Archiwum miesiąca Styczeń 2013


Karmienie piersią- na czym to polega?

Większość matek po porodzie stara się karmić swoje dziecko bądź dzieci piersią. Większość z nich natyka się też prędzej czy później na sytuację „braku własnego mleka”- jedna mama nazwie to „sflaczałymi”, suchymi piersiami, wyssanymi do dna, inna rozluźnionymi, wypitymi.

Jak się zachowuje w tej sytuacji mama, która później oceni, że „karmienie jej się nie udało, bo nie miała mleka”:

  • poda herbatkę, mleko modyfikowane w butelce;
  • poda zniechęcona smoczki;
  • zacznie panikować, że nie ma mleka;
  • coraz częściej będzie podawać tą butelkę z mieszanką w głębokim przekonaniu, że skoro piersi są puste, to ona nie może głodzić dziecka;
  • itd., itd.- jest to samonapędzające się koło działające jak samospełniające się proroctwo.

Jak w tej samej sytuacji miękkich, wyssanych piersi zachowa się mama, której karmienie dziecka się uda:

  • poda dziecku pierś drugą, z powrotem pierwszą, potem znowu drugą itd., itd.- tyle razy, ile tylko dziecko zechce;
  • zauważy stopniowo, że pomimo że piersi nie są „napompowane mlekiem” jak na początku, to dziecko za to wygląda na mocno napompowane i okrągłe 🙂
  • pomimo miękkich, rozluźnionych piersi, w których zdawałoby się „nie ma mleka” (wszystko wypite?) podaje dziecku właśnie pierś, a nie butelkę.

Na czym polega różnica? Anatomicznych różnic między jednymi kobietami, a drugimi w tej sytuacji nie ma. Różnica polega na:

  • cierpliwym/niecierpliwym karmieniu piersią; kto o tą cierpliwość walczy- i mimo, że trudno to jednak ją wybiera- ten wykarmi piersią swoje dziecko; karmienie piersią to bowiem nierzadko sztuka cierpliwości i bycia dyspozycyjną wobec własnego dziecka;
  • rozprawieniu się z mitem i ulegnięcia mu; mit ten mianowicie głosi, że gdy kobieta nie ma mleka w piersiach (są wyssane, „puste”), to jedynym rozwiązaniem jest podanie butelki i że po prostu niektóre kobiety tak mają; prawda wygląda tak, że właśnie ssanie takiej miękkiej, „wypitej już” piersi jest właśnie najbardziej stymulujące dla wytwarzania większej ilości mleka; żeby więc dziecko miało więcej mleka, nie potrzeba żadnych szczególnych herbatek, pastylek, a potrzeba przystawiania dziecka do piersi takiej, jaką akurat teraz mamy; w żargonie konsultantów laktacyjnych (i ekonomistów) jest to prawo popytu-podaży; jest więcej ssania (popytu)- będzie prędzej czy później więcej mleka (podaż); jest mniej ssania (ssanie butelki, kamienny sen po modyfikowanej mieszance)- jest mniejsza podaż mleka (wysłanie do przysadki informacji: mleko niepotrzebne, dziecko ssie rzadko, coraz rzadziej).
    • To właśnie ssanie rozluźnionej, miękkiej piersi bardziej stymuluje do wytwarzania większej ilości mleka niż ssanie piersi przepełnionej.
    • zrozumieniu, że początkowa nadprodukcja mleka (przepełnione, nabrzmiałe piersi) nie jest potrzebna cały czas; bardziej praktyczne są piersi, które wytwarzają mleko na bieżąco- w trakcie ssania- gdyż mleko nie zalega wówczas w piersiach między karmieniami i nie stwarza zwiększonego ryzyka zastojów, zapaleń.
      • stworzeniu wsparcia dziecku, jeśli ssie nieefektywnie: dziecko takie może niewystarczająco pobudzać wytwarzanie pokarmu; trzeba wówczas karmić go metodami alternatywnymi (kubeczek, łyżeczka, zestaw łyżeczki, po palcu, sns) aż do czasu, gdy ssanie na skutek rehabilitacji, upływu czasu, poprawy zdrowia się wzmocni. Konieczne jest wówczas skuteczne systematyczne odciąganie.

      Jak więc działa laktacja? Na zasadzie sprzężenia zwrotnego. Im więcej dziecko wyssie, im więcej odciągniemy, tym więcej wytwarzać się będzie mleka. Pierś ssana przez dziecko nigdy nie jest pusta: właśnie te kropelki wypływające powoli, które dziecko łyka na koniec karmienia zawierają największe ilości m.in. tłuszczu. Cierpliwość dziecka i mamy jest nagrodzona jeszcze w inny sposób: dalsze ssanie z pozoru „wypitej” piersi może spowodować kolejną falę, wypływ mleka. Trzeba ponadto pamiętać, że bardziej pobudzająco na wytwarzanie mleka działają częste i krótkie karmienia niż rzadkie i długie.
      Dziecko potrzebuje dyspozycyjności swojej mamy i jej wyrozumiałości.



Dieta matki karmiącej piersią

Najprostsza odpowiedź na pytanie, jaka powinna być dieta matki karmiącej, brzmi:

Zdrowa i racjonalna, możliwie naturalna. Może być jak najzwyklejsza, jeśli dziecko i matka są zdrowi, dobrze się czują. Dziecko w pewien sposób jest przyzwyczajone do diety swojej mamy, gdyż „zna” już ją z okresu prenatalnego, kiedy zamieszkiwało jej ciało. Czasem właśnie stosowanie bezzasadne jakiś ograniczeń „na wszelki wypadek” niesie za sobą problemy u mamy i dziecka.

Zwróćmy uwagę, że dawniej nie wiedziano o żadnych szczególnych dietach- a wszystkie matki i dzieci delektowały się karmieniem piersią. Po prostu jedzono to, co było dostępne- i to służyło zdrowiu dziecka. Jedynie w okresie połogu opiekowano się szczególnie położnicą.

Mam wrażenie, że najwięcej mitów jest właśnie w tym zakresie: co do odżywiania się karmiącej mamy. Nawet z ust personelu medycznego możemy usłyszeć, że nie powinno się jeść: kapusty kiszonej, ogórków, pomidorów, mleka, surowych owoców, pestkowych owoców, cytrusów, ryb, czekolady itd, itp. Nie jest to prawdą. Zdrowa matka mająca zdrowe dziecko może jeść te wszystkie produkty oczywiście zachowując w tym wszystkim pewien umiar. Brak umiaru, brak wybierania sprzyjającej zdrowiu żywności (a np. same fast foody) może zaszkodzić nawet mającym się dobrze osobom.

Dopiero gdy dziecko „pokazuje” po sobie (wypryski alergiczne, silne kolki itp.), że być może coś z jadłospisu mamy mu nie pasuje, szukamy winowajcy i ew. eliminujemy go z własnej diety. Trzeba jednak przy tym pamiętać, że nie każdy płacz dziecka to wina diety mamy- nie wolno tak interpretować. Nawet najzdrowiej odżywiająca się matka karmiąca piersią powinna się spodziewać, że dziecko jest niedojrzałe i od czasu do czasu będzie płakać. Bo jest dzieckiem, a dzieci płaczą.

Dla dziecka mającego alergię mleko matki jest tym bardziej cenne i tym bardziej powinno być karmione piersią. Wówczas jest jednak uzasadnienie dla diety eliminacyjnej: zrezygnowania z tego produktu, ew. produktów, które szkodzą dziecku.

Czy są więc jakieś sensowne rady dotyczące odżywiania się mamy karmiącej piersią swoje dziecko? Co można by jej zalecić, gdy karmi piersią oprócz tego, co już wymieniłam (zdrowe jedzenie, umiarkowanie):

  • karmienie piersią według potrzeb dziecka i według własnych potrzeb (np. gdy ma przepełnione piersi) dostarczy dziecku właściwą ilość i jakość pożywienia; ew.herbatki, ziółka mają efekt placebo: najistotniejsze jest skuteczne (dobre przystawienie, prawidłowe ssanie dziecka) i częste karmienie;
  • na bieżąco należałoby zjadać produkty zawierające np. witaminy rozpuszczalne w wodzie, których organizm nie potrafi magazynować, m.in. C, z grupy B; za mało dostarczonych witamin najczęściej odbije się na zdrowiu mamy, a nie dziecka, ponieważ organizm na pierwszym miejscu „inwestuje” w potomstwo; ciało matki podczas laktacji pracuje na bardzo oszczędnych trybach- uczy się magazynować, wybierać z pożywienia to, co najwartościowsze- często więc wystarczy dla dwojga nawet niewielka ilość dobrego pożywienia;
  • nie należy stosować bardzo restrykcyjnej głodowej diety: dziecko co prawda dostanie wówczas pokarm dobrej jakości, ale może być go mniej, mogą się też wydzielać do mleka zanieczyszczenia uwalniane z tkanki tłuszczowej; odchudzanie się jest możliwe, ale lepiej bardzo stopniowe i powolne (max. 4 kg/m-c); szybsze może odbić się na zdrowiu dziecka ze względu na uwalnianie się toksyn z tkanki tłuszczowej;
  • uważa się, że dodatkowe 500 kcal zaspokaja potrzeby laktacyjne- jednak przy zapasach tłuszczu matki (z okresu ciąży lub wcześniej) może być mniej; jeśli z kolei matka jest bardzo szczupła, ma bardzo szybką przemianę materii, może potrzebować więcej kalorii; więcej kalorycznego jedzenia w diecie nie będzie skutkować większą ilością pokarmu- może jednak przyśpieszyć powrót płodności;
  • połóg (ok. 6 tygodni po porodzie) jest szczególnym czasem: nie tylko dziecko potrzebuje wówczas szczególnej ochrony, ale i matka, która wówczas ma regenerować siły; służy temu możliwie lekkostrawna dieta bogata w wartości odżywcze; noworodek ma także jelita bardziej „porowate”- więc warto wówczas zadbać o mniej alergizującą, lekkostrawną dietę; nie bez powodu w wielu tradycyjnych społeczeństwach matkę w połogu traktuje się szczególnie dając jej np. więcej gotowanego pożywienia (zmniejsza to efekt alergizujący żywności, zwiększa natomiast przyswajalność produktów); nie znaczy to oczywiście, że jeśli matka karmiąca skusi się na smażonego schaboszczaka, to jej dziecko w mleku będzie zajadało tego kotleta; znaczy to jedynie tyle, że będzie to przede wszystkim pewne utrudnienie dla jej organizmu (ciężkostrawne danie, zalegające w przewodzie pokarmowym); lepiej zjeść coś „niezbyt polecanego” i karmić dalej piersią niż odmawiać sobie ciągle i z tego powodu zrezygnować z karmienia piersią; na początek cytrusy, czekolady itp. specjały jedzmy w mniejszych ilościach, jeśli nie potrafimy sobie odmówić;
  • należałoby unikać niezdrowych dodatków do żywności typu: konserwanty, sztuczne barwniki, tłuszcze utwardzane itp., ponieważ szkodzą one zarówno matce jak i dziecku stanowiąc niepotrzebny balast; ponieważ jest to niełatwe- warto zdawać sobie sprawę, że podejrzane, nieprzebadane dodatki do żywności są też dodawane do mieszanek mlecznych i to w o wiele większym stopniu (jest to szeroko zakrojony eksperyment na dzieciach, ponieważ nikt tego nie bada właściwie); zanim organizm matki wytworzy mleko, pokarm przez nią spożywany przechodzi przez szereg zazwyczaj niezawodnych filtrów oczyszczających (choćby wątroba, która przeprowadza co najmniej 500 reakcji chemicznych- co za fenomenalne laboratorium!), stąd dziecko dostaje pokarm matki, który służy jego zdrowiu mimo mankamentów jej diety, w bardzo dużej mierze pozbawiony tych zanieczyszczeń;
  • dziecko dostaje wartościowy pokarm nawet wtedy, gdy dieta matki nie jest prawidłowa, o wiele zdrowszy niż jakakolwiek nawet najdroższa mieszanka mleka modyfikowanego; co więcej mieszanki niemal zawsze stanowią ogromne ryzyko dla zdrowia dziecka, jeśli nie życia; organizm matki umie natomiast zbierać w kościach,  szpiku, wątrobie, i innych narządach wiele wartościowych składników jakby spodziewając się, że pożywienie nie zawsze jest dostarczane równomiernie; jednak przez długi czas niedoborowa dieta może być przyczyną osłabienia sił odpornościowych matki; okresem, kiedy organizm matki intensywnie magazynuje wiele składników jest ciąża- wtedy w jej wątrobie odkładane są zapasy żelaza, witamin rozpuszczalnych w tłuszczach, w kościach gromadzony jest wapń itd.; mleko matki należałoby porównać z krwią (jest to „biała krew”)- ta służy naszemu zdrowiu, nawet gdy nasza dieta nie jest doskonała.

Podsumowując temat diety matki karmiącej. Karmienie piersią nie jest dla herosek, jest dla matek odżywiających się rozmaicie w różnych kulturach, o różnym statusie materialnym. Przede wszystkim dla własnego dobra należy zadbać, żeby to odżywianie było pełnowartościowe, gdyż organizm na pierwszym miejscu stawia potrzeby dziecka, a więc ono i tak dostanie wartościowy pokarm.

„Dyskusja nad tym, czy mleko kobiece jest doskonałym pokarmem dla niemowląt, jest jak zastanawianie się, czy nerki radzą sobie najlepiej z usuwaniem nieczystości z organizmu i sugerowanie, że powinno się je zastąpić maszynami do dializy”.- G.Palmer



Rozszerzanie diety

Karmienie piersią i rozszerzanie diety
Zalecenia Światowej Organizacji Zdrowia głoszą, ażeby karmić wyłącznie piersią do ukończenia pół roku, a więc bez dopajania i dokarmiania oprócz niezbędnych leków. Następnie powinno się karmić piersią wprowadzając równocześnie żywność uzupełniającą co najmniej do ukończenia dwóch lat lub dalej, jeśli tego dziecko potrzebuje. Alergolodzy znający się na karmieniu piersią (a nie wszyscy się znają) zalecają dla dzieci z alergią pokarmową nawet odraczanie wprowadzania żywności uzupełniającej do 10, a nawet 12 miesiąca po narodzinach.
Czy dziecko dojrzało do rozszerzania diety, świadczą następujące wskaźniki:

  • umie siedzieć (przecież jedzenie na leżąco pokarmów stałych grozi zachłyśnięciem -to nie ssanie mleka);
  • jest zainteresowane jedzeniem;
  • samo umie wkładać sobie jedzenie do buzi biorąc je w paluszki;
  • zjada z chęcią podawane mu jedzenie.

Dokładny opis tych wskaźników oraz dodatkowe argumenty znajdziemy w książce „Bobas lubi wybór” G.Replay, T.Murkett.

Z mojego doświadczenia wynika, że dzieci dorastają indywidualnie do rozszerzania diety. Tak jak nie wymaga się od zdrowego dziecka, żeby do wzrostu 97 cm dorastało w wieku np. 2 lat, tak ma sens pozwolenie dziecku na dojrzewanie w kwestii akceptacji dodatkowej żywności. Niektóre dzieci są rzeczywiście na nią gotowe około półrocza, ale są i takie, które dużo później zaczynają akceptować coś z trudniejszegoniż mleko menu. Naszą rolą nie jest więc zmuszać dzieci do jedzenia w tym lub innym wieku, ale im je proponować, dawać, oferować wartościowe posiłki bez przymuszania- jeśli będą gotowe, to z chęcią i zainteresowaniem zajmą się jedzeniem choćby niewielkich ilości pożywienia. Jeśli zaś będzie ono pełnowartościowe i urozmaicone- dziecko wybierze sobie to, czego akurat potrzebuje.

Jak wprowadzać to dodatkowe jedzonko:

  • powoli; czyli na początku proponujemy pół łyżeczki i taka ilość jest dla dziecka wystarczająca; stopniowo zwiększając ilość proponowanego jedzenia: np. kolejnego dnia całą łyżeczkę; obserwujemy przy tym dziecko, czy nie wystąpiły reakcje alergiczne, objawy nietolerancji (np. biegunka); powoli zmieniamy też konsystencję od tej w małych miękkich kawałkach do większych, twardszych;
  • zaczynając od pokarmów gotowanych, pieczonych– co ułatwia ich przyswajalność, zmniejsza właściwości alergizujące;
  • proponując w drugim półroczu wyłącznie produkty pochodzenia, krajowego, regionalnego; na cytrusy, czekolady, orzechy ziemne itp. dziecko może i powinno spokojne poczekać bez żadnej szkody;
  • w drugim półroczu nadal podstawą diety powinno być mleko mamy, a więc dodatkowe jedzenie proponujemy dziecku po karmieniu z piersi lub między karmieniami (a nie zamiast)- pozwala to uniknąć też niezrozumienia i ambiwalencji między matką a dzieckiem- kiedy maluch potrzebuje zaspokoić głód, to woła o pierś, podanie mu więc innego jedzenia- tylko dodatkowo go denerwuje; a my przestajemy rozumieć nasze dziecko i jego wołanie; dziecko, które potrzebuje dodatkowego jedzenia będzie chciało skosztować coś po karmieniu z piersi lub pomiędzy karmieniami z piersią;
  • cierpliwie– dziecko zwykle po okresie wzmożonego zainteresowania (zabawa na całego-niekoniecznie jedzenie w dużej ilości) będzie miało okresy odrzucania tej żywności; taka sinusoida zależna od zdrowia, humoru, poczucia bezpieczeństwa dziecka bardzo powoli i stopniowo przechylać się będzie w stronę dodatkowej żywności;
  • pamiętając, że dodatkowa żywność jest początkowo bardzo słabo trawiona albo i wcale (widać to wyraźnie w kupce dziecka), że dziecko dopiero uczy się gryźć, trawić, przyswajać, korzystać z żywności uzupełniającej; i przez pierwsze miesiące, a nawet lata w zależności od stanu zdrowia będzie sobie z tym radzić lepiej lub gorzej; w praktyce będzie to wyglądać tak, że dziecko chore (a może przechodzić bezobjawowo jakąś chorobę) będzie wracać do piersi jako wyłącznego lub podstawowego źródła pożywienia;
  • bez porównywania z innymi dziećmi, zwłaszcza należy unikać porównań z dziećmi karmionymi butelką; dzieci karmione przez smoczek niestety, ale mają rozepchane żołądki ze względu na niefizjologiczny wypływ mleka z butelki; jest to wypływ jednostajny: a dziecko jest przystosowane do wypływu, który początkowo byłby szybki, a następnie zwalnia aż do sączenia się, wypływania po kropli; dzieci karmione piersią zazwyczaj mają niewielkie żołądki (wielkości własnej piąstki), przyzwyczajone i dostosowane do posiłków częstych i niewielkich; dlatego wystarczają im zazwyczaj niewielkie ilości pokarmu.

Dlaczego więc tak często spotykamy się z zaleceniem rozszerzania diety od 4 miesiąca:

  • dawniejsze zalecenia rzeczywiście były takie, by wyłącznie karmić piersią do ukończenia 4 miesiąca; starsze jeszcze instrukcje np. WHO zalecały dopajanie, dokarmianie jeszcze mniejszych niemowląt; jednak zauważono „efekt dawki”- dłużej karmione wyłącznie piersią niemowlęta były zdrowsze (i było tych korzyści tak wiele, że nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że należało przedłużyć to zalecenie), dlatego przedłużono ten czas do 6 miesiąca- efekt dawki jest wówczas największy; efekt dawki, który zaobserwowano w stosunku do karmienia polega na tym, że im więcej mleka matki znajdowało się w diecie dziecka, tym rzadziej dziecko chorowało (na biegunki, zapalenia uszu, zapalenia płuc itd.); w drugim półroczu zaczynają się dziecku wyczerpywać rezerwy żelaza i cynku, a więc dodatkowa żywność mogłaby by wówczas odegrać tu swoją rolę w pewnym stopniu; jeśli lekarz lub położna pozostanie na etapie lat 80, 90 XX wieku, to będzie jednak zalecać wcześniejsze rozszerzanie diety; cóż, nie wszyscy się dokształcają; lekarze i położne to przede wszystkim ludzie- będą zalecać tak, jak sami karmili swoje dzieci; wśród nich bardzo wielu karmi sztucznie- karmienie piersią im się bardzo często nie udało- dlaczego więc ich rady miałyby być sensowne w tym temacie.
  • zalecenie rozszerzania diety dla dzieci 4 miesięcznych jest korzystne dla większości dzieci karmionych sztucznie, ponieważ jest to pokarm tak ubogi (proszek, syntetyczne witaminy i minerały mało przyswajalne), że dziecko zwyczajnie, żeby się dobrze rozwijać potrzebuje czegoś więcej niż tylko mleka modyfikowanego.
  • jeśli matka karmiąca piersią wraca do pracy i ma problemy z odciągnięciem odpowiedniej ilości swojego mleka, to może być korzystniejsze podanie dziecku podczas jej nieobecności dodatkowej żywności, niż mleka modyfikowanego, które jest w rzeczywistości dość szkodliwe (ma wiele skutków ubocznych, jak zaparcia, alergie, zapadalność na choroby infekcyjne, sprzyjanie otyłości, cukrzycy, itd.);
  • koncernom produkującym zarówno sztuczne mieszanki mleczne jak i dodatkową żywność dla niemowląt (to najczęściej te same firmy) jest na rękę, żeby matki jak najwcześniej wprowadzały dodatkową żywność, więc wprowadzają w błąd swoimi etykietami, broszurkami dla rodziców i dla lekarzy; zalecenie o tym, ile należy wyłącznie karmić piersią na ich produktach albo jest najmniejszym druczkiem albo w ogóle; poza tym jest najczęściej przeinaczone właśnie do tego dawniejszego zalecenia i dla dzieci karmionych sztucznie: do 4 miesiąca; co im się oczywiście niezmiernie opłaca; polecam książkę G. Palmer „Polityka karmienia piersią”- warto ją dokładnie przeczytać, żeby docenić własne karmienie, ale też żeby zrozumieć, dlaczego tak wiele jest promocji sztucznego żywienia na niekorzyść naturalnego.


Bycie w domu z naukowcem

Czasem uciekamy przed naszymi dziećmi z nudów. Widzimy swoje macierzyństwo jako ciąg kupek-karmień-gotowania-sprzątania-„tiutiania” czyli zajęcie mocno upupiające, nie dające pola do rozwoju dorosłej osoby. Mało płodne intelektualnie, gdy skupiamy się na tej samej otoczce, zewnętrzności.

Patrzę jednak na to zupełnie inaczej. Perspektywy nie nadają te powtarzalne czynności: owszem one są potrzebne, żeby było czysto, miło, przyjemnie, zdrowo. Jednak o ile ważniejsze jest to z kim jesteśmy, komu możemy służyć obecnością, pomocą.

Bycie dla dzieci zmienia perspektywę patrzenia.  Kim są te nasze dzieci? One są jak mali naukowcy, póki nie nauczymy ich nudy obkładając taką ilością zabawek, że nie są w stanie tego znieść. Spotkanie z małym listkiem potrafi być fascynującą przygodą: jak wiele można z nim zrobić, jak wiele odbyć podróży, jak bardzo się zachwycić jego kolorem, fakturą, zdolnością do latania, darcia itd.

Czy podzielamy ten zachwyt? Czy jesteśmy już tak wszechwiedzące, że nic nas już nie zdziwi?



Karmienie miłością zawsze potrzebne

Istnieje metoda uczenia nawet bardzo małych dzieci gry na skrzypcach. Metoda niezwykle łagodna, piękna i w gruncie rzeczy naturalna.

Jest to metoda, którą wymyślił zastosował i wydoskonalił Schinichi Suzuki, autor książki „Karmieni miłością. Podstawy kształcenia talentu”.

Czytałam tę pozycję i jestem pod jej wrażeniem. Drugi raz się będę raczyć lekturą.

Sięgnęłam po tę pozycję, gdyż jedna z moich córeczek marzyła, by grać na skrzypcach. Tak się pięknie złożyło, że akurat znajoma zaproponowała naukę metodą Suzuki. Okazało się, że ta metoda rozpoczyna się od małego podstępu. To rodzic zaczyna uczyć się grać na instrumencie: przez 6-8 tygodni pobiera sam naukę gry na instrumencie i przygotowuje się do koncertu na zakończenie samodzielnej edukacji (dziecko nie wie, że to ono będzie się mogło uczyć). Cóż za motywacja dla dziecka! Cóż za nauka empatii na przyszłość dla rodzica! Bardzo mi to odpowiada.

Sam autor S.Suzuki w swojej metodzie sięga przede wszystkim wychowania i uczy dobrego kształcenia: miłości, cierpliwości, łagodności, ale także niezwykle docenia wytrwałość, pokorę, sztukę motywacji.

Jest to przede wszystkim metoda nie przekreślająca nikogo, doceniająca każde dziecko, każdego dorosłego. Każdy może się uczyć grania na instrumencie, tak jak każdy może się uczyć i nauczyć ojczystego języka, a na pewno każdy może się cieszyć nauką własnego języka, gdy jest otoczony miłością nawet gdy mu to nie wychodzi i gdy rozwija się w wolniejszym tempie niż większość populacji.

Sztuka motywacji u dziecka to przede wszystkim robienie z każdego elementu nauki sposobu na zabawę oraz sztuka rozładowywania napięcia.

Jest to jednak książka nie tylko o kształceniu muzycznym- autor dzieli się swoim życiem i swoimi głębokimi przemyśleniami. Może kogoś innego też zainspirują fragmenty i sięgnie po całość.

O roli wytrwałego ćwiczenia w każdej dziedzinie, w której chce się być dobrym:

„Kiedy zrezygnowany zaczynasz dochodzić do wniosku, że to nie ma sensu, twoja cierpliwość zostaje nagle wynagrodzona”.

„>Nie mam zdolności<- jaki smutek i rozpacz towarzyszą temu bezsensownemu przeświadczeniu! Przez całe lata zgadzano się na takie myślenie, znajdując w nim wymówkę, żeby nie podejmować starań.” „Talent nie jest wrodzony, trzeba go w sobie ukształtować.”

Metoda Suzuki jest niezwykle optymistyczna- ćwiczymy bowiem nie dla sukcesu, ale dla dobrego rozwoju osobowości, dla nauki wytrwałości, dla poznania smaku przyjemności grania.

„Bądź cierpliwy, zmierzając do celu, nie śpiesz się, ale i nie czekaj. (…) osiągnięcie celu wynika z włożonej energii i cierpliwości, które muszą być ćwiczone, tak jak wszystkie inne umiejętności. (…) Od początku o losie człowieka decyduje wytrwałość i cierpliwość. Dlaczego? Ponieważ dążąc nieustannie do osiągnięcia celu, uczymy się niezbędnej cierpliwości, a to pomaga nam wytrwać. Tak nabyta umiejętność uprzyjemnia pracę, a jednocześnie wyposaża nas w energię i wytrzymałość. (…) Nie widzimy, kiedy zaczyna kiełkować. To jest sprawa natury. Musimy cierpliwie czekać. Nie możemy wykopać nasionka, by sprawdzić czy naprawdę rośnie, bo wtedy wszystko uległoby zniszczeniu”.

Wydaje mi się, że poddawanie się własnej niecierpliwości to takie wykopywanie nasionka i to w wielu wymiarach: możemy przecież odnieść to i do nauki, ale też do dojrzewania dziecka do zakończenia karmienia piersią i czekania na poród.

„Nie śpiesz się! To pierwsza zasada. (…)

Nie zatrzymuj się- to druga zasada.”

Jest to książka niezwykle motywująca- dlatego polecam ją przede wszystkim tym, którzy zbyt łatwo ulegają zniechęceniu:

„Jeśli chcesz coś zrobić, zrób to. (…) Muszę wykształcić w sobie nawyk realizowania zamierzeń. To żadna zasługa- myśleć o zrobieniu czegoś! Efekt jest taki sam, jakby się w ogóle o tym nie myślało. Tylko czyny się liczą! (…) jeśli się wyłącznie o czymś myśli, traci się niepowtarzalną szansę. od dzieciństwa wciąż słyszymy: zrób to, zrób tamto- najczęściej z ust rodziców. To budzi naturalny sprzeciw: albo robimy niechętnie to, co nam każą albo staramy się tego w ogóle nie zrobić. Ten opór utrwala się w naszej podświadomości i w końcu nie potrafimy zrobić nawet tego, co sami sobie nakazujemy”.

Nasuwa mi się myśl w związku z tym, jak ważne jest więc kształcenie w dziecku tak niedocenianego obecnie rozumnego posłuszeństwa (w erze „róbta, co chceta”)  opartego na radosnej, a zarazem serdecznej motywacji.

„Ponieważ nazbyt często ludzie nie przekuwają zamiarów w czyny, nie dają szansy swemu przeznaczeniu.”

 

 



Piękno rodzenia

Rodzenie się dziecka jest cudem. Służenie temu misterium jest zaszczytem. Dla mnie osobiście wielką radością.

Jest to oddanie się i matce, i dziecku, by wspierać ich w tym trudnym, angażującym, ale i ekstatycznym czasie. Nie oglądałam co prawda filmu „Poród w ekstazie”, choć bardzo bym chciała. Jednak znajome czy zaprzyjaźnione kobiety opowiadały mi, że i dla nich był to czas zanurzenia w modlitwę, pozwolenia na ogarnięcie się siłom rodzenia. Widziałam z jakim wejściem w głąb, wielkim skupieniem potrafią rodzić kobiety.

Kobieta podczas zanurzania się w rodzenie jest niezwykle piękna. Jednak nie pięknem z żurnala i mediów, takim płytkim, powierzchownym, naskórkowym. Jest to piękno oddanej, cierpliwej miłości, która otwiera ją jak kwiat, by wydała swój owoc. Piękno poświęcenia się wyłaniającemu się dziecku. Cud otwierania się na spotkanie z dzieckiem.



Puk! Puk! Co mam na dnie serca?

Martwimy się zupełnie niepotrzebnie- czy za długo, czy za krótko karmimy/nie karmimy. W ostatecznym rozliczeniu to się w ogóle nie liczy- liczy się tylko miłość. Jeśli nasze karmienie jest w nie bogate- to właśnie o to chodzi, temu ma służyć.

Ostatecznie w tym wychowaniu nie chodzi o to, jak długo uda nam się wykarmić, spać z dzieckiem, bez dziecka, ale kim to dziecko będzie. Jeśli nic się złego nie dzieje z dzieckiem, ani z nami- to można śmiało karmić piersią albo gdy widzimy, że jest taka potrzeba, śmiało je kończyć- i nie zaprzątać sobie tym zbytnio umysłu- w sensie zamartwiania. Tak wiele rzeczy nasze dziecko potrzebuje się jeszcze nauczyć. Obywania się bez ssania nauczy się na pewno- nawet jeśli nie będziemy do tego przywiązywać wagi.

Czasami tak strasznie trudno, niecierpliwie („znowu chcesz ssać”), z zazdrością („ale jej fajnie, jej dziecko już przesypia noc, już skończyło ssanie, już…”) karmimy piersią. Dlaczego? Szukanie odpowiedzi nie jest proste- im dłużej się tym zajmuję, tym bardziej to widzę. Zwłaszcza, że same siebie do końca nie znamy. Ukrywamy przed sobą nierzadko to, co nas boli, to, czego się boimy. Czasem jest w nas takie małe dziecko, które samo było odrzucone, nie dość kochane, nie dość przytulane- wszak wiele z nas pochodzi z pokolenia, którego matkom wtłaczano do głów „Nie przytulaj, bo się rozpuści! Nie noś, bo się przyzwyczai! Nie karm piersią tak często, bo trzeba według godzin karmienia!”). To też często procentuje, że nie umiemy się czasem dzielić sobą, że karmiąc robimy to tak, jak byśmy nie karmiły- bo nie karmimy serca naszego dziecka.

Co my matki mamy na dnie serca? Na pewno nie samo dobro. Znam tylko jedną Matkę, która była pełna łaski. Kto się odważy posłuchać ks. Pawlukiewicza? Na swoim forum opublikowałam to na koniec Adwentu ku oburzeniu ludności poprawnej politycznie:

Dno serca

A to, że nie warto udawać przed sobą, a tym bardziej przed Bogiem:

Depresja, gdy jesteśmy z byt grzeczni