Archiwum kategorii ‘O kobiecości’


Tęsknota serca

Mamy w sercu pragnienia, jedne nieodparte, silne, marzenia, które powracają. Czasem zupełnie nierealne albo tylko nierealnymi nam się wydają.

Po co te pragnienia? Dlaczego? Czy to potrzebne?

Ma sens to, co w nas jest. Tylko jaki? Nie jesteśmy bezkształtną masą, genderowym plastelinowym ludzikiem, który z dziewczynki można ulepić w chłopczyka, a z chłopczyka dziewczynkę. A jeśli nawet ktoś się bawi w takie lepienie- to robi krzywdę dziecku, zamazując, niszcząc dar jego płci, jej piękno, zrozumienie go.

Co zrobiły dzieci z motorkami, którymi się bawiły? Chłopczyk urządzał wyścigi, a dziewczynka na koniec ułożyła swój motorek do łóżeczka pod kołderkę. Czy ktoś ją do tego namawiał? Oczywiście, że nie. Swobodna zabawa dzieci. Ale któż nie zna dziewczynek, które z zapałem bawią się w wojnę po chłopięcemu, samochody, chcą się ubierać jak chłopcy? I odwrotnie. Gdzieś głębiej schowały się ich dziewczęce pragnienia. Ale nie wyparowały.

Pan Bóg stworzył nas przede wszystkim na swój obraz. Różne cechy potrzebne są nam w życiu i męskie, i kobiece- w różnym nasileniu. To jest dobre, ale staje się niedobre, gdy stajemy się kimś innym niż zaplanował to dla nas Stwórca.

Zastanawiam się nad tym, jak kobiety noszą przeżycia swoich porodów w sercach. Nawet jeśli nie pamiętają konkretów, szczegółów,  to własne przeżycia głęboko zapadają w serce. Marzymy o dobrych porodach czyli o dobrych spotkaniach z własnym dzieckiem. To w ogóle nie powinno dziwić.

Nie marzymy o porodach pełnych bólu, udręki, odłączenia. Bo to nie jest obraz stworzenia, to obraz po grzechu. „Obarczę cię niezmiernie wielkim trudem twej brzemienności, w bólu będziesz rodziła dzieci…” Profesor Fijałkowski pisał, że wierniejsze byłoby tłumaczenie nie „w bólu”, a „w trudzie”.

To nie jest przekleństwo Boga, to jest Jego błogosławieństwo. Bóg nie przeklina, tylko wyposaża nas na drogę do zbawienia. Błogosławieństwem jest też ten obraz stworzenia: człowiek jako bardzo dobry, piękny, czyniący wszystko pięknie, doskonale. Rodzący się bardzo dobrze i żyjący bardzo dobrze. W ekstazie miłości.

I teraz spotyka się czasami takie porody, które bliższe są Raju niż zniszczeń po grzechu.

Znam mamy, które miały 4 i 7 cesarek, a znam też takie, które rodziły i po dwóch cesarkach naturalnie. Pełno jest opisów kobiet, które dzielą się swoimi porodami drogami natury jak horrorem.  Czyż one nie miały pragnienia pięknego porodu? Czy to pragnienie pięknego stawania się matką już niepotrzebne, unicestwione przez poród, który „nie wyszedł”, który jest raniącym wspomnieniem?

Myślę, że ta rana może się zabliźnić przez wybaczenie, przez Serce Pana Jezusa hojne dla wszystkich, którzy Go wzywają. Przez dar uzdrowienia.

Otrzymując w tym newralgicznym miejscu większy krzyż- czasem Pan Bóg otwiera nas na większy dar.

Pięknie pisze Sheila Kietzinger pisze w „Rodzić w domu”, że poród jest aktem miłości. I do tej miłości tęsknimy, czujemy ją, że jest ona nam wręczona w prezencie i zadana.

Mam wrażenie, że bardzo się oddaliliśmy od wpisanego w nas pięknego daru rodzenia, który jest przecież kontynuacją aktu małżeńskiego. Zafascynowani tym faktem zwracają uwagę, że gdyby nie lęk, można by doświadczyć podobnych głębokich odczuć ekstazy. Wiele o tym (niestety po angielsku) na stronie:

Poród bez asysty

O tej tęsknocie za „zwykłym” porodem siłami natury, pomimo wcześniejszych trudniejszych doświadczeń odrobinę znalazłam na tej stronie (i w licznych rozmowach):

Naturalnie po cesarce

Wiele jest takich tęsknot. Miałam też szczęście pomagać rodzicom adopcyjnym w karmieniu piersią ich przysposobionego dziecka. Bo i to się może udać, gdy dodamy wiele cierpliwości, zaufania, gdy Pan Bóg pozwoli.



Powróćmy do kobiecości

Co to znaczy być kobietą?

Jak wrócić do kobiecości?



Bądźmy ekspertkami dzięki naszej wiedzy, radości, przekonaniu

Znam mamę, która zrezygnowała z karmienia piersią, ponieważ nie odpowiadało to ojcu dziecka. Oczywiście, że najważniejsza jest zgoda między mężem i żoną, jedność między nimi- zburzenie tej wartości nie jest warte świeczki, nawet tak ważnej  jak naturalne karmienie. Jednak to my żony jesteśmy odpowiedzialne, choćby po części, za to jaki obraz karmienia piersią i karmienia w ogóle będzie miał nasz mąż.

Tak się zastanawiam, jaki obraz karmienia piersią przekazuje żona mężowi, kiedy:

  • narzeka, jak jej trudno karmić piersią;
  • żali się, że nocne karmienia ją wykańczają;
  • walczy z własnym dzieckiem i stara się je karmić czymkolwiek innym, gdy ono akurat domaga się piersi;
  • okazuje poczucie własnego uwiązania karmieniem piersią; itd., itp.

Czy dla mężczyzny nie będzie naturalne wówczas podanie prostego i krótkiego rozwiązania:

„No to odstaw, i będzie po sprawie!”

Jednak dzieląc się z naszym mężem tym własnym trudem, zazwyczaj wcale nie oczekujemy gotowych rozwiązań, a raczej przytulenia, umocnienia w tej sytuacji, zrozumienia własnych uczuć, potwierdzenia ich. Zapewnienia, że jako mama wykonuję kawał dobrej roboty, więc mam prawo być zmęczona. Oczywiście zawsze trzeba rozmawiać, a więc i tę kwestię wyjaśnić mężowi. Jednak mając takie oczekiwania wobec męża postępujemy dosyć nierealistycznie- nie jest on bowiem ani naszą przyjaciółką, ani inną mamą karmiącą, której łatwiej wczuć się w naszą sytuację.

Kiedy dajemy mężowi wyłącznie takie komentarze jak powyższe, zapala mu się lampka: Karmienie jest dla mojej żony za ciężkie. Jest ona przemęczona nim- powinna więc od niego odpocząć. Karmienie piersią w ogóle przestaje być praktyczne dla dzieci oraz matek. Moja żona potrzebuje mojej pomocy w zerwaniu z tym. Zarówno więc moja żona, jak i dziecko lepiej by na tym wyszli, gdyby już zrezygnowali z karmienia piersią.

Warto więc szukać takich osób, miejsc, gdzie będziemy zaakceptowane i przyjęte z naszym „wygadywaniem się” na karmienie piersią, gdzie nauczymy się opowiadać o naszych trudach, też trudnych emocjach dotyczących karmienia piersią, ale gdzie również otrzymamy wiele pozytywnych emocji w tym temacie, które będziemy mogły przekazać mężowi.

Jaki obraz karmienia piersią przekazujemy mężowi, gdy mówimy o nim jako o:

  • czymś, co jest dla nas piękne, wzruszające, wartościowe;
  • czymś, co sobie cenimy;
  • czymś, co widzimy, że jest ważne dla naszego dziecka;
  • czymś, z czego potrafimy się cieszyć, co świadomie chcemy kontynuować;
  • czymś, dla czego warto znosić pewne nawet trudy;
  • czymś, co służy zarówno matce jak i dziecku;
  • czymś, w czym jesteśmy zwyczajnie bardzo dobre, jesteśmy ekspertkami.

Taki przekaz, którym się będziemy dzielić z naszymi mężami poniekąd powinien ich zaszczepić przed naszym narzekaniem, dzieleniem się tymi trudami  właśnie z nimi. No, chyba, że dla męża ważniejsze jest zdanie mamusi- ale wtedy to raczej kwestia do terapii niedojrzałego synka się nadaje. Dla dojrzałego mężczyzny istotniejsze powinno być zdanie żony, nie mamy.

Dlatego tak gorąco zapraszam na spotkania grupy wsparcia dla mam karmiących pragnąc je uczynić miejscem, gdzie będzie czas na podzielenie się tymi trudami, ale też stawaniem się ekspertkami w tej właśnie dziedzinie. Prowadzę takie spotkania w Lublinie, ale w gruncie rzeczy w każdej miejscowości zwykła mama karmiąca, która chce się dzielić swoją radością, trudami karmienia- może „skrzyknąć” inne mamy, które chciałyby się spotykać w tym temacie.

Moim zdaniem, warto jednak też pogłębiać własną wiedzę na ten temat. Za każdym razem jest to dla mnie zaskakujące, że i mamy karmiące piersią powielają mnóstwo mitów na ten temat. Nie dziwię się więc, że i całe społeczeństwo powtarza ich ogromną ilość, skoro same zainteresowane nie są na tyle zainteresowane, żeby mówić sensownie na temat tego, co robią często i z uczuciem.

Myślę, że to o czym piszę ma zastosowanie również do innych osób, nie tylko do męża.

Zwłaszcza jeśli karmimy naturalnie dłużej niż przeciętnie warto poczuć się dobrze z tym, czerpać z tego nie przygnębienie i zniechęcenie, a radość i pewność siebie. W końcu wykonuje się kawał dobrej roboty.

Żenujące są działania producenta mlek modyfikowanych, który zaczął już produkować mieszankę na czwarty rok życia dziecka. Oczywiście „wzorując się” na mleku matki. Oczywiście to wzorowanie się jest kuriozalne, śmieszne- tak jak śmieszne byłoby przerabianie krowy na człowieka.

Dlaczego my mamy karmiące dłużej niż statystyczna niejednokrotnie czujemy się zawstydzone zamiast być dumne? To, że powstają takie mieszanki dla tak podrośniętych dzieci świadczy o tym, że mleko matki doceniają nawet jego najzagorzalsi wrogowie właśnie ze względów merytorycznych.



Porody siłami natury czy siłami służby zdrowia?

Mama piękna jak czara pełna po brzegi, aż kipiąca życiem. Takie skojarzenie miałam, gdy zobaczyłam znajomą, której stan błogosławiony dobiegał końca. Bardzo kobieca, bardzo piękna w tej łączności z dzieckiem.

Tylko jak uderzenie te słowa: „Nie popieram porodów naturalnych!” Cesarka na życzenie- domyśliłam się, skoro brak przeciwwskazań do porodu fizjologicznego.

Szkoda tylko dziecka, bo ono zazwyczaj popiera porody naturalne. Dzięki porodowi naturalnemu:

-oczyszcza się lepiej z wód płodowych jego układ oddechowy (wody te są z dziecka niejako wyciskane);

-jego skóra zasiedlana jest fizjologiczną florą bakteryjną zapewniającą zdrowie;

-hormony porodowe (oksytocyna, adrenalina, endorfiny) przygotowują skuteczniej dziecko do oddychania, utrzymania stałej temperatury, życia na zewnątrz mamy; dzieci urodzone drogami natury mają skuteczniejsze odruchy, rzadsze problemy z oddychaniem;

-no i wbrew pozorom mniej jest zejść z tego świata i matek, i dzieci, gdy matka udzieli swoich dróg rodnych do przyjścia na świat swojemu maleństwu.

Z drugiej strony nie dziwię się już temu buntowniczemu okrzykowi przeciwko porodom naturalnym: ta mama prawdopodobnie nie doświadczyła ani jednego takiego porodu pomimo urodzenia trójki dzieci sn jak wpisują lekarze czyli siłami natury. Fundacja Rodzić po Ludzku obliczyła, że w Polsce porodów naturalnych odbywających się w szpitalach jest zaledwie 3%. Co więc zrobiła służba zdrowia z porodów drogami natury? Chorobę wymagającą licznych interwencji medycznych.

A więc aż 97% kobiet ma udowodnione, że nie umie urodzić. Już na wejściu wkłuwa im się wenflony, kładzie je się, podpina pod urządzenia. No bo przecież personel medyczny wie lepiej jak rodzić od samych kobiet.

Znam sytuację, kiedy rodząca nie zgodziła się na wkłucie wenflonu, i wręcz uciekała przed położną, która nic sobie z tego nie robiła- już podczas parcia dopadła tą matkę i jej się wkłuła. Dla mnie ta sytuacja to symbol przestrzegania praw pacjenta w Polsce.

 



Co to znaczy być kobietą?

Najpierw podzielę się z Wami cytatem, który mrozi krew w żyłach, a zarazem po którym robi się dziwnie ciepło na sercu. Niemożliwe?

Rzecz dzieje się w okupowanej Warszawie. Do domu państwa Żabińskich wpada banda własowców, żeby grabić, gwałcić. Z perspektywy pani Antoniny Żabińskiej, pani domu, matki wygląda to tak:

„Jeden z nich (własowców), najstarszy rangą, zatrzymał się przy mnie. Zmierzyliśmy się wzrokiem. Rozbiegane, półprzytomne oczy na chwilę znieruchomiały. Tuż w pobliżu w koszykowej kolebce spała maleńka… patrzyłam, wciąż patrzyłam bez drgnienia powiek na przybysza o wybitnie wschodnich rysach twarzy. Opalona ręka z wolna wyciągała się ku mnie i pochwyciła złoty łańcuszek od medalionu… między wargami zaświeciły białe zęby.

Możliwie spokojnym i łagodnym gestem wskazałam napastnikowi niemowlę i ważąc sylaby jak najcenniejszy kruszec, usiłowałam każdemu z wymawianych powoli słów nadać siłę rozkazu:

-Nielzia! Twaja mat’! Twaja żiena! Twaja siestra! Poniał? (tłum.: Nie wolno! Twoja matka! Twoja żona! Twoja siostra! Zrozumiałeś?)- i położyłam mu rękę na ramieniu. Zdumiał go mój ruch i zaskoczył. Dzikość jak spłoszony lis do głębokiej nory, uciekł ze skośnych źrenic. Jakiś rozszalały żywioł w nim ucichł… jak pod magicznym zaklęciem… (…) Wsadził dłoń do tylnej kieszeni spodni. (…) Wyciągnął rękę… podał mi garść zlepionych różowych landrynek, pokrytych kurzem, brudem, resztkami tytoniu.

-Dla niewo wazmi! (tłum.: weź dla niego)- powiedział z kolei wskazując na dziecko.

Serdecznie, z wdzięcznością podałam mu rękę.

Odtajał. Uśmiechnął się po chłopięcemu…”

Z powieści „Azyl. Opowieść o Żydach ukrywanych w warszawskim Zoo” Diane Ackerman.

Ten tekst i sytuacja są tak niezwykłe i wymowne, że nie wymagają komentarza. Jaką moc ma macierzyńska łagodność, stanowczość dobrego kobiecego serca. Jaką moc może mieć nad sercem mężczyzny samo słowo „matka”, „żona”, „siostra”, skoro potrafi zbrodniarza zmienić w brata. A mąż o niej mówił w wywiadzie: „Antonina była gospodynią domową. (…) Nie zajmowała się polityką czy wojną, była nieśmiała, a mimo to odegrała wielką rolę w ratowaniu innych i nigdy się nie skarżyła na niebezpieczeństwo, jakim to groziło. Jej ufność rozbrajała najbardziej nawet wrogo nastawionych”.

Gorąco polecam.

I jeszcze jeden fragment z tej samej książki o polskiej wsi z początków XX wieku:

„Na wsi kobiety miały specjalne pory, które uważały za dobre na odstawienie od piersi. Po pierwsze nie można tego było robić w czasie, gdy ptaki odlatują na zimę, żeby dziecko nie wyrosło na dzikusa i nie chowało się w lesie. Natomiast dziecko odstawione od piersi w czasie opadania liści szybko wyłysieje. Należy także unikać pory żniw, kiedy zboże starannie chowa się do spichrzy, gdyż groziło to dziecku wyrośnięciem na osobę bardzo skrytą.”

I co wy na to?



Ubezwłasnowolnione czy świadome i podejmujące decyzję?

Przedłużam poprzedni wpis skoro znalazł oddźwięk, pisząc jego ciąg dalszy.

Poprzednio nadmieniłam już, że bycie kobietą, to, czego jesteśmy uczone jako dziewczynki poniekąd nas predysponuje, żeby te nasze granice uelastyczniać, naginać do potrzeb innych osób nawet za bardzo, tak żeby nie stracić m.in. pozytywnego image’u dobrej miłej dziewczynki i nie stać się jędzą na podobieństwo Baby Jagi, żeby nie stracić dobrych więzi z innymi ludźmi.

Myślałam o tym i myślałam… Wolno mi to szło co prawda z powodu moich ostatnich predyspozycji odmóżdżających, ale wywnioskowałam, że ma to jednak też swój sens. Takie właśnie cechy są bardzo przydatne przy wychowaniu małych dzieci szczególnie. Co by było gdybyśmy takie granice utrzymywały względem niemowlęcia? Czy pozwoliłoby to dobrze odczytywać jego potrzeby, karmić go według jego potrzeb, usypiać według jego kruchej fizjologii, a nie na rozkaz, nie wedle własnego widzi-mi-się? Dzieci rodzą się nie mając wokół siebie żadnych granic, a więc będąc szczególnie delikatne i wrażliwe na zranienia, bezbronne wobec innych, ale też wobec siebie samych. Stąd nasze naginanie się do nich, dyspozycyjność  jest dla nich dobroczynna. Są różne kobiety i różni mężczyźni.

Są różne związki. Znam takie pary małżeńskie, gdzie to ojciec jest bardziej matczyny: ma więcej wrażliwości, bardziej odczytuje bezsłowną mowę swojego dziecka, jest w swej cierpliwości bardziej oddany. Jednak najczęściej kobiety mają w sobie wiele tego „wychylenia” w stronę dziecka, otwartości, które wyrażają się w różny sposób, czasem zaskakujący dla nich samych.

Czyli zwalczać bezwzględnie tych cech nie ma sensu, bo są nam również bardzo potrzebne. Jednak jak widać jest ogromna potrzeba, by te cechy różnicować: bo o ile otwartość, dyspozycyjność względem własnego zwłaszcza maleńkiego dziecka jest bardzo potrzebna, o tyle w stosunku do przypadkowo spotkanego lekarza czy innej osoby mieć sensu już nie musi.

Stoi więc przed nami zadanie z jednej strony kształtowania własnej wrażliwości, opiekuńczości w stosunku do zaufanych osób, a z drugiej własnej wewnętrznej siły, pewności, odwagi, by wybierać to, co dla nas samych i dla naszych dzieci jest dobre, ważne, nie dając się zastraszyć autorytetom nawet tym groźnie patrzącym na nas z pozycji władzy np. szpitalnej, lekarskiej. Trzeba mieć tą siłę, by nie tylko świadomie zgodzić się lub sprzeciwiać zdaniu lekarza, ale by zacząć od zwykłego: „Dlaczego?” Stawiając to pytanie, wykorzystujemy prawo pacjenta do informacji o zdrowiu swoim i swoich dzieci, a zarazem równoważymy tą relację pacjent-lekarz. Lekarz mając obowiązek odpowiedzieć na nasze pytania dotyczące naszego zdrowia, badań, procedur medycznych, ich znaczenia, działania leków itp. musi się nam wytłumaczyć z sensowności swoich działań. My w ten sposób możemy dać sobie czas na przemyślenie sytuacji, skonfrontować to z własnymi przekonaniami, posiadanymi informacjami.

Właśnie bliska mi osoba poddała się serii bolesnych zastrzyków mających uśmierzyć jej ból. Niby zadziałało, ale dzięki temu dorobiła się interesującego skutku ubocznego: konieczności leczenia paskudnego zapalenia przyrannego. Brrr, nie opowiem Wam dokładnie, bo mnie ciary przechodzą jak sobie przypomnę.

A może dałoby się uniknąć tego typu typowo jatrogennych schorzeń, gdybyśmy się właśnie ośmieliły zadawać więcej pytań o możliwe skutki uboczne procedur leczniczych, badań, leków.

Z doświadczenia wiem, że choćby podczas rutynowego szczepienia dzieci lekarz ogranicza się do informacji o skutkach ubocznych „możliwa gorączka, możliwy obrzęk miejscowy” podczas gdy tychże w przypadku szczepień jest kilka stron (patrz: podręcznik „Wakcynologia”). Skąd więc taka oszczędność w informowaniu? Czy wynika ona wyłącznie z niechęci lekarza do wypowiadania się? Oczywiście, że nie! My też nie dopytujemy, poprzestajemy na małym, a więc zgadzamy się na bycie niedoinformowanymi, poinformowanymi w sposób niepełny, ograniczony bądź nawet rezygnujemy z jakichkolwiek informacji mając w zamian „święty spokój”.

O szczepionkach specjalnie nie zamierzam pisać, bo osobiście nie chcę zachęcać ani do szczepienia, ani do rezygnacji ze szczepień. Pisząc jednak o tym przykładzie łatwo zauważyć, że z wieloma badaniami, lekami jest podobnie.

Choćby KTG. Rutynowo podpinane do kardiotokografu rodzące matki muszą leżeć poprzypinane pasami najczęściej na plecach i przykute do łóżka na 20 minut, a czasem i cały poród, pomimo że często leżenie potęguje ich ból, a ponadto przyczynia się do niedotlenienia dziecka ze względu na ucisk naczyń krwionośnych doprowadzających tlen do dziecka. Ale czy pytamy dlaczego? „Żeby poznać pracę serca dziecka”- odpowie lekarz. „A przecież pracę serca można równie dobrze zbadać przy pomocy UDT-ki- przenośnego urządzenia, które nie wymaga leżenia, siedzenia. Po co więc ten uciążliwy kardiotokograf?” „W takim razie, żeby poznać częstotliwość i siłę skurczy macicy”- może argumentować lekarz. „Ale ja znam częstotliwość skurczy macicy, do tego potrzebny mi zegarek, a nie KTG!  A siłę skurczy czuję. Wystarczy mnie zapytać, a nie przywiązywać do łóżka!”

Z wieloma badaniami, procedurami jest podobnie. W szpitalach obowiązują procedury, standardy, ale zapomniana jest często sztuka położnicza, przedkładając nad nią wierność standardowej obowiązującej rutynie.

Katarzyna wpisując się do komentarzy stwierdziła, że zachęcam do walki z lekarzami. Jednak wcale nie taki jest mój cel. Jeśli to możliwe, to lepiej unikać walki, wrogości, nieprzyjaznych relacji. Personel medyczny to też ludzie z całym swoim bagażem zmęczenia, czasem wypalenia, a nierzadko mimo wszystko zachowujący wiele życzliwości, chęci pomocy. Stąd nie ma co z góry przekreślać tego typu pomocy, zwłaszcza że nie wiadomo, czy nie będzie nam rzeczywiście potrzebna.

Jednak swoje relacje z położną czy lekarzem lepiej opierać na relacji partnerstwa, a nie podległości. Dlaczego partnerstwa? Bo na czas porodu, ani jakiegoś leczenia nie stajemy się ubezwłasnowolnione, jeśli pozostajemy w kontakcie z własnym ciałem to pozostajemy ekspertkami co do własnej fizjologii czyli stanu zdrowia.

Typowa sytuacja podczas porodu. „Proszę się położyć do badania”- mówi lekarz. Często się jednak zdarza, że rodząca matka przeżywa wówczas skurcz. I jedna kobieta zaciśnie zęby i podda się grzecznie badaniu, pomimo że jest ono o wiele bardziej przykre w momencie skurczu, wszystko się w niej buntuje wobec tego. Ale inna kobieta przedstawi swoje stanowisko bez kompleksów: „Po skurczu. Teraz nie mogę się położyć, bo mam skurcz.” Lekarz dalej nalega na natychmiastowe badanie, ale kobieta rodząca jest nieustępliwa, choć przedstawia swoją decyzję przyjaźnie: „Za minutkę, bardzo proszę. Teraz nie mogę.”.

W szpitalu tak bardzo wchodzimy w rolę grzecznej pacjentki, że większość zaleceń przyjmujemy bezrefleksyjnie. A czy nie powinnyśmy być współdecydentami odnośnie własnego porodu, własnego dziecka? Rola „grzecznej pacjentki” w prosty sposób zdejmuje z nas odpowiedzialność. Potem powrót do domu bywa bolesny: bo się nagle okazuje, że niemal całkowita odpowiedzialność w rzeczywistości spoczywa na rodzicach i to oni i ich dzieci ponoszą skutki działań lekarzy, nawet jeśli w ogóle nie wnikali w ich sensowność, nie próbowali nawet o niej decydować. Taka zmiana bywa bardzo trudna, niepokojąca. Spotkałam się z relacjami matek, że były tym tak bardzo przytłoczone, że nie umiały sobie z tym radzić aż do popadania w stany depresyjne.

A czy nie byłoby sensowne od początku bardziej przejmować się rolą matki- osoby głęboko i aktywnie uczestniczącej w podejmowaniu decyzji dotyczących własnego dziecka niż być potem rzuconym na głęboką wodę? Oczywiście w różnych realiach może to być zadanie o różnym stopniu trudności. Są lekarze bardzo komunikatywni i chętni do współpracy z rodzicami, ale są i tacy, dla których są oni zawadą.

Tak więc nie zachęcam tu do żadnych walk na porodówce, ani na położnictwie, ale do zachowywania szacunku, wierności również dla siebie samej poprzez zachowanie wolnego wyboru, słuchanie przede wszystkim tego, co mówi nam własne dziecko, czego domaga się własne ciało, choć oczywiście może być to również we współpracy z personelem. Stając na porodówce nie stajemy się nagle ubezwłasnowolnione, niezdolne do decydowania o sobie- stąd narzucanie nam choćby pozycji do rodzenia jest przekroczeniem naszych praw. Warto o tym pamiętać idąc na porodówkę oraz o tym, że wiele położnych i położników zostało mistrzami w przełamywaniu naszych granic.



Mężna kobieta?

Dzisiaj podzielę się z Wami moją bieżącą lekturą. Czytam ją właściwie od dłuższego czasu, bo nie wszystkie książki da się i warto „połknąć w całości”. Z niektórymi trzeba się zmierzyć, przetrawić, przespać się albo i przesiedzieć parę nocy.

Ingrid Trobisch „Kobieta silna”

Dawno nie byłam tak urzeczona jakąkolwiek książką z pogranicza psychologii/doradztwa. Już bardzo ciekawą osobą jest sama autorka. I jej myśli i zebrane przez nią perełki skłaniają mnie do refleksji, że wspaniałym wsparciem dla młodszych kobiet mogą być właśnie kobiety starsze, doświadczone. Ingrid Trobisch korzysta więc i ze swojego doświadczenia żony, matki, ale także przeżytej żałoby i wdowieństwa.

Kilka cytatów, które przybliżą Wam ducha tej książki:

Kobiety „czują się wyobcowane ze swego wnętrza, ponieważ są odcięte od ważnych części samych siebie. To tak, jakby miały wielkie rezydencje, a mieszkały tylko w kilku pokojach.

W jeszcze innym miejscu znajdziemy:

„Jeśli jest ufność w siebie, to kobiece użalanie się nad sobą znika.” Efektem tej pewności siebie jest zamiast kobiety zranionej, kobieta piękna, której ego nie jest kruche jak cienka porcelana, lecz potrafi wytrzymać nacisk, podobnie jak hartowana szwedzka stal.

Jej rozmowa z bliską przyjaciółką, dla której ma dużo podziwu:

„Reinhildo, w jaki sposób uczysz się kochać?” „Pozwalając, aby mnie kochano”- brzmiała natychmiastowa odpowiedź.

W innym miejscu z kolei przeczytamy:

„Zawrzyj pokój z tym, kim jesteś- a to dotyczy też ciała, które wylosowałaś w loterii genetycznej przy narodzinach”.

Aby kochać to, że jest się kobietą, potrzebna jest postawa wdzięczności za to, co otrzymaliśmy. (…)

„Jeśli nie wierzycie w siebie, to kim będziecie? Lecz jeśli wierzycie wyłącznie w siebie, to do czego będziecie przydatni?”

W trudnościach dnia codziennego, problemach, ale też zwyczajnym poszukiwaniu- zajrzyjcie do tej lektury 🙂



„ludzie wszyscy podobni do siebie”

Przyrząd zwany ultrasonografem (w skrócie USG zwany) zrobił ogromną karierę. Lekarze czasem z nonszalancką pewnością informują na jego podstawie nie tylko o stanie zdrowia, ale i o płci dziecka.

Małżeństwo oczekuje narodzin dzieciątka. Starsze dziecko to synek. O tym młodszym dziecku w drodze dowiadują się na badaniu USG, że jest dziewczynką. Różowe sukieneczki i słodkie śpioszki są zakupione. Piękne imię dziewczęce też wybrane. Dziecko jeszcze ciche pod sercem, a rodzice do niego zwracają się po imieniu: „Michalink0!” Pięknie, osobowo rozwija się ta relacja.

Tyle że zgrzyt następuje w momencie porodu. Bo rodzi się chłopczyk. Będzie więc Michał, a nie Michalinka. Jednak przyzwyczajenie 5 miesięcy do mówienia „Michalinka” zostaje. Rodzice mówią dalej „Michalinka” do półtorarocznego dziecka, czasem Michał. Osoba z zewnątrz już głupieje, bo w końcu nie wie, czy ma do czynienia z dziewczynką czy chłopcem. Jak się zwracać do tego dziecka, skoro sami rodzice raz używają formy żeńskiej, a raz męskiej.

Czy lekarz uczynił przysługę tym rodzicom? Tak, niedźwiedzią. Ten kij ma dwa końce. I to nie jest odosobniony przypadek. Znamy też Piotrusia, co w różowych śpioszkach spał, bo też „miał być dziewczynką”. Na sali porodowej, na położnictwie rodzice często nie mogą się otrząsnąć ze zdumienia nad pomyłką lekarza. A czy należałoby się dziwić tym pomyłkom? Lekarz też człowiek, może się mylić.

Tego typu sytuacje utrudniają dziecku identyfikację z własną płcią, co jest potem bardzo ważne dla normalnego rozwoju jako dziewczyna lub jako chłopak. Co prawda współczesna kultura często stara się zatrzeć różnice między płciami, ich wagę, ale na szczęście zwykli rodzice spostrzegają je nadal. A spostrzegając doceniają najczęściej.

W swej książce „Prawidła życia” Janusz Korczak cały rozdział poświęca różnicom i podobieństwom między chłopcami i dziewczętami. I generalnie doceniając człowieczeństwo obojga kończy w następujący sposób:

„Zauważyłem, że tylko głupcy chcą, żeby ludzie wszyscy podobni byli do siebie. Kto rozumny, tego cieszy, że są na świecie: dzień i noc, lato i zima, młody i stary, że jest i motyl, i ptak, że są różne kolory kwiatów i oczów ludzkich, że są dziewczęta i chłopcy. Kto nie lubi myśleć, tego niecierpliwi rozmaitość, która zmusza do myślenia.”

Są rodziny, w których jest tylko synek lub tylko córeczka. Są takie, gdzie i syn, i córka przychodzą na świat. Są też rodziny powołane, by być przytulnym miejscem dla gromadki chłopców. Są też tacy małżonkowie, którzy są powołani, by być rodzicami dla swych córeczek.

Dlaczego?

Tajemnica. Niewiadoma, ale też Boży dar. Niespodzianka wykrojona przez Stwórcę na miarę tych konkretnych rodziców.

Czasem ciocie, wujkowie, znajomi zapytają starszego rodzeństwa: „A chciałbyś mieć braciszka czy siostrzyczkę?” „Chciałbym mieć tego, kto tam mieszka już u mamusi w brzuszku”- odpowie już uświadomione starsze dziecko. Ale maluch jest bezbronny wobec takiego pytania. Robi się krzywdę dziecku tak pytając, bo wykształca w nim oczekiwanie tego, co mówi jego chcenie. Tak jak się pyta: „Wolisz gofra czy loda?” Dziecko odpowiada licząc, że dostanie to, o czym mówi.

Warto więc uświadamiać swoje dziecko, jeśli zdoła pojąć, „że to już jest chłopczyk albo dziewczynka, tylko my tego nie wiemy; Pan Bóg zaplanował dla nas kogoś, kto jest nam potrzebny i komu my jesteśmy potrzebni do kochania„.

Nie jestem zwolenniczką tak popularnego dowiadywania się płci podczas badań USG. Lekarz zamiast skupić się na stanie zdrowia rozprasza się sprawami mniejszej wagi na tym etapie życia. Rodzice zamiast z ekscytacją czekać na narodziny czekają na już wiadome, znajome. Czytałam kiedyś o badaniach, które pokazywały korelację (współistnienie):

  • znajomości płci i dłuższego parcia (II fazy porodu);
  • nieznajomości płci dziecka i krótszej fazy parcia.

Coś w tym jest. Na pewno nie wyczerpuje to bogactwa zjawiska, ale pokazuje, że być może jesteśmy skłonne więcej trudu włożyć w poród, żeby poznać własne dziecko, gdy nie znamy jego płci. Zastanawiające.

Czy płeć dziecka jest ważna? Na pewno nie najważniejsza, ale ma jednak głęboki sens, którego nie trzeba pomijać, żeby dobrze wychowywać młodego człowieka.



Wielki krzyk

Opowieść Justynki.

Pierwsze cesarskie cięcie i ogromny strach przed drugim porodem naturalnym. Gdy kolejne dziecko poczęło się, mama niewiele myśląc umówiła się na drugą cesarkę na jej życzenie, choć oficjalnie nie istnieją one na liście szpitalnej.

Już po zakończonej operacji w wyznaczonym dniu (bez uprzedniej akcji porodowej) i po wybudzeniu matki dowiaduje się ona od personelu szpitalnego, że po wyjęciu dziecka z brzucha zaczęło ono przeraźliwie krzyczeć, piszczeć do tego stopnia, że przeraziło to nawet personel lekarzy. Bez powodzenia próbowano je uspokoić przez bardzo długi czas.

Dopiero po tym incydencie zakiełkowała refleksja. Jak czuło się moje dziecko, że tak przeraźliwie krzyczało? Co musiało przeżywać, gdy wyciągnięte zostało z brzucha bez żadnego przygotowania, uprzedzenia? Dlaczego było tak przerażone?

Czym jest dla dziecka cesarskie cięcie bez uprzedniej akcji porodowej? Dziecko może np. spać wtedy. Jak my byśmy się czuli, gdyby ktoś nas w czasie snu zaczął wyszarpywać raptownie z naszego domu, odcinać gwałtownie dopływ tlenu? To jest niesłychany koszmar.

Czym innym jest cesarskie cięcie po uprzedniej akcji skurczowej: wówczas i ciało matki, i dziecka przygotowują się do przejścia narodzin. Dziecko jest aktywnym uczestnikiem tego przejścia: ono aktywnie pracuje nad własnym narodzeniem się, odpycha się nóżkami, kręci głową, obraca się całym ciałkiem. Nie śpi w czasie porodu, zwłaszcza jego końcówki, ale aktywnie dąży do wyjścia na świat.

My jako matki powinnyśmy czuć się odpowiedzialne za inne kobiety, by nie powiększać w nich tego strachu przed porodem naturalnym, by oswajać je z tymi przeżyciami w sposób łagodny, spokojny i rozsądny. W przyszłości nasze przeżycia zapewne będą też ważne dla naszych córek, synowych. Czy będziemy umiały je wspierać, dodawać otuchy, a nie straszyć?

Niejedna kobieta właśnie z powodu tego strachu, różnych kłębiących się obaw nie pozwala się rozwierać swojej szyjce macicy. Wtedy łatwo lekarzom postawić diagnozę: dystocja szyjkowa czyli szyjka nie rozwiera się.  Ale dojść do przyczyn takiego stanu rzeczy już jest o wiele trudniej. Która położna i lekarz zatroszczy się o przeżycia rodzącej, zapyta czego się boi, co ją niepokoi? I zaradzi tym lękom?

Warto być odpowiedzialnym za inne kobiety, by nie zarażać ich własnymi obawami, strachami przed naturalnym porodem. Cesarskie cięcie zawsze jednak pozostanie poważną operacją, niezależnie od naszych poglądów na nie.

Przed porodem najstarszej córy też zetknęłam się z radosną niefrasobliwością opowieści. Kobieta, która sama była po cesarskim cięciu (po uprzednich skurczach) zaczęła mnie straszyć, że poród jest jak przeciśnięcie arbuza przez dziurkę od klucza. Zdenerwowała mnie tym strasznie, pamiętam, na szczęście już wtedy pomocą była mi wiedza zwłaszcza dostarczona przez książki prof. Włodzimierza Fijałkowskiego i jego wykłady (na kilku miałam szczęście być). W tym obrazie, który miał mnie przestraszyć nie ma krzty prawdy. Otóż poród nie jest przeciskaniem arbuza przez dziurkę od klucza, bo dziecko ma główkę o wiele mniejszą niż arbuz. Natomiast szyjka macicy rozwiera się do średnicy ok. 10cm, podczas gdy główka dziecka jest niewiele większa, jest adekwatnej wielkości.

Największym wsparciem odnośnie porodu były właśnie rozmowy z ludźmi i lektura książek takich autorów, dla których poród nie jest patologią, ale zjawiskiem fizjologicznym czyli objawem zdrowia. W tym też kierunku warto wspierać inne kobiety ukazując im piękno, radość porodu, zdrowe wzorce postępowania. Oczywiście o możliwych patologiach też można rozmawiać, ale na pewno nie po to, żeby kobiety straszyć, ale żeby miały na tyle odwagi, by stawić czoła możliwym trudom czy nawet przeciwnościom.



Nie pisałam…

Nie pisałam kilka dni, ponieważ żywe spotkania zdominowały mój krajobraz.

Dziękuję za nie, nawet nie wiecie jak bardzo jesteście mi potrzebne.

Tak właśnie myślę: zwykle podkreśla się, że kobieta potrzebna jest mężczyźnie i mężczyzna kobiecie jako wzajemne dopełnienie. Ale również kobieta jest potrzebna kobiecie choć w inny sposób:

„Zmieniłyście mnie. Kiedy przyszłam tu po raz pierwszy , moje serce było twarde. Teraz to sobie uświadamiam. Jednak sposób, w jaki wyciągnęłyście do mnie rękę, wasza wrażliwość na Boga, którą dostrzegłam w waszym życiu, łzy, uściski – to wszystko skruszyło moje serce. Naprawdę nie myślałam, że coś takiego może się zdarzyć (…)” Dee Brestin „Kobieca przyjaźń – prawda czy mit”

Tak właśnie czuję, że każde ze spotkań mnie zmienia i dodaje odwagi. Czasem wychodząc za mąż nam kobietom się wydaje, że skoro mąż jest jedyny, jest zarazem ukochanym przyjacielem, to jest w stanie zapewnić nam 100% wsparcia psychicznego. Bardzo szybko się rozczarowujemy, mając takie oczekiwania: bo jest on tylko słabym człowiekiem jak i my, z ograniczonym czasem i pojmowaniem. I choć powinien nas wspierać, to nawet w szczęśliwym związku nie jest w stanie dać nam pełnego wsparcia, ponieważ sam też go pragnie, ponieważ potrzebujemy również innych: przyjaciół, dalszej rodziny, znajomych.

Zresztą będąc mężczyzną, ma prawo nie rozumieć do końca specyfiki kobiecego doświadczenia.Kobieta pozostaje dla niego jednak w dużej mierze tajemnicą i to jest wartościowe, bo może być dla niego interesująca, pociągająca.

Jednak doświadczenie siostrzane, matczyne pozostanie dla niego swego rodzaju tabula rasa. Uczenie się wspierania kobieta-kobiety jest niezmiernie ważne. Jestem głęboko wdzięczna tym kobietom, z którymi mogłam przegadać dni i noce, spędzić ten czas na wsłuchiwaniu się i otwieraniu swojego serca. Wiele się dzięki temu nauczyłam.

Dużej otuchy mi to dodaje. Również pewnego wzoru dla wychowywania córek. Jestem głęboko przekonana, że trzeba własne córki uczyć właśnie takiej głębokiej lojalności względem innych dziewczyn, kobiet, żeby były dobrymi siostrami, przyjaciółkami. Żeby też uniknęły w przyszłości niezmiernie przykrego uwikłania w cudzy związek przez odbijanie cudzych chłopaków, cudzych mężów, rozbijanie cudzych rodzin, żeby były kobietami, na które można liczyć w życiu, a nie których trzeba się bać.

Choć i tak nie zawsze udaje nam się tak kształtować własne życie, jakbyśmy chciały, a cóż dopiero mówić o życiu własnych dzieci. Poruszył mnie cytat, na który się dzisiaj natknęłam. Można go też do sfery naszych relacji zastosować:

„zwyciężyć i spocząć na laurach to klęska, być zwyciężonym, a nie ulec, to zwycięstwo” J.Piłsudski