Drążenie

Egershalok.

Piękne miejsce.

Gdzie gorąca woda buduje taką oto skałę.

Drąży. Ozdabia w esy floresy, wzorki-kolorki.

Niby tylko woda.

Kapie sobie, spływa. Czasem wytryśnie.

My kobietki działamy podobnie, jeśli według swojego powołania działamy.

Codzienne zmienianie pieluch. Trzymanie bez końca przy piersi wiecznie głodnych niemowlaków i poniemowlaków. Ciągłe sprzątanie, gotowanie. Bujanie nie-nabujanych, pokazywanie. Mówienie do tych, co nie mówią, nie rozumieją lub pozornie stracili zdolność rozumienia (przypadek nastolatków). Śpiewanie, wycieranie, pomaganie, zbieranie.

W ten sposób tworzy się życie, buduje to, co wartościowe przy pomocy małych środków.

Docenianie, karmienie duszy, oddawanie czasu, pocieszanie, oddawanie serca, radość bycia razem.

Budowanie sensu.



Alleluja :)

„Niewiasto, czemu płaczesz?”- pyta Anioł Magdaleny, uosobienia kobiecości po Zmartwychwstaniu.

Ona dalej płacze.

„Niewiasto, czemu płaczesz?” – zaraz potem pyta o to samo ją Jezus, który powstał z martwych.

No to mnie i Ciebie też się pyta o to. Czmu płaczę, czemu się smucę, skoro On zwyciężył wszelkie zło, śmierć.

Życzę więc sobie i Wam, abyśmy przyjęły to słodkie pocieszenie od Zbawiciela, Jego życzliwość, pochylenie się nad naszymi troskami i zaufały Mu, zaufały, że On jest w stanie przynieść pokój, miłość, radość.



Bazgranie na wagę złota?

2 maluchy marzące z mamą i taki pegaz wyszedł w efekcie wspólnego bazgrania.

Bazgranie jest bardzo dobre.

Bazgrajmy dużo, z zamiłowaniem, do skutku i dla przyjemności.

Ciekawe, że podczas pisania albo rysowania zapamiętujemy lepiej, więcej.

Żartuję?

Nie. Poważne naukowe badanie pokazało, że studenci bazgrający podczas wykładu zapamiętali jego treść o niebo lepiej od tych, co nie rysowali.

Zwłaszcza dzieci, które przejawiają typ pamięci kinestetyczny- potrzebują wiele ruchu do zapamiętywania.

Choćby takiego:

  • Buju buju na krzesełku!
  • Bazgru bazgru na karteczce!
  • Machu machu nóżką!

W domu bazgranie może być docenione. W szkole moje dziecko dostało uwagę negatywną za bazgranie. Nie raz. Bazgrze dalej. Tym razem na UW.



„To tylko oksytocyna…”

„To tylko oksytocyna… To pani pomoże szybciej urodzić…” „To nie ma skutków ubocznych…”

Czy na pewno?

Ależ ma.

Miałam możliwość porównania na własnej skórze porodu ze sztuczną oksytocyną w kroplówce i bez. Różnica była mniej więcej taka, że poród z tym sztucznym hormonem przypominał kilkugodzinny skurcz od początku do końca podczas gdy poród bez sztucznych dodatków to krótkie skurcze z długimi przerwamy i jedynie „mocna” końcówka.

No wiadomo. U każdego skutki leku mogą być inne.

Tylko pytanie: czy zdrową kobietę i zdrowe dziecko trzeba leczyć?

Czy poród jest czymś, co trzeba leczyć?

Weźmy pod lupę ten lek „bez skutków ubocznych” czyli sztuczną oksytocynę.

 

Oto jakie w ulotce Oksytocyny są wymienione „niegroźne” skutki uboczne dla dziecka:

No to może chociaż dla matki niegroźne?

Przeczytajmy sobie:

Ojoj!

No to może taki cud-miód dla przebiegu porodu?

To może jednak warto i cierpliwie czekać na samoistny poród, i cierpliwie pozwolić dziecku się rodzić bez prób wykurzenia go wcześniej?

Czy którąkolwiek matkę poinformowano o chociaż połowie możliwych skutków ubocznych???

No to gdzie są nasze prawa pacjenta?

Pozdrawiam serdecznie, wiosennie

-doula Fizula



Był Dzień Świętości Życia? Czy już się skończył?

Tu na zdjęciu święty Józio trzyma Dzieciątko Jezus. Trzyma? Trochę dziwnie to robi. Nieporadnie.

Jakby podawał. Jakby nie dziecko trzymał, a jakiś prezent komuś wręczał.

Może to jest trop?

Oddaje Bogu Ojcu Dzieciątko Jezus. Nie zatrzymuje Go sobie.

W miłości ojcowskiej brakuje często tej bliskości, przygarnięcia. Sporo za to w niej dystansu, trzeźwego myślenia.

Czy to dobrze?

Pewnie! Bo powołanie ojcowskie jest inne niż matczyne. Ojciec nie ma być drugą matką. Dziecko nie potrzebuje dwóch matek (oczywiście dwóch ojców również nie). Ojciec uczy się być ojcem jakby wolniej od matki swojego dziecka. Bliskości, czułości potrzebnej dziecku też się stopniowo uczy. A w przyszłości powinien służyć dziecku zdrowym myśleniem, rozsądnie stawianymi wymaganiami, rzeczową pomocą.

Asystowałam przy pewnym porodzie w szpitalu (nie będąc doulą). Dzidziuś szcześliwie się urodził. Przyszło do wypełniania formalności.

-Pan jest mężem?- lekarz pyta ojca dziecka.

-Nie, partnerem.

-To się nie liczy- odrzekł na to obcesowo lekarz.

Wstrząsnęło to mną i zastanowiło. No bo tak: prawdę gada. Mogę tylko się domyślić, że boleśnie mogło to wybrzmieć w sercu tego ojca, bo w takim momencie to może i podwójnie zaboleć.

Nie oceniam tego ojca. Nie oceniam lekarza- „Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli”. Może ten młody ojciec potrzebował usłyszeć to w ten bezpośredni, dosadny sposób? Nie wiem.

Brak sakramentu małżeństwa lub choćby jego namiastki tzw. ślubu cywilnego to uchylanie się od odpowiedzialności.

Takie ojcostwo, które nie podejmuje się miłości, wierności względem żony jako zadania na całe życie, jakieś takie bardzo ułomne, kalekie.

Bo świętość życia każdego dziecka domaga się ochrony, czuwania nad nią, wierności dnia codziennego i w święta.

Kochane Mamusie, nie chciejmy być wszystkim dla swojego dziecka! Nawet jak jest bardzo małe i bardzo przyklejone do nas: przez pępowinę, przez przyssanie, przez emocje.

Jak bardzo ojcowie potrzebują być upewniani o tym, że są potrzebni, ważni! W dzisiejszych czasach, gdy feminizm się odmienia przez wszystkie przypadki i kobiety chcą być wszystkim: żołnierzami, policjantami, traktorzystkami (he he!), warto docenić rolę ojca jako przekraczającą taką czy inną pracę zawodową, choć w niej się też wyrażającą. I zawsze mówić dobrze o ojcu swych dzieci, choć niekiedy nie da się tego zrobić bez pomocy Bożej.

Nie bez powodu Bóg objawia się przez Słowa Biblii jako miłosierny Ojciec!

Widocznie bardzo ojca potrzebujemy! I bardzo potrzebują tego nasze dzieci. Widocznie On chce zaspokoić ten nasz ogromny głód ojca.



Bańki- wstańki

Nawet dzieciom- okazom zdrowia w marcu i kwietniu zdaża się chorować.

Ludzka rzecz.

Dzieci odporność budują dopiero. Nie mają jej gotowej.

Świetną sprawą jest, gdy dziecko jest lub było karmione piersią. Wtedy tą odpornością w pewnej mierze dzieli się (lub dzieliła się) z nim mama.

Byłam ostatnio na ciekawym wykładzie prowadzonym przez panią doktor. Generalnie wykład był o chorobach. I piękny wtręt pani doktor, jak to bańki mają uzasadnienie naukowe. Jak w tym miejscu wytrąca się α-proteina, gdy stawiamy bańki, a w ślad za nią podążają leukocyty, dzięki czemu bańki świetnie działają przy infekcjach.

Korzystając z tej mądrości życiowej i, okazuje się naukowej, od razu raźno przystąpiłam do zabawy z dziećmi w „biedronki”.

Żeby delikwent dał sobie postawić bańkę, pokazuję na swojej ręce, potem na jego rączce ustami, że bańka to jest taki ssący mocny całus. Atrakcją dodatkową jest, że można też poćwiczyć stawianie baniek na mamie czyli na mnie, a ja jestem szczęśliwa, że będę w kropki.

Można stawiać ogniowe, jak ktoś umie. W aptece można też nabyć bezogniowe- w mojej ocenie bezpieczniejsze dla dzieci. I łatwiejsze dla początkujących.

Stawiajmy więc bańki- wstańki, żeby dzieci z łóżka wstawały

i wesołym krokiem ku wiośnie zmierzały.

Antybiotykom mówimy stanowcze: „Raczej nie!” 😉

 



Piękno jest na to, żeby zachwycało

Rozmowa pewnego księdza ze stu dwuletnią staruszką. Odwiedziny, rozmowa. Okazało się, że staruszka jest ujmującą starszą panią, zadbaną. Na koniec chcąc jej coś miłego powiedzieć, zauważył:

„Ma pani bardzo piękne oczy!”

„Ja cała jestem piękna!”- odrzekła.

Ile radości życia i prostoty w tym stwierdzeniu!

Ile głębokiej prawdy!

Bo czyż piękno nie wyraża się najgłębiej w tym, co przed oczami ukryte?

Czy zauważacie w sobie to piękno, z którym zostałyście stworzone?

Piękno, które mogłyście powiększyć lub pomniejszyć w zależności od podejmowanych decyzji?

Czy możemy lekceważyć ten dar piękna, który Pan Bóg wlał w ciało kobiety, ale też o wiele głębiej -w jej duszę? Trzeba go w sobie doceniać, zauważać, kształtować. Nie dla własnej próżności, ale by powiększać ten obszar dobra, radości, sensu, zachwytu, który zadał nam Stwórca.



Życie i śmierć, a życie zwycięża

Życie zaczyna się i kończy.

Z opowieści wysłuchanych:

” Gdy mój dziadek umierał, równocześnie mama rodziła mojego brata…”

Niezwykłe, a zarazem takie zwyczajne, że pokolenia przemijają i nadchodzą kolejne.

Tak jak na zdjęciu: nad przepaścią przemijalności.

Nie wiemy, ile czasu mamy my, ile go mają nasze dzieci.

Każdy dzień jest wart, by się nim cieszyć. Tej radości uczę się od dzieci i uczę… I nie mogę nauczyć…

Dzieci zawsze żyją radością. Nawet gdy przeżywają trudności, bóle, złości, to szybko wracają do swoich fontann entuzjazmu. Tak jakby tylko na moment pomyliły drogę.



„Jak ty zjesz małą, to ja zjem dużą”

W rodzinie, gdzie jest więcej niż dwoje dzieci, nie da się nudzić.

Nawet jakbyś chciał/a się trochę ponudzić, to zwyczajnie się nie da.

Figle, psoty, życie burzy się i kipi.

No i prędzej czy później przekonujesz się, że nie jesteś rodzicielskim pępkiem świata.

Nawet jeśli w którymś momencie takie przekonanie żywiłam, to szybko się go pozbyłam, widząc:

  • że dzieci w bardziej zwariowany sposób bawią się ze sobą nawzajem;
  • wsparcie rodzeństwa jest bardziej szalone, nieprzewidywalne, na wagę złota;
  • dokopywanie sobie nawzajem przez rodzeństwo uczy je odporności życiowej, przebaczania, przepraszania, zaczynania od nowa i nie robienia problemu z tego;
  • że dzieci nawzajem inspirują się, motywują, wypróbowują, pobudzają do większej twórczości;
  • że dzieci są zwyczajnie sobie nawzajem potrzebne w większym stopniu niż nam się wydaje; wraz z wiekiem to narasta- nastolatek szuka kontaktu z drugim nastolatkiem (choćby nawet się z tym krył).

Dzieci od siebie nawzajem uczą się po prostu czegoś innego niż od rodziców.

No i występuje wśród dzieci coś, co jest nielegalnym dopingiem.

Takie piękne papryczki chilli zjawiły się w naszym domu któregoś dnia.

No i wiadomo, że chłopaki palą się do rywalizacji, do prześcigania się, dopingują sobie.

Duży do małego więc przemawia czule: „Jak ty zjesz małą, to ja zjem dużą!”

No i bez zmuszania, przekonywania dezynfekuje sobie młodszy paszczę palącym warzywem.

Nie ma jak dobry motywujący wpływ brata!



Szalone rośliny

Jeszcze zima kalendarzowa się panoszy, a tu rośliny wychylają się z nadzieją na wiosnę. Odważnie wystawiają główki, zdejmują ubrania zimowe.

Krokusy, liliowce, natka pietruszki, kurdybanek wystają z podziemi zielonymi oczkami i rozglądają się ciekawie.

A otóż i zielone wspomnienie z minionej wiosny. Gdy już i bieszczadzkie drzewa się obudziły. Porozkładały szeroko swoje zgrabne ramiona.

W te ciepłe dni pozwalacie rozpiąć się dzieciom, zapomnieć szalika, czapki?

Nie pozwalacie?

Nie szkodzi. Same się nauczą.