Archiwum kategorii ‘ogólne zamyślenia’


Więź a więzi

IMG_1309

-Znowu ta głupia wiosna! I te kwiatki niepotrzebnie kolorowe wyłażą z każdej dziury w ziemi!- mówi człowiek, dla którego kolejna pora roku to powód do narzekań, do irytacji, do poczucia uwięzienia przez naturę w cyklu bezsensownych następstw.

-Oddycham tą wiosną! Jak bardzo się cieszę, że każdy dzień napełnia się powoli zielenią i światłem!- wzdycha głęboko ten, który czuje nie więzi, ale więź z przyrodą.

Taka niby mała różnica: więź a więzi.

Różnica jak między entuzjastą a więźniem.

Taka reminiscencja z kongresu o rodzinie, który dane mi było wysłuchać.

Karmienie, opieka nad dzieckiem, wychowanie go może być odczuwane jak więzi gnębiące nas, ale może być też docenione jako spajająca więź miłości. Wybór należy do nas.



Teoretyczna kwestia? Nie! Żywy konkretny człowiek.

IMG_1298

Rebecca Kiessling poczęła się na skutek gwałtu. Ma 3 córki i 2 adopcyjnych synów. Dzieci nie były chronione przed jej historią życiową, miały możliwość słuchać jej wykładów. Któregoś razu 6-letnia córeczka pyta mamy, jak się pisze „poczęcie”. Okazało się, że dziecko pisze książkę.

Napisało tam:

„Poczęcie wskutek gwałtu nie jest złe, bo to jest moja mama.

To gwałt jest zły i aborcja jest zła.”

Wstrząsnęło mną, jak lapidarnie nieduże dziecko potrafi ująć i zrozumieć to, czego tak wielu dorosłych nie potrafi pojąć na czele z Gazetą Aborczą.

Niby dorośli, a nie potrafią pojąć, że aborcja na kobiecie, którą zgwałcono jest gwałtem dodanym do gwałtu.

„Wszystkie inne prawa nie mają sensu, jeśli nie ma się prawa do życia”- mówiła Rebecca.

Wczorajszy jej wykład na KUL ma być opublikowany na YouTube- z całą pewnością wart obejrzenia.



Historia 3 granatów

IMG_1264

Żołnierz miał w kieszeni 3 granaty. Pocisk był blisko, ale jednak trafił w niższą część nogi,  nie w pociski. Dzięki temu ocalał cały oddział. Dzięki temu jest ten blog, bo każdy potrzebuje jakiegoś dziadka. Każdy potrzebuje jakiegoś ojca, jakiejś matki, którzy mieli żywych rodziców. Choćby niedługo.

Czytając historię Polski i wydobywając mozolnie historię swojej rodziny, dochodzę do wniosku, że większość (wszyscy?) z nas jest ocaleńcami. Bo jakiś pradziadek, prababcia, jakiś dziadek, jakaś babcia musieli przeżyć czas zagłady, zawieruchy wojennej, przemarsze wojsk, bitwy, powstania, rzezie, obozy, głód, czas rozpaczy. Czas PRL, gdzie strach czaił się podskórnie.

I ciekawe, że do niedawna historii w szkole było tak tragicznie mało, że dzieci i młodzież nie miały możliwości poznać najnowszej historii. Tej, która umożliwia zrozumienie bieżącej polityki. Starożytność dokładnie i ze szczególikami, współczesność- szybko i bez żadnej głębi lub wcale. Bo przeładowany program.

To, co ważne młody człowiek dowiaduje się w domu, nawet jeśli chodzi do szkoły (lub nie dowiaduje się wcale). W szkole dowiaduje się „uśrednioną papkę”, nadającą się dla wszystkich opcji politycznych, religii i dla nikogo.

Chyba, że trafi na nauczyciela z powołania i pasjonata.

„Prawda nas wyzwoli”.

Szukamy jej też na drogach historii

Opatrzność trzyma nas w ręku, choćbyśmy tego nie widzieli…



W kosmos, do dżungli, na piaski

 

FullSizeRenderCzasem każda z mam przeżywa chęć wystrzelenia swoich miłych dzieci w kosmos (a propos komentarzy). Ja też jestem pewnie pierwsza w tej dziedzinie. Więc tym bardziej muszę się uczyć przeciwdziałań.

O ile jednak łatwiej, gdy na dworze czeka słońce, chmury, drzewa, krzewy i powietrze. Wtedy dzieci chętnie wystrzelają, co sił w nogach na świeże powietrze.

I robią zdjęcia jak powyżej.

Dlatego domy na wsi dają się lubić.

Ale też dzieci napotykają na swojej drodze osoby, które zaczynają lubić coraz bardziej. I wtedy też wystrzelają do nich z radością: do babci czy dziadka, przyjaciela czy sąsiadki.



Co powiedział dzieciom cytrynek latolistek?

IMG_1209

Buty na wiosenną przygodę

i błotnistą modę 🙂

Dzieci chwytając promienie od rana spotkały pierwszego motyla- cytrynka latolistka.

Co im powiedział cytrynek:

  • Że życie jest piękne.
  • Że warto być tym, kim Pan Bóg stworzył.
  • Że wiosna nadchodzi wielkimi krokami.
  • Że radość przemienia świat i nic nie będzie takie, jak dotychczas.


Dzieci potrafią być cierpliwsze

FullSizeRender(1)fot.: I.K.

-No, chodź, ubierz się! Zaraz wychodzimy.- powtarza sfrustrowana mamuśka po raz czwarty.

I pomimo, że przerabiała z dzieckiem już różne metody ubierania:

  • rękawki i nogawki są tunelami, którymi mkną rącze koparki;
  • dźwigi wciągają  na różne piętra kalesony i spodnie, opuszczają podkoszulki;
  • króliki chowają się do nor, a potem robią „a kuku” z wylotu jamy-mankietu itd.,

to on i tak na drzewo mamie ucieka.

Nie ma to jednak jak mieć rodzinę wielodzietną. W takiej patologicznej 😉 rodzinie już 6-latek umie ubierać 3-latka. A 10-latka umie zachęcić swojego braciszka, żeby nałożył „swoją sierść, jak przystało na drapieżnika” lub, żeby „zmienił karoserię, bo poprzednia musi iść do blacharza”.

Dzieci w wymyślaniu zabaw dla dzieci są nie do pokonania. Chyba że już uważają się za nastolatki lub dorosłe.

Wszyscy potrzebni wszystkim.



Słowo Boże- płonie, a nie niszczy

zdjecie2

„Zbierzcie lud,

zwołajcie świętą społeczność,

zgromadźcie starców,

zbierzcie dzieci

i ssących piersi!

(…)

Niech mówią:

Przepuść, Panie, ludowi Twojemu

i nie daj dziedzictwa Twego na pohańbienie,

aby poganie nie zapanowali nad nami.” Jl 2, 16-17

 

Kto jest potrzebny na wspólnej modlitwie?

I my staruszkowie 😉 i ssący piersi, i dzieci małe i duże.

I w niczym modlitwa małego nie jest gorsza niż starszego skostniałego z powagi- każdą słyszy i przyjmuje Pan Bóg.

A małe dzieci z taką radością przyjmowały popiół na swoją głowę- miały ochotę fiknąć koziołka z tego powodu. Tak sobie myślę, że to z powodu zaufania- przecież Pan Bóg nie daje im złego popiołu! Nie jest czarownicą z zakrzywionym nosem, który czyha tylko jak by nam dopiec. Jest tym, który daje same dobre rzeczy. I popiół nawrócenia, zniszczenia tego, co stare i radość ze Zbawienia.



O in vitro czyli szkodzeniu własnym i cudzym dzieciom

Pierwszym i podstawowym prawem dziecka jest prawo do życia co oznacza zarazem prawo do kołyski matczynego łona.

Czym się może skończyć eksperymentowanie z dzieckiem w tej najwcześniejszej fazie życia, można przeczytać w arcyciekawym wywiadzie z genetykiem:

Życie, ech życie…



Słońce i witamina D3

Szkoła i edukacja domowa.

Chodzi za mną ten temat, zwłaszcza że naczytałam się ostatnio piramidalnych głupstw na temat edukacji domowej i swojej rodziny. Uczestniczyłam w 2 spotkaniach na ten temat.

Szkoła oczywiście jest potrzebna, ale generalnie uśrednia ona i nawet gdy w klasie jest kilkoro uczniów, nauczyciele potrafią twierdzić, że nie mogą indywidualnie pracować z dzieckiem. Ci, którzy nie mają możliwości, chęci kształcić swoje dzieci oczywiście z pewnym pożytkiem mogą wykorzystać szkołę, ale nawet niezbyt dobra edukacja w domu daje o wiele większe możliwości kształcenia twórczości, skupienia, poznawania i rozwijania własnych talentów.

Takie sytuacje, które pokazują czym się różni edukacja domowa od klasowej.

Sytuacja nr 1.

W szkole czyta się moralizujące wierszyki, opowiadania o pomaganiu mamusi, a potem zadaje tyle prac domowych, że dziecku nie chce się nic w domu robić. W domu po prostu uczy się, że obowiązki domowe są istotne i nie można się od nich wymigiwać.

Sytuacja nr 2:

Wystawa osteologiczna (tzn. ekspozycja kości) podczas festiwalu nauk. Dzieci uczące się w domu oglądają wystawę ok. 40 minut, czytają, porównują, pytają, rozmawiają na jej temat. Generalnie ogląd w ciszy, skupieniu. W pewnym momencie wpada klasa szkolna. 10 minut takiego hałasu, że myśli trudno zebrać nawet dorosłej osobie, a cóż dopiero dziecku. Po 10 minutach wychodzą, co dzieciaki uczące się w domu przyjmują z wielką ulgą. Wreszcie mogą w skupieniu dalej porównywać, poświęcać swój czas kolejnym szkieletom.

Sytuacja nr 3:

Sympozjum na temat bitwy w miejscowości, nieopodal której mieszkamy. Spędzam tam z synem pół dnia słuchając wielu ciekawych wykładów. Rozmawiamy z wykładowcami. Oglądamy mundury, uzbrojenie, inne znaleziska  i rozmawiamy na temat eksponatów i ich pozyskiwania. Na jeden z wykładów przychodzi klasa szkolna. Nie wydają się zainteresowani tematem, część rozmawia podczas prelekcji. Po jednym wykładzie bez pytań, bliższego zainteresowania się towarzyszącą ekspozycją, wracają w mury szkolne.

Sytuacja nr 4:

Jedna z rodzin uczących się w domu organizuje wielotygodniowe warsztaty mnemotechniczne, z których korzystają i dzieci, i rodzice.

Dzieci chodzące do szkoły generalnie nie uczą się, jak się efektywnie uczyć. Bo nauczyciele pędzą z materiałem i narzekają wiecznie, że z nim nie zdążą.

Kolejna kwestia:

Lektura. Dzieci uczące się w szkole (w większości) z ledwością czytają pojedyncze lektury. Z kolei większość dzieci uczących się w domu czyta całe serie książek, jest stałymi bywalcami bibliotek lub kolekcjonerami książek, audiobooków itp.

Ktoś powie: bzdura! Są też dzieci uczące się w szkole, które mnóstwo czytają. Zgoda! Ale skąd to wynoszą? Czy ze szkoły? Rzadko. Zazwyczaj wynoszą to z domu, a w szkole tylko kontynuują zamiłowanie wyniesione z domu.

Zarzuca się dzieciom uczącym się w domu brak socjalizacji. Będąc mamą wielodzietną, widzę, że zsocjalizowane dobrze mogą być i te dzieci uczące się w domu, i te w szkole. Bardziej to zależy do ich predyspozycji osobistych niż miejsca nauki.

Mitem na temat edukacji domowej jest, że dzieci uczące się w ten sposób, kształcą się tylko w murach swojego domu.

Od kiedy zaczęliśmy kształcić dzieci poza szkołą, okazało się, jak wielki świat stoi przed nami otworem. Korzystaliśmy nie tylko z nauki w domu, ale również:

  • z nauki w domach zaprzyjaźnionych rodzin z ED;
  • z różnorodnych warsztatów, których wiele oferują obecnie domy kultury, biblioteki, pracownie, festiwale;
  • z bogatej oferty pogłębiania zainteresowań, wiedzy, jaką obecnie przedstawiają otwarte uniwersytety, kids uniwersytety, festiwale nauki;
  • z koncertów, przedstawień;
  • z lekcji w parkach, ogrodach botanicznych, lasach, muzeach, w plenerze, podczas wycieczek np. rowerowych;
  • z zajęć harcerskich;
  • z nauki gry na instrumentach;
  • ze spotkań z ciekawymi osobami, wyjazdów.

W pewnym momencie jedno z moich dzieci miało wręcz przesyt tych wyjazdów i zajęć eksterytorialnych. Jeśli mogło, to wybierało zajęcia w domu lub w znanych lubianych miejscach, w których miało swoje własne zainteresowania, poszukiwania lub po prostu wolało się zaszyć z książką.

W szkole uczy się o tym, jak to warto dużo przebywać na świeżym powietrzu. W ramach edukacji domowej, gdy słońce świeci łapie się jego złote promienie garściami ucząc się na dworze, na spacerze, na tarasie czy balkonie. Biega po dworze do utraty tchu zwłaszcza w te dni, gdy słońce jest na wagę złota.

Generalnie i jeden i drugi sposób edukacji jest potrzebny. I w jednym, i drugim nauczyciele-pasjonaci są na wagę złota. Jednak w domu dziecko ma na stałe kochającego nauczyciela, jeśli choć trochę uczy go rodzic. A rodzic musi się nawracać, żeby kochać coraz bardziej.



Uczenie się życia

2 ciekawe spotkania o edukacji domowej.

I chociaż temat ogarniamy lub nie ogarniamy na co dzień, zawsze coś się można dowiedzieć nowego lub wysnuć jakiś wniosek, który wcześniej tylko pukał nieśmiało.

Czym jest edukacja domowa/pozaszkolna:

  • otwarciem dzieci na twórczość; ile ciekawych pomysłów mają dzieci nie chodzące do szkoły!
  • uczeniem się rodziców i ich rozwojem;
  • realizacją marzeń w rodzinie i szukaniem sposobów ich realizacji.

Ile radości jest w zwyczajnym życiu!  Szkoda czasu na szkołę, gdy życie puka do drzwi 🙂

W szkole uczy się o środkach stylistycznych. Dzieci uczące się w domu- po prostu je stosują pisząc wiersze. Nieważne czy w wieku 5 lat czy 10. Co więcej dzieci uczące się w domu z różnych nudziarskich rzeczy, które chcąc nie chcąc muszą się nauczyć do egzaminu, potrafią zrobić świetną zabawę.

Po jednym ze spotkań o ED zakupiłam: „I nigdy nie chodziłem do szkoły” Andre Stern

Warte poznania, choć nie do końca ma to zastosowanie w polskich realiach. Bo nasze dzieci są zobowiązane do zdawania egzaminów na koniec roku szkolnego, a autor tejże pozycji nie podlegał takim wymogom. Cudne pole do twórczości jednak pozostaje wspólnym mianownikiem.

Czytam sobie podręcznik do przyrody z moją córką. I cóż widzę? Podany jest na talerzu ogryzek wiedzy. Pozbawiony jednak tego co najważniejsze. Roztkliwiając się nad ochroną wody, gleby, powietrza, zwierzątek, zapominają podać, że ochrony przed chemikaliami, ludzkimi pestycydami potrzebuje przede wszystkim człowiek. Im mniejszy człowiek, tym bardziej narażony na żrące działanie braku miłości.

Ekologię powinniśmy zacząć od siebie samych. Od chronienia najmniejszych w łonie ich mam.