Archiwum miesiąca Listopad 2012


Wywiad porodowy- tortury standardowe

Kiedy przyjeżdża się do porodu, można się spodziewać, że zapytają Cię o:

  • dokumenty (kartę ciąży, dowód, wyniki badań: morfologia, mocz, cukier, grupa krwi, WR, Hbs, USG, legitymacja ubezpieczeniowa);
  • adres;
  • numer telefonu do Ciebie, Twojego męża;
  • osobę upoważnioną do informowania na temat Twojego i dziecka stanu zdrowia;
  • zawód Twój, Twojego męża, miejsce pracy;
  • data i miejsce urodzenia rodzącej mamy i jej męża;
  • przebyte w czasie ciąży choroby;
  • czy chorowało się na gruźlicę, żółtaczkę, inną zakaźną chorobę (różyczkę itp);
  • czy w ciągu ostatniego pół roku leczyło się zęby;
  • o palenie i picie alkoholu w ciąży;
  • o brane leki w czasie ciąży, zwłaszcza w ostatnim czasie;
  • o choroby sprzed ciąży (np. tarczycy, cukrzyca itp.);
  • o zalecenia lekarskie od specjalistów;
  • dotychczasowe ciąże, poronienia, starsze dzieci (daty urodzenia, wagę urodzeniową), historię położniczą, przebyte zabiegi itp.;
  • uczulenia, zwłaszcza na leki;
  • pewnie jeszcze inne rzeczy (może ktoś mi przypomni- byłabym wdzięczna).

W bardziej cywilizowanych krajach ten wywiad można udzielić przed porodem. U nas jest w zwyczaju torturować kobiety tym wywiadem w trakcie porodu w większości szpitali. Bo takie są standardy.Trzeba powiedzieć wyraźnie są to standardy będące niekorzystne dla rodzących mam.

Jeśli mama ma takie oczekiwania, życzenie, to mogę jako doula za nią udzielić tego wywiadu, jeśli tylko podzieli się ze mną tymi informacjami przed porodem, może to złożyć na męża. Jeśli nie przedsiębierze jakiś środków, bierze na siebie informowanie personelu o tych sprawach zazwyczaj na Izbie Przyjęć.

Jeszcze innym rozwiązaniem byłoby spisać te informacje i w formie pisemnej podarować personelowi, żeby pozwolił nam rodzić, a nie przeprowadzał z nami wywiad w czasie, kiedy my potrzebujemy rodzić, a nie rozmawiać.

Słuszną reakcją mamy rodzącej na taki wywiad byłby okrzyk: „Dajcie mi święty spokój, nie wiem, czy nie zauważyliście, ale ja rodzę i nie mam ochoty w tym momencie na pogaduszki o starszych dzieciach i przebytych chorobach”.

Przepytywanie mamy rodzącej w trakcie porodu jest dla niej bardzo niekorzystne co najmniej z kilku względów:

  • uaktywnia korę nową, której to pobudzenie utrudnia, a wręcz przyhamowuje (może choć nie musi) proces porodowy; za rodzenie się są odpowiedzialne starsze, bardziej prymitywne rejony mózgu;
  • kiedy mamy skurcze porodowe odczuwane mniej lub bardziej boleśnie, nie ma się ochoty na rozmowy; im większy postęp porodu, tym większa odczuwalność- tym bardziej nie powinno się kobiety męczyć przepytywaniem;
  • zadawanie serii pytań może (zwłaszcza na wczesnym etapie porodu) wręcz poród całkowicie zatrzymać- jest to tzw. efekt izby przyjęć, zanikają skurcze po przyjeździe do szpitala; cóż, szyjka macicy jest mięśniem zwieraczem, a my jesteśmy tak zbudowane, że kiedy otwieramy mięśnie zwieracze potrzebujemy intymności, skupienia, a nie wywiadu (analogia do mięśnia zwieracza odbytu); kobieta przepytywana może swój mięsień szyjki macicy zamknąć, zwłaszcza jeśli jest to połączone z bolesnym badaniem.

Zachęcam mamy przygotowujące się do porodu, by przygotowały w formie pisemnej odpowiedź na w/w pytania i wręczyły go na Izbie Przyjęć- nie pozwoliły się dodatkowo męczyć w czasie porodu. Aby nie pozwoliły odwracać swojej uwagi od porodu, rodzącego się dziecka- tylko dlatego, że takie są standardy szpitalne i trafiliśmy na taśmę produkcyjną szpitala.

Drugi taki sam poród nam się nigdy nie zdarzy. Trzeba, żebyśmy były dla siebie dobre i nie obciążały się tym, co nie jest potrzebne ani nam ani dziecku w tym okresie, który i bez tego jest czasem naszej drogi krzyżowej.



Dla dziecka

Dużo piszę o tym karmieniu piersią głównie dlatego, bo lubię, również aby służyć Wam pomocą. Nie po to jednak, żeby jakoś się koncentrować na nim, wręcz przeciwnie. Im więcej piszę, tym w życiu osobistym mniej na nim się koncentruję. Zbyt wiele ciekawych rzeczy przynosi życie, żeby skupiać się na tych tak oczywistych i trywialnych jak karmienie piersią.

Od czasu do czasu słucham, co inni mówią na ten temat.

„Karmić własna piersią swoje maleństwo, „nasze dziecko”, to zarazem realizować plan Boga, który tak kobietę stworzył.”– pisze Wanda Półtawska w „Eros et iuventus”. Dopisałabym jeszcze: który tak dziecko stworzył- z ogromną potrzebą ssania, tulenia, bycia blisko mamy, bardzo powolnego oddalania się od niej. Przy niecierpliwości współczesnych kobiet: zbyt dla nich powolnego, my zbyt łatwo wypychamy własne dzieci, odpychamy od siebie w czasie, kiedy one jeszcze potrzebują się karmić naszą bliskością, przytuleniem.

„Karmienie piersią jest obecnością matki przy dziecku. Jest układem ludzkiej miłości, jest jej wyrazem, dowodem. Atmosfera miłości jest jedyną dla prawidłowego wzrostu osoby ludzkiej. Okresu karmienia nie da się zastąpić. Dziecko karmione piersią matki ma lepszy start w życie niż dziecko tego pozbawione.” Tak sobie myślę- obyśmy tych profitów wynikających z dobrego początku nie utracili zbyt szybko.

„Odkryć prawdę o karmieniu piersią znaczy zanurzyć się w treściach, które zmuszają do refleksji”– to spojrzenie doktor Wandy Półtawskiej na Matkę Bożą Karmiącą i jej wzrok na Dzieciątko Jezus. Uczenie się od Niej.

I jeszcze o matce: „Dziecko nie jest jej, ale Boga. Karmienie nie jest celem, tylko środkiem do utrzymania życia dziecka. Dziecko nie jest dla niej, ale ona dla dziecka.”

Takie oczywiste prawdy piszę dr Półtawska, ale dla mnie cenne. Widzę, jak szybko przekonujemy się, że karmienie jest dla dziecka:

  • jest nie takie, jak się spodziewaliśmy;
  • stwarza różne dyskomforty zwłaszcza na początku (fizjologiczna bolesność nieprzyzwyczajonych do ssania brodawek, nieprzyjemne odczucia wynikające z wypływu pokarmu, nawału pokarmu, wiele różnych perypetii przydarzających się na początku, w trakcie karmienia itp.);
  • dziecko ssie częściej/rzadziej, dłużej/krócej niż tego oczekiwaliśmy;
  • dziecko rozwija się wolniej niż tego się spodziewaliśmy, jego rozwój wymaga przede wszystkim naszej cierpliwości, mądrej cierpliwości; uczenie się siebie wymaga ponoszenia kosztów tego.

Cenię sobie dr Półtawską, z jednym jednak nie mogę się zgodzić. Powiela ona jeden z bardzo rozpowszechnionych mitów w temacie laktacji:

„Wiadomo, że niepokój matki może wręcz zniszczyć jej pokarm. Kobieta napięta i rozdrażniona przestaje wytwarzać pokarm.”

Nie jest to prawda- inaczej ssaki dawno by już wyginęły z powodu braku mleka. Również w życiu zwierząt nie brakuje napięć: czające się drapieżniki, zagrażająca woda (powodzie), pożary, płoszenie się z wielu powodów. Nie jestem biologiem, ale takich zagrożeń można by wiele wymieniać. Jednak zwierzęta nie tracą pokarmu z tego powodu- chyba, że młode zdycha albo jest tak chore, że nie ma siły ssać, wówczas jego ilość rzeczywiście się zmniejsza stopniowo aż do zaniknięcia.

W tym micie jest jednak cząstka prawdy- pewnie dlatego jest tak bardzo rozpowszechniony. Kiedy jesteśmy mocno zdenerwowane, zaniepokojone, roztrzęsione- pokarm nie zanika, ale za to adrenalina (hormon stresu, ucieczki) blokuje wytwarzanie oksytocyny (hormonu odpowiedzialnego za wypływ mleka). Oksytocyna jest natomiast odpowiedzialna za wypływ pokarmu. Kiedy jesteśmy więc bardzo zdenerwowane- pokarm pomimo swej obecności, może nie wypływać bądź wypływać mniej. Adrenalina- hormon stresu nie ma jednak zazwyczaj znaczącego wpływu na wytwarzanie prolaktyny – głównego hormonu odpowiedzialnego za wytwarzanie mleka, poza zupełnie ekstremalnymi sytuacjami. Jest to logiczne: kiedy przeżywamy stres, poczucie zagrożenia- musimy najpierw zapewnić sobie i dziecku bezpieczeństwo, poszukać schronienia, bezpiecznego miejsca, uspokoić się, a nie go karmić.

Ciekawe, że w sytuacji wojny, kiedy nagle okazywało się, że mleko krowie, zastępcze nie jest dostępne-nagle wszystkie kobiety „miały pokarm” dla swojego dziecka. I to pomimo przeżywania ogromnych stresów.

Oczywiście wiele kobiet daje sobie wmówić, same też sobie wmawiają „cudowny brak pokarmu” albo jego zanik. Oczywiście ilość jego wytwarzania nie zależy tylko od nich. Przy dziecku słabym, chorym, nie ssącym skutecznie mocno może się okazać, że rzeczywiście tego pokarmu jest za mało- bo ono zwyczajnie nie ma siły go wystarczająco silnie i długo ssać. Wówczas świadoma mama będzie alternatywnymi sposobami (kubeczkiem, łyżeczką, zestawem łyżeczki, sns-em, pipetą itd.) dokarmiać aż do momentu odzyskania przez dziecko siły.

Stres jest jednak tak popularnym elementem życia, że ssaki umieją radzić sobie zazwyczaj z jego obecnością i karmieniem młodych. Kobiety świadome czym jest karmienie- zazwyczaj również. Nierzadko tłumaczenie o zaniku pokarmu jest wygodną wymówką dla świadomej lub nieświadomej niechęci do dalszego karmienia piersią. Bo ono jest wymagające. Dziecko również jest wymagające i to coraz bardziej. Potrzeby dobrze rozwijającego się człowieka zwiększają się, a nie zmniejszają.

Jak wytrwać przy dziecku? Chwycić się tej Miłości, która jest jedyną cierpliwą, łaskawą, która nie zazdrości i nie szuka poklasku i nie szuka swego.



Gdzie się mieści niecierpliwość?

Mam wrażenie, że wiele z kobiet uważa, że niecierpliwość mieszka w piersiach.

Jakich więc rad udzielają sobie i innym, gdy mają kłopoty z własną niecierpliwością wobec dziecka? Odstawić od piersi, to cierpliwość nie będzie potrzebna. Zmienić dziecko- siebie nie zmieniać.

Otóż prawda nie jest tak prosta. Kiedy się odstawi od piersi, problemy zostaną te same- straci się tylko pokarm dla dziecka, który zarazem dawał dziecku wiele wyciszenia, wiele zdrowotnych walorów.

Czy rzeczywiście niecierpliwość mieszka w piersiach i jak się odstawi, to będzie to rozwiązanie problemów z dzieckiem? Oczywiście, że nie. Niecierpliwość mieszka w sercu człowieka– taki banał, ale momentami jakbyśmy o tym zapominały i próbowały zwalać niecierpliwość na zewnętrzne okoliczności.

Gdy ktoś nie ma cierpliwości do dziecka karmiąc go piersią, to prawdopodobnie nie będzie też jej miał po odstawieniu od piersi. Bo cierpliwość nie jest nam dana raz na zawsze- trzeba nad nią pracować, trzeba pracować nad sobą.

Byłam niedawno u mamy dwutygodniowego człowieka- nie miała cierpliwości go karmić piersią. „Za często co 30 minut, ja już nie mam cierpliwości. Wolałabym zrobić butelkę”.

Cierpliwość jest też naszym wyborem, jest ćwiczeniem się. „Raz wybrawszy, codziennie wybierać muszę”.

Niedawno przeczytana przeze mnie książka „Karmieni miłością. Podstawy kształcenia talentu.” Autorstwa pana Suzuki. Niezła dawka lekcji cierpliwości. Co możemy własną cierpliwością osiągnąć, mądrym ćwiczeniem się w niej? Bardzo dużo. Niezła dawka optymizmu, zadanej cierpliwości i wytrwałości.

Lektura ta jest generalnie o kształceniu muzycznym, jednak ma ona ogólny wydźwięk. Kształcenie dobrego charakteru i cierpliwości dziecka głównie przez kształtowanie własnej cierpliwości i systematyczności, nauki poprzez zabawę i radość dają wspaniałe rezultaty.

Zwykle żeby dostać się do szkoły muzycznej, dziecko się przesłuchuje, bada jego słuch muzyczny. Suzuki nie robił tego- przyjmował do swojej szkoły wszystkie dzieci w bardzo młodym wieku. Jego rezultaty były zadziwiające, o wiele lepsze niż w klasycznych szkołach. Zresztą przeczytajcie i przekonajcie się.

Słyszałam młodego skrzypka uczonego tą metodą Suzuki- nie wygrał pierwszego miejsca (ech, te stosunki i stosuneczki), ale owacje zebrał największe, grał rzeczywiście najlepiej. Uczenie z pasją i miłością daje najlepsze rezultaty. Każdy człowiek zasługuje na to, by być uczonym z pasją i miłością ze względu na godność dziecka Bożego. Jeśli nawet ktoś nie wierzy, to powinien docenić samą ludzką godność.

Oczywiście łatwiej o tym pisać niż to robić 🙂

No cóż, ja się cierpliwie ćwiczę w pisaniu 🙂



Przychodzenie na świat w obecności Matki Bożej

Czasami ktoś się ze mną dzieli swoimi bądź nieswoimi historiami porodowymi.

Taka opowiedziana historia porodowa.

Mama po dwóch cesarskich cięciach. Potem miała w szpitalu poród drogami natury. Kolejne zaś dziecko urodziła sama w domu.

Świeczki, obraz Matki Bożej Karmiącej, woda w wannie- i wystarczyło.  Zresztą wiele kobiet opowiada mi, że właśnie najbardziej w porodzie pomagała im właśnie modlitwa, skupienie. Czy to w domu czy w szpitalu. Otoczenie siebie i dziecka modlitwą, ciszą to podstawa.



Poradzisz sobie

Kiedy dziecko się poczyna albo rodzi- słyszymy różne komentarze.

Mimo woli albo całkiem celowo bliskim i dalekim osobom wymykają się też oceny naszego macierzyństwa, rodzicielstwa. I o ile tatusiowie częściej są lepsi w pewnych siebie odpowiedziach, o tyle mamy nierzadko gryzą się tym, co usłyszą.

Nam kobietom zwyczajnie trudno być od nich niezależnymi, bo zależy nam na ludziach, przywiązujemy wagę do ich zdania.

„Jak ty sobie poradzisz, moje biedactwo!”- czasem takie życzliwe komentarze potrafią podciąć skrzydła. Zwłaszcza gdy bliska osoba tak załamuje nad nami ręce.

Jeśli się wierzy Bogu, który jet Emmanuelem – Bogiem z nami, jest jednak czego się trzymać. Po ludzku to może i byśmy sobie nie poradzili. Ale mamy dzieci, dlatego że obdarzył nas nimi Pan Bóg. To On miał tyle zaufania, miłości do nas, że powierzył nam to konkretne dziecko, te konkretne dzieci. Mógł wybrać im innych rodziców, mógł nam wybrać inne dzieci bądź bezdzietność. A jednak…

Przewidział nasze rodzinne życie, jego rozwój wraz z dziećmi. Nasze wzloty i upadki.

I tego można się trzymać zwłaszcza gdy ciężko.



Przed porodem- coś na bóle niecierpliwości

Cierpliwość jest bardzo cenna.

Warto o nią zabiegać. Nie bez powodu na pierwszym miejscu w hymnie o miłości jest napisane: „Miłość jest cierpliwa”.

Kiedy jesteśmy już tak ogromne, tak pełne dziecka, że zdaje nam się, że ono się z nas już wylewa, jakby lada moment miało się urodzić, nasza cierpliwość jest wówczas nierzadko wystawiona na próbę.

Każdy dzień oczekiwania z perspektywy maleństwa może jednak być dla niego cennym darem. Dlaczego?

  • nie wiemy, ile to konkretne dziecko potrzebuje czasu na rozwój; nie bez powodu termin porodu jest bardzo elastyczny: +/- 3 tygodnie; to wyłącznie nasza oraz cudza niecierpliwość nie jest elastyczna; jeśli się ma jedno dziecko, to człowiekowi zdaje się, że wszystkie inne dzieci powinny czy rozwijają się tak samo jak ono; kiedy jednak człowiek jest obdarowany liczniejszym potomstwem, widzi, że dzieci rozwijają się w zadziwiająco różnym tempie w różnych dziedzinach;
  • właśnie te ostatnie dni, tygodnie są istotne dla dziecka pod względem odpornościowym: przez łożysko do dziecka przechodzą nasze ciała odpornościowe; każdy kolejny dzień czekania to więcej odporności dla dziecka;
  • czas na dojrzewanie szyjki macicy; ten nasz narząd wymaga indywidualnego czasu na dojrzewanie, ażeby się potem otwierać sprawnie; wywoływanie porodu, kiedy jeszcze nie jest dojrzała do tego szyjka bywa tragiczne dla kobiet i ich dzieci; a na pewno przysparza im niepotrzebnego bólu.

Badania dowodzą, że za dobre przygotowanie szyjki macicy do porodu odpowiedzialne są m.in. prostoglandyny. Żeby wydzielały się w odpowiedniej ilości warto choćby na te ostatnie tygodnie stanu błogosławionego zrezygnować z białego cukru, gdyż hamuje on wytwarzanie prostoglandyn. No cóż, sama jestem łasuchem, więc wyobrażam sobie męki mam słodyczolubnych. Jednak warto choć spróbować- nic nie tracimy na tym, wiele możemy zyskać i my, i nasze dziecko.

Bardzo polecana przez położne jest też herbatka z liści malin, zwyczajny napar. Oprócz tego, że przygotowuje ona dobrze do porodu, to jeszcze łagodzi skurcze (rozluźnia mięśnie miednicy),  działa przeciwbólowo, skraca fazę rozwierania. Zawiera ona dużo żelaza,  wapnia, witamin. Ponadto polecana jest przy bolesnych miesiączkach, niepłodności, w połogu natomiast sprzyja oczyszczaniu jelit, odtruwaniu, odbudowie jamy macicy.

Jeśli dokucza nam niecierpliwość, można wspomóc się jedzeniem owoców i przypraw zawierających enzymy ułatwiające dojrzewanie szyjki macicy. Są to: cynamon oraz pewne owoce egzotyczne (mango, kiwi, ananas).

Gdy zaczyna wisieć nad nami groźba wywoływania porodu (co nie jest zabiegiem obojętnym dla dziecka- niesie ze sobą liczne skutki uboczne), położne polecają herbatkę naskurczową, która podobno działa w ciągu 1-2 dni.

Robimy napar z 1litra wody czyli zalewamy wrzątkiem:

  • 1 laskę cynamonu (domyślam się, że trzeba ją zetrzeć);
  • 10 goździków;
  • mały świeży korzeń imbiru (łatwo się obiera i ściera skrobiąc zwykłą łyżeczką);
  • 1 łyżka herbaty Werbena (odmiana pomarańczy).

Pod przykryciem trzymamy około 15 minut, następnie przecedzamy i pijemy małymi łyczkami od czasu do czasu w ciągu 1-2 dni. Żeby zachowało cierpło i smak, wartość, przetrzymujemy w termosie. Dłużej pić nie możemy, bo po tym czasie powinien nastąpić poród. Ciekawe czy rzeczywiście działa?

Dedykuję ten wpis kochanej Eli. Moja droga- też mi się zdawało, że urodzę wcześniej każde z moich dzieci. No, cóż. Wiesz, jak było.



Miłość chce być kochana

Czasem pisząc ten blog zastanawiam się, czy jest w ogóle dla kogo.

Komentarze?

Dostaję niemal sam spam plus od czasu do czasu kilka komentarzy przyjaciółki.

Ostatnio miałam kilkugodzinne zetknięcie z naszą służbą zdrowia: położnymi i ginekologiem podczas porodu jako doula.

Myślę sobie więc, że skoro położne i lekarze bardzo niechętni by kobiety rodziły w pozycjach wertykalnych (pionowych), mimo wszystko zaczynają to robić, to jest to pewne światełko w tunelu. Trzeba za tym iść, swoją pewnością, zdecydowaniem po prostu tego wymagać, uczyć ich tego.

To, że położnej czy lekarzowi nie chce się schylać do stołeczka porodowego, materaca- to jest jego problem. Problem nieżyczliwości? Niekompetencji? Nie wiem i nie chcę oceniać.

Trzeba się jednak trzymać swojej pewności, wiary i nadziei.

Kropla drąży kamień nie siłą, lecz częstym spadaniem- mówi łacińskie przysłowie. Jeśli my rodzące będziemy rezygnować z rodzenia w pozycjach, które są zwyczajnie dla nas i naszych dzieci zdrowsze, to ta kropla nigdy nie wydrąży kamienia.

Mam jednak nadzieję, że maleńka kropla daje nadzieję.

Jestem prawdziwie szczęśliwa będąc z rodzącą mamą, służąc swoimi trywialnymi czynnościami. Podziwiając jej oddaną miłość, trud i poświęcenie w bólach rodzenia. Myślę, że ta miłość matki rodzącej do jej dziecka przejawiająca się właśnie w czasie rodzenia bardzo chce być kochana. Zanurzona w miłości, otoczona nią.

A lekarze i położne rezygnując z niej, ze swojego życiowego powołania do miłości wiele tracą.

Wiele modlitwy za nich potrzeba, aby się zmienili, aby przypomnieli sobie po co się jest położną, po co się jest lekarzem.



Rodzenie się dziecka jest cudem. Służenie temu misterium jest zaszczytem. Dla mnie osobiście wielką radością.

Jest to oddanie się i matce, i dziecku, by wspierać ich w tym trudnym, angażującym, ekstatycznym czasie. Nie oglądałam co prawda filmu „Poród w ekstazie”, choć bardzo bym chciała. Jednak znajome czy zaprzyjaźnione kobiety opowiadały mi, że i dla nich był to czas zanurzenia w modlitwę, pozwolenia na ogarnięcie się siłom rodzenia, siłom Stwórcy. Widziałam z jakim wejściem w głąb, wielkim skupieniem i oddaniem potrafią rodzić kobiety.

Matka podczas zanurzania się w rodzenie jest niezwykle piękna. Jednak nie pięknem z żurnala i mediów, takim płytkim, powierzchownym, naskórkowym. Jest to piękno oddanej, cierpliwej miłości, która otwiera ją jak kwiat, by wydała swój owoc. Piękno poświęcenia się wyłaniającemu się dziecku. Cud otwierania się na spotkanie z dzieckiem.

Ciało kobiety potrzebuje się otworzyć na dar dziecka, ale przede wszystkim serce matki potrzebuje się otworzyć, żeby przyjąć tego młodego człowieka jeszcze raz.

Jak być z matką rodzącą, żeby pomóc jej w pokochaniu tego maleństwa, aby pomóc jej sercu?

Myślę, że nie mam gotowej odpowiedzi. Stwarzanie przestrzeni ciszy, szacunku, wsparcia, intymnego spotkania z dzieckiem na pewno jest wartością. Zachęcam mamy przed porodem, by zadały o muzyczną otoczkę swojego porodu. Muzyka wyciszająca, relaksująca działa nie tylko na rodzącą. Ona działa także na lekarza, położną, którzy towarzyszą temu.

Pamiętam pewną położną, która zachowywała się jakby była dyrektorem porodu. Jednak miałam wrażenie, że nastrój i podniosła atmosfera chorałów gregoriańskich i jej się udzielała.



Mleko o właściwościach pluripotencjalnych

Już parę lat temu odkryto, że w matczynym mleku znajdują się komórki macierzyste. Cóż to takiego? Hm, nie jestem biologiem, ale są to komórki, pokrótce mówiąc, takie jak w embrionach. W embrionach te komórki mają zdolność przekształcenia się w ok. 200 różnych typów komórek, np. nerwowe, mięśniowe, itd.

Kto chce może sobie po angielsku o tym poczytać:

Pluripotencjalne właściwości mleka

Teraz potwierdzono, że i te macierzyste komórki występujące w ludzkim mleku również mogą zmieniać się w wiele rodzajów komórek, m.in. w komórki nerwowe czy komórki wydzielające insulinę. W sumie można się tego było domyślić od początku: nie ma budowy bez funkcji.

Co stąd wynika:

  • nie da się już wciskać kitu, że badania na najmłodszych dzieciach (w fazie embrionalnej) są konieczne, żeby pracować na komórkach macierzystych; można to robić w sposób całkowicie etyczny korzystając z ludzkiego mleka;
  • jest to pole dla medycyny regeneracyjnej- może coś im się uda sensownego z tego wymyślić dla ratowania życia ludzkiego, dla leczenia; przewidują możliwość leczenia np. cukrzycy I typu; w końcu nie od dziś wiadomo, że karmienie sztuczne niesie ze sobą o wiele większe ryzyko właśnie tego typu chorób cywilizacyjnych;
  • dla dzieci oczywiście ma to znaczenie, choć być może jeszcze nie wiadomo, jak organizm dziecka z tego korzysta, prawdopodobnie pomaga to zachować odporność, zdrowie dziecku.

Oczywiście bacznie śledzą takie odkrycia koncerny mieszankowe, żeby instrumentalnie wykorzystać te i inne informacje w postaci reklamy: „Nasze mleko też jak mleko matki posiada …” Oczywiście, że posiada wiele cennych składników mleko krowie, które jest bazą do produkcji większości mieszanek (nawet ukochanego przez wielu Nutramigenu) dla niemowląt: są to oczywiście składniki cenne dla cielaka, np. do budowy drugiego, trzeciego czy czwartego żołądka albo rogów, itd. Chociaż po sproszkowaniu tegoż i tak wiele z tych składników zamiera, np. żywe komórki. Jednak firmy te są tak bardzo nastawione na zysk, że każdą informację są gotowe wykorzystać, przeinaczyć sprytnie, jeśli tylko daje to szanse na nowe pokaźniejsze zyski.

No cóż, ludzi się daje oszukać- już przemysł reklamowy się o to postara. Natury się jednak oszukać nie da.



Całodobowy telefon zaufania

Jeśli pożycza Ci książkę przyjaciółka mówiąc, że napisała ją jej przyjaciółka, to na pewno będzie to deser dla duszy, dla serca.

Z początku podeszłam do tej książki bez pośpiechu, bez emocji. Leżała, czekała, dojrzewała.

Autorka zaczyna od opowieści o swojej pracy we Francji, gdzie opiekowała się staruszką. Opisuje również nocne wstawanie i podawanie metalowej kaczki do załatwiania się. No cóż, oddajmy jej głos. Przed Wami Katarzyna Cedro ze swoją smakowitą książką:  „Bagietki i jagodzianki”:

„I tak co noc, czasem nie raz w nocy. I wtedy miałam tę myśl, że jak się ma małe dzieci, to się nie śpi w nocy. Powiedziałam sobie: co to, to nie. To wstawanie do dzieci to nie będzie dla mnie. Nie spać w nocy? niewyobrażalne. Cóż, za mną 70 miesięcy karmienia piersią, budzenia się każdej nocy po trzy, cztery razy. Bo kiedy się służy, wstępuje moc w ręce i umysł człowieka. I wtedy odwiedza Cię Miłość i wszystko przetrzymasz.”

Tak pisze kobieta pięćdziesięcioletnia, matka kilku synów z perspektywy czasu o swoim doświadczeniu. Czyż nie pięknie?

Tą książkę czyta się, jakby się odwiedzało przyjaciół i w ich domu czuło się równie dobrze jak w swoim:

„Lecę do spiżarni. Ileż pyszności! Ile oranżady w butelkach specjalnie zamykanych. Dwie, może trzy skrzynki. Pasztety, kiełbasy, a ile jeszcze pochowanych pyszności! Baranki wielkanocne, kurczaczki, to wszystko szykowała zupełnie sama moja babcia. Czy jedzenie jest tak ważne w życiu człowieka? Bardzo ważne, ale przecież tu nie chodzi o obżarstwo. Za każdym upieczonym mazurkiem, odpowiednio doprawioną zwykłą pomidorową czy rosołem stoi czyjaś miłość. To była zawsze miłość mojej babci do nas.”

Widzę w tym analogię do innych myśli lub jak kto woli bliskość duchową:

„Świętość nie polega na czynieniu rzeczy nadzwyczajnych. Polega na przyjmowaniu z uśmiechem tego, co zsyła nam Jezus. Polega na przyjmowaniu woli Bożej i podążaniu za nią.”

„Nie powinniśmy żyć w obłokach, w sposób powierzchowny. Powinniśmy się oddać zrozumieniu naszych braci i sióstr. Żeby lepiej zrozumieć tych, z którymi żyjemy, konieczne jest żebyśmy najpierw zrozumieli samych siebie”.

Jak bardzo odnosi się to do naszego życiowego powołania: bycia żoną, matką.

„Jest niezwykle znaczące, że zanim Jezus objaśniał słowa Boga, zanim objaśnił tłumom  błogosławieństwa, współczuł ludziom, nakarmił ich.

Dopiero kiedy ich nakarmił ich, zaczął ich nauczać.”

Matka Teresa z Kalkuty „Myśli wyszukane”

Czytając ten maleńki zbiorek cytatów mam wrażenie, jakby matka Teresa zebrała go dla mnie, podzieliła się ze mną na naszą rodzinną drogę. Jej myśli towarzyszyły nam dziś na cmentarze. Niby jest po drugiej stronie życia, ale te jej przemyślenia tak bliskie życia, tak aktualne i pomocne, jakby je właśnie dla nas wypowiedziała.

Święci są żywi i chętnie pomogą w wychowaniu siebie samych, dzieci, zmienianiu świata. Wystarczy nawiązać z nimi nić porozumienia. Mają w niebie całodobowy telefon zaufania. Jaki numer? Modlitwa=rozmowa.