Pośpiech w usamodzielnianiu

Najwięcej rad zarówno w książkach, czasopismach jak i kontaktach społecznych można uzyskać na temat usamodzielniania dziecka:

  • począwszy od usamodzielniania fizjologii: jak nauczyć szybko samodzielnie spać, siusiać, jeść itp.;
  • po usamodzielnianie nauki: najlepiej, gdy jak najwcześniej samo się dziecko bawi, ubiera, ogląda, słucha itd.

Tego typu rady biorą sobie do serca już rodzice bardzo małych dzieci nie licząc się nieraz z ich kruchą wrażliwością, niedojrzałością, która nieraz nie toleruje jeszcze samodzielności.

Na kursie „wychowania rodziców”, w którym akurat bierzemy udział z mężem ostatnie zajęcia poświęcone były właśnie rozwijaniu samodzielności. Widziałam wówczas wypieki, z jakimi uczestniczyli w tych zajęciach rodzice półtorarocznych maluchów. Zastanawiam się na ile zaczerpną z tych zajęć.

Generalnie zachęcanie do samodzielności jest w porządku, o ile bierze ono pod uwagę dojrzałość, możliwości dziecka.

Czasami mogą się okazać przydatne metody służące zachęcie do podjęcia przez dziecko samodzielności, ale czasami stwarzają one więcej niepokoju, utrudnień w relacji rodzic-dziecko:

  • pozwalanie dziecku na wybór: „Wolisz spódnicę niebieską czy różową?”; dla 3-latka czy 4-latka to może dobra alternatywa, ale dla dziecka 2-letniego to stawianie go w sytuacji przerastającej jego zdolności zwłaszcza emocjonalne; i dla dorosłego rozwiązywanie takiego konfliktu motywacyjnego może być bardzo trudne, gdy chodzi o bardzo istotną kwestię, o różne alternatywy bardzo kuszące; dla tak małego dziecka niemal wszystko jest bardzo ważne, wszystko jest pociągające; rodzice rozumiejący psychikę takiego malucha będą mu oszczędzać tego typu „utrudniania” życia dając wybór jednokierunkowy: „Chcesz tę niebieską spódnicę?”; dziecko może wtedy odpowiedzieć: „Tak, chcę.” Choć może powiedzieć: „Nie, chcę różową.” Nie zawsze dawanie wyboru maluchowi jest zresztą rozsądne, są sytuacje, kiedy dziecko czuje się lepiej, bezpieczniej, gdy rodzic swoim pewnym wyborem ukierunkowuje jego zachowania.
  • reagowanie z szacunkiem na borykanie się dziecka z trudnościami; np. sytuacja, gdy dziecko biedzi się z zakładaniem buta: „Te buty rzeczywiście z trudem wchodzą na Twoją nogę. Czasem łatwiej jest je wkładać, gdy nogę stawiamy na pięcie.” Ta akurat metoda bardzo mi się podoba, ponieważ uczy rodzica dużej dozy empatii, a zarazem dając możliwość samodzielności, udziela się też niezbędnej pomocy, podpowiedzi do rozwiązania trudnego zadania. Jednak ograniczeniem tej metody będzie jej werbalizm. Im mniejsze dziecko, tym więcej potrzebuje przykładu, tym mniej słownych wskazówek. Dla młodszego dziecka można by więc zastosować tę metodę: „Zobacz, tak się wkłada buta: stajemy na pięcie. Teraz ty spróbuj.”
  • Bez zadawania zbyt wielu pytań. Takie konkretne wskazówki nie zawsze się sprawdzają. Wydaje mi się, że niekiedy intuicja rodziców pozwoli bardziej dotrzeć do dziecka niż jakieś rady „przygotowane dla ogółu”, nie znające natomiast konkretów.
  • Nie warto śpieszyć się z dawaniem odpowiedzi. Czy rzeczywiście? Owszem nadchodzi taki moment, że dziecko dalej pyta, ale zaczyna uważać, że samo wie lepiej. Pamiętam moje rozmowy z 5-letnią Lidzią i Danielem, po których pytałam ich: „Po co w takim razie pytasz, skoro sam/-a uważasz, że wiesz lepiej?” W takim wieku rzeczywiście warto odpowiadać pytaniem na pytanie: „To bardzo ważne pytanie. A jak myślisz, jak można na nie odpowiedzieć?” Jednak pytające roczne, dwuletnie dzieci często powtarzają bez końca te same pytania, bo zwyczajnie potrzebują utrwalić sobie odpowiedź, nauczyć jej się, potrzebują czerpać od rodziców. No i chyba warto być źródłem wiedzy dla własnego dziecka dopóki ono chce od nas czerpać, a nie będzie trwało to wiecznie. Choć i dla małego dziecka po 12 pytaniu o to samo i 12 odpowiedzi, czasem warto odbić pałeczkę, by zobaczyć, co dziecko zapamiętało, zrozumiało.
  • Zachęta do korzystania z doświadczeń innych osób, innych źródeł. „Ciekawe, co na ten temat jest napisane w internecie?” Jednak nie lekceważyłabym tego, że skoro dziecko pyta i to pyta nas, tzn. że nam ufa, że oczekuje odpowiedzi, pomocy, wsparcia, a nie wymigania się od odpowiedzi, rozwiązania. Skoro widzi w nas autorytet zdolny do udzielenia wsparcia, odpowiedzi, to czasem będzie dla niego zawodem odwoływanie się do innych osób, źródeł.
  • Nie zabieranie nadziei dziecku. „Chciałbym być pogromcą dzikich zwierząt!.” „Widzę, że interesują Cię dzikie zwierzęta.” Jednak rodzic to nie kolega, który będzie poklepywał zawsze po ramieniu. Czasem cenniejsza może się okazać realistyczna uwaga dotycząca predyspozycji, możliwości dziecka. Rodzic znając dziecko tak dobrze, może ukierunkować realistyczniej, sensowniej, choć oczywiście nie jest alfą i omegą. Na pewno warto być entuzjastą własnego dziecka, bo to mu dodaje skrzydeł. Jeśli dziecko jednak w domu nie dowie się, że nie każdy pomysł jest do zrealizowania, prędzej czy później zostanie sprowadzony na ziemię.

Czasami ucząc dziecko samodzielności zapominamy, że mogą być wartości większe. Prędzej czy później dziecko nauczy się i samo jeść, i ubierać, i uczyć, ale warto nie nauczyć dziecka przy okazji, że w tej samodzielności nie można nawet liczyć na wsparcie, pomoc rodziców. Wychowując do samodzielności nie warto zapominać, że powinna to być nauka podana z życzliwością. Podana bez życzliwości, liczenia się z kruchością, indywidualnymi możliwościami dziecka rodzi w małym człowieku bunt i niezgodę.


Jedna odpowiedź do wpisu “Pośpiech w usamodzielnianiu”

  1. wewassige napisał(a):

    nalezy sprawdzic:)

Zostaw odpowiedź