Archiwum miesiąca Wrzesień 2018


Oddychanie jesienią

Oddychacie tą jesienią?

Jej słońcem, jej kolorami, podmuchem zimna i ostatnich kropel gorąca?

Czego za parę, parenaście lat nie będziecie żałować?

Wspólnych spacerów i uśmiechów.

Wspólnych pląsów i hec, od których rozbrzmiewał dom.

Chwil, które były dzieleniem się bliskością i ciepłem, słodyczą serca, poczuciem humoru.

Wspólnego tworzenia dobra.

Albo choćby jego poszukiwania.

Choćby po omacku.

 



Nawlekanie i szlaczków dzierganie

Kawałek tektury, grube nici i igła. I jest zabawa dla dziecka. Może być napis, np. imię dziecka. Może być zwierzątko lub szlaczek. Można kupić grę, która potem zalega na półce, bo po jednym, dwóch razach się już nie chce w nią bawić dziecko. Może być wersja tekturkowa- jednorazowa niemal, ale wystarczająca by z niej skorzystać.

Wielka baza pomysłów



Wody na wagę złota

Jak bardzo dzieci fascynują się wodą! Tak jakby pamiętały, że z wód wyskakują do świata lądowego.I tęskno im za tym beztroskim wodym baraszkowaniem…

Ta kolejność w życiu: najpierw wody, potem ląd.

A potem przez całe życie wodę nosimy w sobie: ciało małego dziecka ma 80% wody, potem 75%, dorosłego 60-70%.

Najpierw: zaspokojenie pragnienia, potem głodu.

Najpierw w życiu pijemy mleko. Gdy to jest mleko matki, to ma aż blisko 90% wody. I jest to bardzo dobra wiadomość, zwłaszcza dla rozwijającego się ekspresowo mózgu, który jest równie… wodnisty!

Szum wody z nieba czyli deszcz.

Jesienna dżdżysta pogoda. A kropelki deszczu tak bardzo potrzebne na małym nosie, który chce je powąchać. Potrzebne na małym uchu, które chce je usłyszeć. Potrzebne na skórze, która chce wziąć prysznic.

To co, spacerujemy w deszczu? W kałużach? Kto odważny?

Na sobie (i nie tylko) odkrywam zalety hydroterapii czyli terapii wodą. Jak tylko zaczynam odczuwać oznaki przeziębienia, osłabienia- wówczas bardzo rozgrzewająca kąpiel (bez możliwości poparzenia) szybko stawia na nogi. Gdyby tę metodę zastosować u dzieci, to trzeba by to zrobić bardzo delikatnie i dość krótko, tak żeby dziecku było przyjemnie ciepło, żeby odpoczęło w tej kąpieli i się rozgrzało (ale nie dostało gorączki, nie było narażone na poparzenie w żadnym momencie). A potem jak najszybciej: hop do łóżka! Bez możliwości wychłodzenia się. Za to z mocno ciepłą herbatą lipową czy malinową i termoforkiem.

Mamy karmiące robią też z wody użytek przy zastoju: rozgrzewając wodą pierś z „guzem”, stwardnieniem. Ciepło: ułatwia wypływ, poprawia krążenie. Ciepło jest jak lato- więcej się dzieje, więcej ruchu, możliwości zmian, szybciej przebiegają procesy regeneracyjne (a ku temu zmierza dobrze rozegrany proces zapalny).

To co, bierzemy kąpiel? Czy od razu do doktora? Kto odważny?



A jak coś się stanie…

Kiedy mówię lub inni mówią o porodzie domowym, często pada pytanie-wątpliwość:

„A jak coś się stanie…”

To „coś” staje na baczność jak jakiś strach na wróble, którym się grozi kobietom chcącym rodzić i rodzącym w domu.

Grozi się jakimś nagłym niespodziewanym „cosiem”, co spada jak grom z jasnego nieba.

Dlaczego więc poród w domu jest bezpieczny w większości sytuacji, gdy mama i dziecko są zdrowi:

  • bo sama otoczka szpitalna rodzi mnóstwo jatrogennych zaburzeń, np. dystocja szyjkowa (szyjka przestaje się rozwierać, bo matka jest sytuacją, szpitalem przestraszona, brak tam intymności);
  • wybierając na czas porodu szpital- udajemy się w obce miejsce, gdzie królują mikroorganizmy, na które nie musimy mieć odporności, np. bardzo silne uodpornione na antybiotyki bakterie- i one mogą być zagrożeniem, i dla mamy, i dla dziecka;
  • w domu mama rodząca, jeśli ma asystę położnej w o wiele większym stopniu jest doglądana niż w niejednym szpitalu, gdzie położna uwija się między kilkoma porodami jednocześnie lub czasem jest w ogóle wypalona zawodowo, więc głównie siaduje w dyżurce na kawie, czy przed komputerem, żeby wszystkie formalności obrobić;
  • w szpitalu stosuje się mnóstwo procedur medycznych niepotrzebnych w sytuacji zdrowia: sztuczna oksytocyna może skutkować nadmiernie mocnymi skurczami, a nawet pęknięciem macicy, przebicie pęcherza płodowego może być niebezpieczne dla dziecka- ze względu na ryzyko wypadnięcia pępowiny, na przyczep błoniasty pępowiny (wykrwawienie się dziecka), KTG, które utrudnia naturalny ruch matki wspomagający wstawianie się dziecka etc.

Dom jest więc miejscem rodzenia dla zdrowych. Szpital- dla chorych i tych, którzy zgadzają się na medykalizację porodu oraz dla tych, którzy ufają bardziej lekarzom niż Panu Bogu, który stworzył naturę.

 



Jak siebie samego…

Kapliczka swiętego Jury. Wjazd nad przepaściami drogą zapierającą dech w piersiach. A widok rozpościerający się stamtąd: góry schodzące do morza, wyspy zanurzone w morskich otchłaniach tak cudnie się mieniących, skały przetykane delikatnymi kwiatuszkami:

Kiedy Pan Bóg to wszystko stwarzał, zobaczył: „To dobre!”

Ale kiedy stwarzał Ciebie i mnie, zachycił się: „Bardzo dobre!”

I skoro Pan Bóg tak bardzo nas docenia, to czy możemy same siebie nie doceniać?

A skoro przykazanie brzmi, by kochać bliźniego swego jak siebie samego, to czy możemy nie kochać siebie?

Lekceważenie swojego zdrowia, swoich ważnych potrzeb potrafi się obrócić przeciwko nam samym, ale też przeciwko naszym dzieciom, innym osobom.

Jakie są Twoje głębokie pragnienia?

O czym coraz częściej marzysz?

Czego szukasz?

Za czym tęsknisz?

Twoje dziecko będzie Ci wdzięczne, jeśli dasz sobie pozwolenie na zaspokojenie swoich istotnych potrzeb. Bo wtedy będziesz mieć siłę tak pięknie się do niego uśmiechać, wymyślić nowe szalone i pełne śmiechu zabawy.



Wspomnienia wciąż żywe

Pewna znajoma zaczepiła mnie w celu zaoferowania swojej opieki nad mym samodzielnym 7-latkiem. Otóż samodzielny 7-latek ma potrzebę rozwijania swej samodzielności i umożliwiłam mu to. Nie potrzebuje więc zaambarasowania nadopiekuńczej pani.

Grzecznie odmówiłam, bo dziecko też człowiek, ma więc potrzebę rozwijania swej wolności i niezależności. Wyjaśniłam natomiast, że dodatkowo to konkretne dziecko osiągnąwszy wiek stosowny, ma olbrzymią potrzebę ruchu. Nawet prawodawca to umożliwia, ponieważ przewiduje możliwość poruszania się samodzielnego nawet autobusem dla dziecka 7-letniego. Chociaż nie wiem, czy ja bym się na to zdecydowała. Choć spotkałam się z pewną mamą, która mi opowiedziała, że po prostu zmusiło ją do tego życie- konieczność pozostania w domu z młodszym dzieckiem i obowiązek udania się tego 7-latka do szkoły.

Znajoma oburzona:

-Ależ to przecież małe dziecko! Nie można go nawet na sekundę spuszczać z oka!

I ten oto argument wszystkie inne wytrącił mi z ręki 🙂

No bo jeśli rzeczywiście ma się potrzebę 100% kontroli swojego dziecka, to … można współczuć temu dziecku.

Przypominają mi się niektóre matki z ogromną potrzebą kontroli- jak trudno takiej matce wykarmić piersią! Wiele z nich po prostu nie jest w stanie tego zrobić ze względów psychologicznych. Choćby z tego powodu, że na piersi nie mają podziałki z cyferkami, a dziecko nie daje 100% pewnych komunikatów.

Jak zachować umiar i rozsądek w pilnowaniu dziecka, dzieci?

Chyba nie ma jednej gotowej recepty. Trzeba go oprzeć o znajomość tego konkretnego egzemplarzu. Bo jeden siedmiolatek może zachowywać się zupełnie inaczej niż jego rówieśnik. I jeśli oceniamy cudze dzieci jako te, które zapewne się zachowują lub powinny się zachowywać jak nasze, to możemy się przejechać.

Potrzeba jednak tworzenia wiele przestrzeni obopólnego zaufania, ale też zrozumienia, jak rozwija się dziecięca niezależność, potrzeba wolności.

Kiedy dziecko ma rok, potrzebuje być puszczone za rękę, by mogło samodzielnie raczkować, próbować chodzić, bawić się chwilę samo.

Kiedy ma trzy lata, może samo chcieć decydować, z kim się będzie bawić, czy chce iść w dane miejsce czy nie.

Kiedy ma 7, może chcieć się poruszać samodzielnie nieco dalej niż tylko w obrębie domu, działki.

Kiedy ma 10 lat, może chcieć przyrządzić całkiem samodzielnie jakąś potrawę.

A kiedy ma 18, może zechcieć wyfrunąć spod rodzinnej strzechy.

Ale nie każde dziecko, nie wszystkie nawet w jednej rodzinie.

Wolność jest cennym i trudnym darem. Zdaje się, że i dla dzieci, i dla rodziców.

Jak głębokie zanurzenie wybieramy?  Jaką jakość życia? Czy opartą na nerwowej kontroli, czy na zaufaniu, które rośnie wraz z dzieckim? Błogosławmy nasze dzieci przed ich samodzielnymi wędrówkami- wtedy opiekę oddajemy najlepszemu Ojcu. To opieka lepsza niż najbardziej kurczowa ludzka kontrola. No i opieka nie zwalniająca nas rodziców ani ze znajomości własnego dziecka, ani z rozsądku.



Prostota nas ratuje

Kiedy podpieram się nosem o podłogę, a stadko żarłocznych dzieci i młodzieży woła: Jeść!- to wtedy piękna młodzież ma szansę nauczyć się żywić rodzinę. Tego dania początkowo nauczyła mnie córka z książki „Tylko dla dziewczyn” (czy coś w tym stylu), gdzie figurowało jako grubaśne fryty z piekarnika. Potem zaczęliśmy do niego dorzucać coraz więcej różnych warzyw i, o dziwo, również okazało się to jadalne.

I jakie szybkie! Smaczne! I niepracochłonne!

Wystarczy umyć porządnie warzywa i nie tylko, np.: ziemniaki, marchewki, cukinia, pieczarki. Pokroić na ćwiartki, plasterki- koniecznie grube. Wsypać trochę przypraw (co kto lubi, choćby najprostsze sól, papryka słodka, pieprz ziołowy), 3 łyżki oleju. Zamieszać i upiec (30 min. w 180 stopni).

Smacznego!

Matka też człowiek. Do odpoczynku ma prawo. A nawet obowiązek, żeby mieć możliwość być dalej matką, a nie zombim podgryzającym swe potomstwo.

No to co, wybieramy się na spacerek zamiast ślęczenia w kuchni?



Szlachetne zdrowie

Odporność u dzieci to nie jest coś gotowego.

To coś, co się buduje.

Miesiącami, latami.

A jak łatwo się burzy przekonałam się znowu, przez tydzień poddając moje dzieci eksperymentowi zbiorowego żywienia, typu dżem, parówa i wałówa.

Ludzie szukają wzmocnienia odporności dziecka. Nie dziwie się.

Taka krucha i delikatna ta odporność.

Cieszymy się, że jest. I łup- już dopada kolejna choroba.

Chwytamy się najdziwniejszych rzeczy.

Czytałam, że niektórzy zachwycają się aptecznym preparatem Colostrum.

Cóż to takiego?

Zakonserwowana krowia siara czyli pierwsze mleko od krowy po urodzeniu cielaka z konserwantami. Czyli doskonała rzecz dla cielęcia. Ale czy dla dziecka również?

Oczywiście, że nie. Z bardzo wielu powodów:

  • choroby, na które daje odporność Colostrum krowie to choroby, które przebyła krowa;
  • jednakże i na skutek przechowywania, i potraktowania konserwantami, procesem pasteryzacji ciała odpornościowe w większości są zniszczone w preparacie nabytym w aptece lub innym sklepie;
  • tak samo jak mleko krowie jest niedostosowane do potrzeb dziecka, tak samo, a nawet bardziej niedostosowana jest do niego siara krowia;
  • co więcej Colostrum od krowy może przenosić różne choroby, zwłaszcza jeśli nie dokonano prawidłowo procesu pasteryzacji;
  • ponadto białka krowie to jedne z bardziej uczulających białek, niszczących wyspy Langerhansa trzustki itp. szkody;
  • o szkodliwości konserwantów nie chce mi się już pisać, bo o tym wszędzie pełno.

Zwróćcie uwagę, że na reklamie, etykiecie używa się łacińskiej nazwy Colostrum. Od razu się człowiek daje złapać na haczyk naukowości.

W tym wypadku pseudonaukowości.

Bo nauka nie ma co do tego wątpliwości, jak mnóstwo szkód dla dzieci wyrządza przedwczesne odstawienie od piersi, stosowanie mleka krowiego (również tego w postaci modyfikowanej mieszanki).

Zupełnie inaczej jest z Colostrum kobiecym! Zwanym najczęściej trywialnie siarą.

Warto:

  • gdy się urodzi maleństwo, wzmocnić swoim mlekiem również starsze dziecko (choćby to miało być jednorazowo);
  • użyczać mleka innym dzieciom (za wyjątkiem matek HIV+, Hbs+, nie można od nich brać mleka); coś się słyszy o powstawaniu nowych Banków Mleka w Polsce; ale i bez banków można dać własne mleko siostrze, koleżance dla jej dziecka, jeśli zechce;
  • starszakowi nawet jeśli nie da się do picia swojego mleka, można je zakroplić: do oczu (przy zapaleniu spojówek), do nosa (katar), do ucha (przy zapaleniu ucha), na ranę (zwłaszcza gdy nie mamy przy sobie wody utlenionej), do gardła (do płukania);
  • mleko matki może też przywrócić zdrowie, wzmocnić osoby z obniżoną odpornością, np.: po chemioterapii.

Zostawmy jednak mleko matki, bo nie każdy ma do niego dostęp.

Zwłaszcza na wiosnę, w lecie, jesienią jest całe bogactwo roślin, które mogą wzmocnić odporność młodego człowieka:

  • kiszonki- jedzmy o każdej porze roku ze względu na ogromne bogactwo naturalnych probiotyków!
  • zioła poprawiające trawienie, przeciwbakteryjne, przeciwwirusowe: majeranek, oregano, bazylia, tymianek, cząber, kminek, koperek i inne;
  • zioła ogólnie wzmacniające: pokrzywa, natka pietruszki, jeżówka pupurowa, macierzanka, czystek, lipa i in.;
  • warzywa i przyprawy: cebula i szczypior, czosnek, chrzan, buraki, kapusta, korzeń imbiru i in.;
  • owoce: aronia, jabłka, maliny, jagody, rokitnik, greipfruit, cytryna;
  • aloes- w postaci soku, miąższu, preparatu (Biostymina do wstrzykiwań); niezbyt smaczny, ale po zmieszaniu ze zwykłym sokiem nie czuć go prawie wcale;
  • miody dla osłody i pyłki, propolisy zjadały, psykały urwisy;
  • itd., itp. czyli bogactwo i różnorodność natury- im dokładniej czyta się jej księgę, tym bardziej zajmująca to lektura.

Co jeszcze wzmacnia dzieci:

  • las, góry, jeziora, morze- zmiana klimatu nie raz pomoże;
  • woda, hartowanie w jeziorze, morzu, misce z wodą- byle radośnie i bezpiecznie;
  • skakanie i bieganie to entuzjazmem tryskanie;
  • łapanie promyków słońca na zapas;
  • bose stopy, które uczą się matki-ziemi;
  • masowanie, łaskotanie i wspólne chichotanie; przytulanie to dla dziecka duszy pokarm;
  • i oczywiście odrobaczanie (jak się pozbędzie człowiek lokatorów, to może wreszcie poczuć, że żyje. A nie, że coś go żre i dlatego mu źle);
  • cyklicznie stawiane bańki.

Oczywiście nie wszystko naraz. Najlepszym doradcą jest umiarkowanie i stopniowe wprowadzanie. W przypadku dzieci często mniej i delikatniej znaczy lepiej.

Dorosły może sobie gratulować, gdy uda mu się wypić cały kubek ziół, których np. nie lubi, ale dzieci oklaskujmy po jednej łyżeczce, po dwóch już wiwatujmy. Po trzech stawajmy z uciechy na głowie, po czterech módlmy się: „O, Boże!” 😉

Tak sobie a muzom podsumowałam ostatnie 18 lat życia, które spędziłam i na karmieniu piersią i na wzmacnianiu, leczeniu, łaskotaniu i wożeniu potomstwa do wód, lasów, aby dożyć lepszych czasów.



Po poronieniu też jest czas na życie w obfitości

Dotknięcie życia i śmierci.

Gdy życie tak blisko śmierci, a śmierć tak szybko spala życie.

Rekolekcje dla osób po stracie dziecka, poronieniu w Wąwolnicy:

23-25 listopada 2018 w Wąwolnicy ( woj.lubelskie).  Temat: ,, Życie w Bożej dłoni”