele nieprawdziwych rzeczy potrafimy, my matki, (tatusiowie również niestety) wmówić naszym dzieciom.

Dopóki nie nabędą krytycyzmu chłoną nasze słowa jak gąbka.

Dlatego tego, co same przeżywamy, na co same chorujemy, czego się boimy, nie powinnyśmy przenosić na swoje dzieci.

One nie są nami.

Ze względu na dusze są nawet bardziej podobne do Pana Boga niż do nas.

Trzeba uważać, co się mówi do dzieci Bożych 🙂

Bo Panu Bogu zależy na nich.

Bardziej niż nam.

 



Koń jaki jest, każdy widzi

Koń i jego chłopiec czyli miłość od pierwszego wejrzenia

Zachwyciła mnie kiedyś pewna mama prostym stwierdzeniem, że „nie odstawia swojej córeczki od piersi w tym momencie, bo z koniem nie będzie się kopać”.

Mądrością matczynego serca nie jest nieustępliwość, dążenie po trupach do celu czyli to „kopanie się z koniem”.

Mądrością matczynego serca jest czasem pójście z dzieckiem za rączkę dwa kroczki do tyłu.

My znamy kierunek podążania, rozwoju.

I bardzo dobrze.

Ale dziecko czuje, co się z nim dzieje. Zna swoją słabość i potrzeby.

Też dobrze.

Ważne, żeby być na tej drodze rozwoju razem.

I w zgodzie.

Fotografia Katarzyna Gumowska



Jesień, ach to ty!

Narzekacie trochę na pogodę?

A w myślach narzekacie?

Bo ten podziemny nurt drążący serce jest ważniejszy.

Mocniejszy.

Bardziej wpływający na życie.

Ile jeszcze mam do nauczenia się od dzieci!!!

 

Za cudne zdjęcia serdecznie dziękuję mamie tych dzieciaczków 🙂


Fascynujący kwiat

Czy o tych kwiatuszkach piszę w tytule?

Fioletowych i białych klematisach?

Po części.

Ale bardziej fascynującym kwiatem jest siostrzana miłość, dzięki której zrodził się pomysł, by udekorować w ten sposób najmłodszą siostrzyczkę.

Najbardziej zwariowane zabawy dzieci wymyślają z innymi dziećmi.

Oto i autorki tej dekoracji wraz ze swą siostrzyczką:

Miłość domaga się wielkoduszności.

Żeby dawać dzieciom to, co najlepsze:

  • siebie samego,
  • rodzeństwo,
  • cały świat
  • i największe dobro: żywego Boga, któremu na imię Jezus Chrystus.

Serdecznie dziękuję za zgodę na posłużenie się tymi pięknymi zdjęciami, które miałam przyjemność zrobić.