Archiwum kategorii ‘Stan błogosławiony’


Wywiad porodowy- tortury standardowe

Kiedy przyjeżdża się do porodu, można się spodziewać, że zapytają Cię o:

  • dokumenty (kartę ciąży, dowód, wyniki badań: morfologia, mocz, cukier, grupa krwi, WR, Hbs, USG, legitymacja ubezpieczeniowa);
  • adres;
  • numer telefonu do Ciebie, Twojego męża;
  • osobę upoważnioną do informowania na temat Twojego i dziecka stanu zdrowia;
  • zawód Twój, Twojego męża, miejsce pracy;
  • data i miejsce urodzenia rodzącej mamy i jej męża;
  • przebyte w czasie ciąży choroby;
  • czy chorowało się na gruźlicę, żółtaczkę, inną zakaźną chorobę (różyczkę itp);
  • czy w ciągu ostatniego pół roku leczyło się zęby;
  • o palenie i picie alkoholu w ciąży;
  • o brane leki w czasie ciąży, zwłaszcza w ostatnim czasie;
  • o choroby sprzed ciąży (np. tarczycy, cukrzyca itp.);
  • o zalecenia lekarskie od specjalistów;
  • dotychczasowe ciąże, poronienia, starsze dzieci (daty urodzenia, wagę urodzeniową), historię położniczą, przebyte zabiegi itp.;
  • uczulenia, zwłaszcza na leki;
  • pewnie jeszcze inne rzeczy (może ktoś mi przypomni- byłabym wdzięczna).

W bardziej cywilizowanych krajach ten wywiad można udzielić przed porodem. U nas jest w zwyczaju torturować kobiety tym wywiadem w trakcie porodu w większości szpitali. Bo takie są standardy.Trzeba powiedzieć wyraźnie są to standardy będące niekorzystne dla rodzących mam.

Jeśli mama ma takie oczekiwania, życzenie, to mogę jako doula za nią udzielić tego wywiadu, jeśli tylko podzieli się ze mną tymi informacjami przed porodem, może to złożyć na męża. Jeśli nie przedsiębierze jakiś środków, bierze na siebie informowanie personelu o tych sprawach zazwyczaj na Izbie Przyjęć.

Jeszcze innym rozwiązaniem byłoby spisać te informacje i w formie pisemnej podarować personelowi, żeby pozwolił nam rodzić, a nie przeprowadzał z nami wywiad w czasie, kiedy my potrzebujemy rodzić, a nie rozmawiać.

Słuszną reakcją mamy rodzącej na taki wywiad byłby okrzyk: „Dajcie mi święty spokój, nie wiem, czy nie zauważyliście, ale ja rodzę i nie mam ochoty w tym momencie na pogaduszki o starszych dzieciach i przebytych chorobach”.

Przepytywanie mamy rodzącej w trakcie porodu jest dla niej bardzo niekorzystne co najmniej z kilku względów:

  • uaktywnia korę nową, której to pobudzenie utrudnia, a wręcz przyhamowuje (może choć nie musi) proces porodowy; za rodzenie się są odpowiedzialne starsze, bardziej prymitywne rejony mózgu;
  • kiedy mamy skurcze porodowe odczuwane mniej lub bardziej boleśnie, nie ma się ochoty na rozmowy; im większy postęp porodu, tym większa odczuwalność- tym bardziej nie powinno się kobiety męczyć przepytywaniem;
  • zadawanie serii pytań może (zwłaszcza na wczesnym etapie porodu) wręcz poród całkowicie zatrzymać- jest to tzw. efekt izby przyjęć, zanikają skurcze po przyjeździe do szpitala; cóż, szyjka macicy jest mięśniem zwieraczem, a my jesteśmy tak zbudowane, że kiedy otwieramy mięśnie zwieracze potrzebujemy intymności, skupienia, a nie wywiadu (analogia do mięśnia zwieracza odbytu); kobieta przepytywana może swój mięsień szyjki macicy zamknąć, zwłaszcza jeśli jest to połączone z bolesnym badaniem.

Zachęcam mamy przygotowujące się do porodu, by przygotowały w formie pisemnej odpowiedź na w/w pytania i wręczyły go na Izbie Przyjęć- nie pozwoliły się dodatkowo męczyć w czasie porodu. Aby nie pozwoliły odwracać swojej uwagi od porodu, rodzącego się dziecka- tylko dlatego, że takie są standardy szpitalne i trafiliśmy na taśmę produkcyjną szpitala.

Drugi taki sam poród nam się nigdy nie zdarzy. Trzeba, żebyśmy były dla siebie dobre i nie obciążały się tym, co nie jest potrzebne ani nam ani dziecku w tym okresie, który i bez tego jest czasem naszej drogi krzyżowej.



Przed porodem- coś na bóle niecierpliwości

Cierpliwość jest bardzo cenna.

Warto o nią zabiegać. Nie bez powodu na pierwszym miejscu w hymnie o miłości jest napisane: „Miłość jest cierpliwa”.

Kiedy jesteśmy już tak ogromne, tak pełne dziecka, że zdaje nam się, że ono się z nas już wylewa, jakby lada moment miało się urodzić, nasza cierpliwość jest wówczas nierzadko wystawiona na próbę.

Każdy dzień oczekiwania z perspektywy maleństwa może jednak być dla niego cennym darem. Dlaczego?

  • nie wiemy, ile to konkretne dziecko potrzebuje czasu na rozwój; nie bez powodu termin porodu jest bardzo elastyczny: +/- 3 tygodnie; to wyłącznie nasza oraz cudza niecierpliwość nie jest elastyczna; jeśli się ma jedno dziecko, to człowiekowi zdaje się, że wszystkie inne dzieci powinny czy rozwijają się tak samo jak ono; kiedy jednak człowiek jest obdarowany liczniejszym potomstwem, widzi, że dzieci rozwijają się w zadziwiająco różnym tempie w różnych dziedzinach;
  • właśnie te ostatnie dni, tygodnie są istotne dla dziecka pod względem odpornościowym: przez łożysko do dziecka przechodzą nasze ciała odpornościowe; każdy kolejny dzień czekania to więcej odporności dla dziecka;
  • czas na dojrzewanie szyjki macicy; ten nasz narząd wymaga indywidualnego czasu na dojrzewanie, ażeby się potem otwierać sprawnie; wywoływanie porodu, kiedy jeszcze nie jest dojrzała do tego szyjka bywa tragiczne dla kobiet i ich dzieci; a na pewno przysparza im niepotrzebnego bólu.

Badania dowodzą, że za dobre przygotowanie szyjki macicy do porodu odpowiedzialne są m.in. prostoglandyny. Żeby wydzielały się w odpowiedniej ilości warto choćby na te ostatnie tygodnie stanu błogosławionego zrezygnować z białego cukru, gdyż hamuje on wytwarzanie prostoglandyn. No cóż, sama jestem łasuchem, więc wyobrażam sobie męki mam słodyczolubnych. Jednak warto choć spróbować- nic nie tracimy na tym, wiele możemy zyskać i my, i nasze dziecko.

Bardzo polecana przez położne jest też herbatka z liści malin, zwyczajny napar. Oprócz tego, że przygotowuje ona dobrze do porodu, to jeszcze łagodzi skurcze (rozluźnia mięśnie miednicy),  działa przeciwbólowo, skraca fazę rozwierania. Zawiera ona dużo żelaza,  wapnia, witamin. Ponadto polecana jest przy bolesnych miesiączkach, niepłodności, w połogu natomiast sprzyja oczyszczaniu jelit, odtruwaniu, odbudowie jamy macicy.

Jeśli dokucza nam niecierpliwość, można wspomóc się jedzeniem owoców i przypraw zawierających enzymy ułatwiające dojrzewanie szyjki macicy. Są to: cynamon oraz pewne owoce egzotyczne (mango, kiwi, ananas).

Gdy zaczyna wisieć nad nami groźba wywoływania porodu (co nie jest zabiegiem obojętnym dla dziecka- niesie ze sobą liczne skutki uboczne), położne polecają herbatkę naskurczową, która podobno działa w ciągu 1-2 dni.

Robimy napar z 1litra wody czyli zalewamy wrzątkiem:

  • 1 laskę cynamonu (domyślam się, że trzeba ją zetrzeć);
  • 10 goździków;
  • mały świeży korzeń imbiru (łatwo się obiera i ściera skrobiąc zwykłą łyżeczką);
  • 1 łyżka herbaty Werbena (odmiana pomarańczy).

Pod przykryciem trzymamy około 15 minut, następnie przecedzamy i pijemy małymi łyczkami od czasu do czasu w ciągu 1-2 dni. Żeby zachowało cierpło i smak, wartość, przetrzymujemy w termosie. Dłużej pić nie możemy, bo po tym czasie powinien nastąpić poród. Ciekawe czy rzeczywiście działa?

Dedykuję ten wpis kochanej Eli. Moja droga- też mi się zdawało, że urodzę wcześniej każde z moich dzieci. No, cóż. Wiesz, jak było.



Przygotowanie do porodu

Przygotowanie do porodu. Co właściwie jest w tym czasie najważniejsze do:

  • przemodlenia;
  • przemyślenia;
  • zrobienia.

Co jest najważniejsze do przemodlenia:

oddanie dziecka i siebie Panu Bogu– w głębi duszy ono w końcu ma większe podobieństwo do Boga Stwórcy niż do rodziców z ciała; powierzenie go w każdym czasie, również na czas porodu; głębokie zaufanie Bogu, że cokolwiek się stanie, jesteśmy dziećmi Opatrzności Bożej, nic nie jest w stanie nas oddzielić od miłości Bożej; jeśli ufamy Bogu, to nic nie stoi na przeszkodzie, by już przed porodem dziękować Mu za ten czas rodzenia, uwielbiać w tym wspaniałym planie, jaki la nas przygotował; modlenie się o konkrety: np.modlę się o konkretną położną, z którą chciałabym rodzić, o opiekę w tym czasie nad dziećmi (jeśli są już starsze dzieci); o to, żeby Anioł Stróż tego maleństwa przygotował jego poród, czuwał nad nim również w tym czasie; o odwagę do rodzenia dla mamy i dziecka; o pokój serca na czas rodzenia: również dla personelu, o oddanie swoich lęków Zbawicielowi; coś się pewnie jeszcze znajdzie do omodlenia.

Co jest najważniejsze do przemyślenia:

-jeśli nie zadbamy o własną wiedzę, to będzie się zależnym wyłącznie od wiedzy innych; jeśli nie przemyślimy dotychczasowych doświadczeń, nie przepracujemy, nie zrozumiemy, to w jakiś sposób mogą one do nas wracać; brak przemyślenia, przemodlenia porodów własnej mamy, poprzednich własnych porodów może (choć nie musi) powrócić do nas; obecne prawo daje możliwość napisania własnego planu porodowego: np. decyduję się rodzić z bliską mi osobą, wybieram poród bez nacięcia krocza, bez sztucznych środków przeciwbólowych czy jeszcze inaczej itd.; choć osobiście wydaje mi się, że należy tu zachować pewną dozę elastyczności- nigdy nie wiemy w jakim kierunku potoczy się dany poród, każdy jest niespodzianką- „żaden poród się nie powtarza, za każdym razem jest inaczej”- mówią doświadczone położne;

Co jest do zrobienia jeszcze przed porodem na czas przygotowania:

„uwicie gniazda”– daje poczucie bezpieczeństwa: rzeczy, miejsce dla dziecka; choć z mojej perspektywy o wiele ważniejsze jest przygotowanie tego miejsca w sercu; niemowlęciu jest zupełnie wszystko jedno czy będzie spało w markowych ubrankach, pieluszkach czy używanych; nie jest natomiast wszystko jedno, czy mama jest dla niego spokojna, cierpliwa;

spakowanie swojej torby, jeśli się wybiera poród w szpitalu;

cierpliwość czekania– to daje dalekosiężne owoce, szukanie jej procentuje, choć może nie od razu, nie tak jak sobie to wyobrażamy.

dobra dieta: cukier hamuje wydzielanie prostaglandyn w jelitach, prostaglandyny są odpowiedzialne m.in. za przygotowanie szyjki macicy do porodu; to zła wiadomość dla tych, co przepadają za słodyczami-  dla sprawniejszego porodu lepiej na ostatnie tygodnie zrezygnować ze słodyczy; taki wybór byłby też zdrowszy dla rodzącego się dziecka: po porodzie łatwiej by mu było osiągać stabilny poziom cukru we krwi.



Porody siłami natury czy siłami służby zdrowia?

Mama piękna jak czara pełna po brzegi, aż kipiąca życiem. Takie skojarzenie miałam, gdy zobaczyłam znajomą, której stan błogosławiony dobiegał końca. Bardzo kobieca, bardzo piękna w tej łączności z dzieckiem.

Tylko jak uderzenie te słowa: „Nie popieram porodów naturalnych!” Cesarka na życzenie- domyśliłam się, skoro brak przeciwwskazań do porodu fizjologicznego.

Szkoda tylko dziecka, bo ono zazwyczaj popiera porody naturalne. Dzięki porodowi naturalnemu:

-oczyszcza się lepiej z wód płodowych jego układ oddechowy (wody te są z dziecka niejako wyciskane);

-jego skóra zasiedlana jest fizjologiczną florą bakteryjną zapewniającą zdrowie;

-hormony porodowe (oksytocyna, adrenalina, endorfiny) przygotowują skuteczniej dziecko do oddychania, utrzymania stałej temperatury, życia na zewnątrz mamy; dzieci urodzone drogami natury mają skuteczniejsze odruchy, rzadsze problemy z oddychaniem;

-no i wbrew pozorom mniej jest zejść z tego świata i matek, i dzieci, gdy matka udzieli swoich dróg rodnych do przyjścia na świat swojemu maleństwu.

Z drugiej strony nie dziwię się już temu buntowniczemu okrzykowi przeciwko porodom naturalnym: ta mama prawdopodobnie nie doświadczyła ani jednego takiego porodu pomimo urodzenia trójki dzieci sn jak wpisują lekarze czyli siłami natury. Fundacja Rodzić po Ludzku obliczyła, że w Polsce porodów naturalnych odbywających się w szpitalach jest zaledwie 3%. Co więc zrobiła służba zdrowia z porodów drogami natury? Chorobę wymagającą licznych interwencji medycznych.

A więc aż 97% kobiet ma udowodnione, że nie umie urodzić. Już na wejściu wkłuwa im się wenflony, kładzie je się, podpina pod urządzenia. No bo przecież personel medyczny wie lepiej jak rodzić od samych kobiet.

Znam sytuację, kiedy rodząca nie zgodziła się na wkłucie wenflonu, i wręcz uciekała przed położną, która nic sobie z tego nie robiła- już podczas parcia dopadła tą matkę i jej się wkłuła. Dla mnie ta sytuacja to symbol przestrzegania praw pacjenta w Polsce.

 



Ciąża = wysiłek dalekkosiężny

Profesor Włodzimierz Fijałkowski uważał, że nazwa „ciąża” jest niewłaściwa, ponieważ kobiecie, która się cieszy z noszonego dziecka, nic nie ciąży. Radość ją tak uskrzydla, że dziecko nie jest ciężarem, tylko szczęściem.

Mam ogromny szacunek do profesora, jednak wydaje mi się, że jest to nieco wyidealizowany obraz, bo sama też byłam w stanie błogosławionym. I tak się składa, że tak jak chyba każda kobieta doświadczałam obok radości i tego trudu, ciężaru noszonego dziecka, również nabytych wówczas kilogramów nie zawsze będących zasługą noszonego dziecka, czasem też własnych skłonności. Jest radość, ale jest i trud, krzyż, który nikogo nie omija. Czasem nie o kilogramy chodzi i nie o samopoczucie fizyczne, tylko psychicznie jest trudniej, bo występuje rozchwianie, nieradzenie sobie ze sobą, z faktem istnienia dziecka. Ten krzyż przychodzi prędzej czy później, tak czy inaczej. Krzyż nie omija ani nas, ani naszych dzieci. I ma sens.

Jednak pomimo posiadanego sensu, często radości, nie odejmuje to trudu, fizycznych i psychicznych niedogodności.

Dlaczego matki noszące dziecko nierzadko czują się śpiące, zmęczone, rozchwiane emocjonalnie? Patrząc na to pod kątem fizjologii, jest to czas, kiedy ciało kobiety zdobywa się na wysiłek przystosowania się do potrzeb rozwijającego się dziecka. Jest to też wysiłek dalekosiężny: ciało matki gromadzi wówczas zapasy również na okres karmienia piersią. Jest to zresztą odczuwalne niemal od początku życia dziecka: czasem jednym z pierwszych objawów ciąży jest właśnie odczucie zmian w piersiach, drażliwości brodawek, powiększania się piersi, zwiększenia siatki naczyń krwionośnych itd.

Warto sobie uświadomić, że to właśnie w czasie ciąży organizm kobiety działa na najwyższych obrotach, dlatego czasem „wychodzą” mimochodem różne choroby- bo nie jesteśmy w stanie im podołać. Tryb karmienia piersią to natomiast tryb oszczędzania się dla organizmu, natomiast tryb ciążowy to i wyzwanie sprostania potrzebom dziecka, swoim oraz odkładanie zapasów na później, na czas wykarmienia dziecka.

W ciąży gromadzimy zapasy energetyczne, budulcowe, ale także zapasy żelaza, wapnia i innych makro- i mikroelementów, witamin rozpuszczalnych w tłuszczach itd.

Dlatego bardziej obciążające dla organizmu są częste ciąże- co rok, dwa niż nawet długie karmienie piersią. W ciąży zużywamy np. ogromne ilości żelaza: budując układ krwionośny dziecka, ale i starając się o gromadzenie go na potem.

Każde dziecko ma prawo być kochane, a więc przyjęte przede wszystkim. Jednak Pan Bóg dał nam rozum po to, byśmy się nim posługiwali dla dobra całej rodziny, dla swojego małżeństwa, dla dziecka.

W bardziej naturalnych społecznościach, gdzie nie ma nadmiaru pożywienia,  intensywne karmienie piersią odracza poczęcie kolejnego dziecka o 2-3 bądź 4 lata, niejednokrotnie aż do ukończenia karmienia piersią (od 2,5 do 7 lat w zależności od zwyczajów danego ludu). Dopóki kobieta karmi piersią płodność ma prawo nie wracać, nie musi miesiączkować. Gdy pożywienia jest ubogo, dzieje się tak częściej niż w naszym społeczeństwie przesytu, ponieważ natura jest mądra.

Można w niej odczytać również pewien sens zawarty przez Stwórcę: to urodzone dziecko też potrzebuje zadbania, czułości, opieki. Potrzebuje również matczynego mleka co najmniej 2-2,5 roku.

Podręczniki medyczne często piszą o tym, że karmienie piersią jest ciągiem dalszym procesu rozmnażania człowieka, jest jego ważną częścią, potrzebną i służącą zdrowiu zarówno dziecka jak i mamy. Jaka szkoda, że lekarze praktycy tego nie wcielają w życie- zachowując się często jak przedstawiciele handlowi firm produkujących żywność dla niemowląt- oblepiając swoje gabinety w reklamy sztucznej żywności, wręczając ulotki, naklejki. Zamiast pomagać w rozwiązywaniu problemów laktacyjnych- pomagają tymże firmom w zwiększeniu obrotów, sugerując odstawienie od piersi, dokarmianie sztucznymi mieszankami, wcześniejsze wprowadzanie obiadków jako jedyny sposób na problemy z laktacją, z dzieckiem czy matką. I powiedziałabym, że jest to statystycznie najczęstszy sposób „pomagania”.

Nie chcę tu w żaden sposób podważać wartości posiadania licznego potomstwa z małą różnicą wieku. Znam takie rodziny i uważam za ogromny skarb. Warto jednak docenić również pełne wykarmienie piersią: bez nerwowego, pośpiesznego odstawiania od piersi, z cierpliwym odnoszeniem się do potrzeby ssania dziecka. Warto nauczyć się cieszyć tym darem od Stwórcy- zobaczyć jego znaczenie dla dziecka. Być wdzięczną za ten dar.

Jest głęboko zakorzenionym mitem, że dziecko nigdy nie przestanie ssać bez siłowego odstawiania go od piersi, że im dłużej ssie, tym trudniej skończyć. Nieprawda! Dziecko wyrasta z karmienia piersią jak z za małych majtek. Wystarczy delikatnie pomóc dziecku, jeśli nie zrobi się z niego najpierw owocu zakazanego bądź zwyczajnie cierpliwie zaczekać.

Nie warto pośpiesznie przerzucać tego daru karmienia na krowę, bo odbija się to na całym społeczeństwie licznymi chorobami cywilizacyjnymi (liczne korelacje czyli współwystępowanie chorób cywilizacyjnych u matki i dziecka powiązane z karmieniem sztucznym pokarmem).

Podkreśla się zwłaszcza korzyści dla dziecka z karmienia piersią. Jednak wykazano, że kobiety karmiące piersią również wiele zyskują:

  • stosunkowo rzadsza zapadalność na raka jajnika i piersi;
  • na zawały serca, nadciśnienie tętnicze;
  • stwardnienie rozsiane;
  • w okresie menopauzalnym: rzadsze złamania kości udowej, osteoporozy;
  • zapewne wielu jeszcze powiązań nie odkryto- czekają na poznanie.

Owszem karmienie piersią  to również trud, ale warty podjęcia.

Mamy wielkie pragnienie posiadania kolejnego potomstwa? To świetnie: ale musimy też być płodni duchem. Rodzić te nasze starsze dzieci: do coraz większych wymagań, do wysłania ich w świat, do dzielenia się wartościami duchowymi z nimi. Jeśli ograniczamy naszą płodność do wymiaru wyłącznie duchowego, to tak jakbyśmy się uważali za aniołów- „jestem tak cudowna, że umiem być jako żona i matka płodna wyłącznie duchowo. Jeśli ograniczamy naszą płodność do wymiaru wyłącznie fizycznego: to sprowadzamy się do roli zwierzątek hodowlanych.

Trzeba dać sobie czas i otwartość i na płodność duchową, i na płodność ciała. Jedna wówczas wspomaga drugą. Przynosi dobre owoce.



Pierwsze trzy miesiące życia dziecka są szczególnie ukryte. Często za porannymi mdłościami, wymiotami, sennością, czasem nawet za nieświadomością matki i ojca. Dziecko mówi do swojej matki przez te sygnały jej ciała: potrzebuję twojego odpoczynku, zatrzymania się, zwrócenia uwagi na to, co jesz, co robisz po to, żeby w tej sferze zaprowadzić pewien porządek, zadbać o zdrowie. Potrzebuję zacisznej kołyski w Twoim łonie, twojej ciszy, czułości.

Czasami te wymioty, osłabienia są tak dojmujące, że matka zza nich niemal nie widzi dziecka, tak jakby była tylko ona i jej wymioty, jej gorszy nastrój. I to błąd. Bo to jest pierwsza lekcja jej oderwania się od swojego „ja”, od swojego tylko „chcę”.  Lekcja niezbędna, choć wymagająca, czasem bardzo trudna. Po urodzeniu dziecka nie da się dalej żyć tylko swoim „chcę”, bo „potrzebuję” maleństwa jest o wiele głośniejsze, bardziej żywiołowe, częstsze niż to planujemy. Taka pierwsza zaprawa do późniejszych zmagań ze swoim egoizmem, egocentryzmem.

Gdy w tym pierwszym trymestrze często się źle czujemy, wymiotujemy, jesteśmy rozdrażnione, to nasze dziecko też potrzebuje pocieszenia. Nie zostawiajmy go wtedy samego! W tym czasie, kiedy wszystkie narządy jego ciała intensywnie się tworzą, potrzebuje tym większego wsparcia. Gdy nam bardzo niedobrze, przytulmy nasze dziecko, pogłaszczmy je. Po tym się poznaje kochające serce: że umiemy się cieszyć nawet z naszego „niedobrze”, jeśli oznacza to dla ukochanej osoby „dobrze”. Te poranne (i nie tylko) wymioty oznaczają zazwyczaj dostatecznie wysoki poziom progesteronu, hormonów ciążowych- więc właściwie, jeśli dobrze życzymy naszemu dziecku, możemy być za nie wdzięczne. I zadowolone z własnego „niedobrze”, bo dzięki temu nasze dziecko jest z nami, organizm si go nie pozbywa.

Cuda się zdarzają. Wystarczy popatrzeć na dziecko. Cud miłości. Nie dziwię się, że szatan tak nienawidzi kobiet w stanie błogosławionym. Raz, że przypominają mu Wyjątkową Matkę, która urodziła Zbawiciela. Druga sprawa, że nienawidzi on każdego z cudów miłości i nadziei. On się zwyczajnie boi dziecka, bo jego Anioł Stróż w dzień i w nocy wielbi nieustannie Boga.

Niektóre matki i ojcowie starają się jednak o poczęcie bezskutecznie. Zastanawiam się nad sensem tego bolesnego czekania, tej tęsknoty. I myślę, że Pan Bóg stworzył nasze ciało, ale też naszą duszę stęsknioną za dzieckiem, za dziećmi, żebyśmy byli w pełni rodzicami. I tym, których nie obdaruje fizycznym darem macierzyństwa, ojcostwa jest gotów dać duchowy dar rodzicielstwa. Ta tęsknota za dzieckiem nie jest więc czymś przypadkowym, nieprzydatnym, gdy dziecko się nie rodzi wbrew staraniom. Tylko trzeba się na dar duchowego rodzicielstwa otworzyć, że Pan Bóg chce dać nam więcej niż Go prosimy.

Moje dzieci co prawda już większe, ale ta refleksja z myślą o Paulince, o której się dowiedziałam, że nosi pod sercem skarb. Również z myślą o cierpieniu pewnej mamy czekającej na dziecko bezskutecznie.

I jeszcze nie odmówię sobie podzieleniem się moją lekturą, która jest paląca i żywa:

„Bóg jest hojny i nikomu łaski swojej nie odmawia – więcej daje, aniżeli my Go o to prosimy. Wierność w wypełnianiu natchnień Ducha Świętego – to najkrótsza droga.”

Polecam gorąco: „Dzienniczek” s. Faustyna Kowalska.



Pępowina=czekanie ma sens

Wiele nas w tym świecie odwodzi, zniechęca do czekania:

  • sklepy robiąc Boże Narodzenie już w listopadzie poprzez dekoracje, muzykę itp;
  • lekarze nie kochając naszych dzieci i proponując poród w wyznaczonym dniu, odstawienie, kiedy karmienie zaczęło być trudne;
  • psycholodzy serwując nam papkę typu: „Twoje uczucia są trudne, to postępuj zgodnie z nimi, zgodnie ze samym sobą”- robiąc bożka z ludzkich uczuć, z własnego „ja”;
  • inni ludzie nietaktownym dopytywaniem: kiedy się wreszcie urodzi? kiedy w końcu go odstawisz od piersi?
  • ale chyba przede wszystkim własna niecierpliwość, niezgoda na trud czekania, na niewiadomą, jaką ono przyniesie.

Czekanie jednak ma wielki sens, choć często uwiera, trudzi i boli (niekoniecznie fizycznie):

  • Daje szansę na rozwój; na rozwój fizyczny, ale też na rozwój duchowy; ostatnie 2-4 tygodnie pod sercem mamy to rozwój mózgu o ok. 1/3, niesamowite zmiany w korze nowej. Zgadzając się na wywoływanie porodu, ryzykujemy niedojrzałość własnego dziecka, niekoniecznie dostrzegalną gołym okiem. To, że dziecko radzi sobie z oddychaniem, nie oznacza, że było dojrzałe do urodzenia. Zazwyczaj skoro się nie rodzi, to najzwyczajniej w świecie nie było dojrzałe do tak dużej zmiany w swym życiu.  Pracując swego czasu w szpitalu zdarzało mi się widzieć dzieci, które zmuszono do narodzin z błahych powodów („bo już jest termin, bo na USG wystarczająco duże”), a które potem okazywały się wcześniakami albo nie wykazywały gotowości do ssania bądź spały tyle, co wcześniaki itd. Dla współczesnych rodziców niejednokrotnie lekarz jest bożkiem, przed którym drżą i liczą się z każdą jego opinią. A czy nie warto przemyśleć tego, co nam mówi? Jest to tylko omylny człowiek, często zresztą niekochający naszego dziecka. Człowiek wyszkolony w patologii czyli stanach chorobowych, nieprawidłowościach, bojący się tej patologii, nie nauczony natomiast, jak wspierać fizjologię, jak pomagać, gdy wystarczy nie przeszkadzać, dodawać ducha, dzielić się spokojem i czekać. W ciągu ostatnich dwóch tygodni przed porodem przez łożysko przekazywane są dziecku bardzo liczne ciała odpornościowe. Wielu ginekologów  jakby się zatrzymało w rozwoju w wieku XIX- wtedy powstała reguła Naegelego, w której liczy się termin porodu na podstawie ostatniej miesiączki. Zakłada ona, że dziecko się poczyna 14 dni od pierwszego dnia miesiączki, co jest tak zgodne z prawdą jak to, że wszystkie kobiety mają cykle 28-dniowe. Znam dzieci, które cało i zdrowo przychodziły na świat naturalnie 40 dni bądź jeszcze inaczej po terminie liczonym wg Nagelego. Dlaczego? Bo się poczęły tuż po owulacji, a nie 14 dni po pierwszym dniu miesiączki, bo każde dziecko potrzebuje nieco innego czasu na rozwój. Np. jedno potrzebuje 7 miesięcy, by samo wstać na nóżki, a inne potrzebuje na to cały rok- i jedno, i drugie są to zdrowe dzieci. Jedno potrzebuje 10 miesięcy, by zacząć chodzić, inne z kolei aż 18 miesięcy, choć żadne nie ma zaburzeń rozwojowych. Po narodzinach możemy podziwiać jak indywidualny rytm ma rozwój dziecka- natomiast co do terminu porodu sztywno się trzymamy wyliczeń, jakby dzieci rozwijały się opierając się na tabelkach i wyliczeniach, a nie na własnym potencjale. Owszem takie wyliczenia są potrzebne, tyle że od daty owulacji oraz zakładanie marginesu błędu czyli bycie elastycznym. Dawniej za taki margines przyjmowano: + /- 3 tygodnie. Dziecko rodzi się więc w „terminie”, gdy przychodzi na świat samoistnie 3 tygodnie przed tym umownym terminem, ale równie dobrze 3 tygodnie po tym terminie. Ze świecą szukać takich lekarzy, którzy będą wspierać kobietę w cierpliwym czekaniu na naturalny poród zamiast proponować łatwych rozwiązań sztucznej indukcji porodu „urodzimy za panią”.
  • Podobnie jest z porodem. Znam mamę, która rodziła swoje dziecko 3 dni: całe Triduum Paschalne. Cóż za symbolika! To był dla niej prawdziwy krzyż, ale przyjęła to z wielkim pokojem nie chcąc go skracać. Szczęśliwie urodziła w poranek Zmartwychwstania. Dobrze wspomina swój poród pełny długiego czekania i trudzenia się nad rodzeniem. Bynajmniej nie jestem za tym, by nie pomagać kobietom, które nie dają rady dłużej rodzić- oczywiście, że pomoc w takich sytuacjach jest jak najbardziej uzasadniona. Ale niepokoi mnie tendencja, że to, co dzieje się w medycynie prowadzi do tworzenia w świadomości kobiet przekonania, że one w ogóle nie są zdolne do urodzenia dziecka. Że kobieta nie ma prawa rodzić dłużej niż przeciętnie, bo lekarzowi kończy się zmiana. Nasza niecierpliwość sprawia już zamieszanie na etapie przedporodowym, kiedy skurcze przepowiadające bierzemy za poród. Jadąc często z takimi skurczami do szpitala albo oczekując, że po nich szybko się urodzi to proszenie się o kłopoty. Lekarze, gdy matka przyjeżdża z takimi skurczami do szpitala zwyczajnie zostawiają ją tam „na obserwacji”. A kobieta nie jest dzikim zwierzątkiem, żeby ją obserwować. Obserwowanej, notorycznie badanej trudniej się otworzyć na dar rodzenia. Tak samo jak trudno byłoby nam inne zwieracze (odbytu, cewki moczowej) otwierać będąc pod lupą, w miejscu publicznym. Szyjka macicy jest właśnie mięśniem zwieraczem. Jej skuteczne otwieranie wymaga więc przede wszystkim intymności, spokoju, dyskretnego wspierania. Podczas porodu rozwija się matka poprzez znoszenie trudu dla kochanej osoby- dziecka. Rozwija się też podczas porodu dziecko: duża ilość różnorodnych hormonów, które zaczynają krążyć w jego organizmie przygotowuje je do samodzielnego oddychania, utrzymywania stałej temperatury w zmiennym otoczeniu, do ssania, przygotowuje również jego mózg. Przechodzenie przez drogi rodne matki daje dziecku możliwość zasiedlenie prawidłową florą bakteryjną. Okazuje się, że nawet spożycie przez dziecko mikroskopijnej ilości kału matki ma sens: zasiedlają dzięki temu jego przewód pokarmowy mikroorganizmy produkujące witaminę K. Niemowlęta urodzone drogami natury rzadziej cierpią na niedobór tej witaminy. Cierpliwość czekania ma więc również wiele przyziemnych sensów. Jak chociażby to, że dziecko któremu nie odcina się natychmiast tętniącej jeszcze pępowiny ma szansę dostać 30% więcej krwi, co zapobiega niedokrwistości również w późniejszym czasie. Inna sprawa, że ma szansę na to, że weźmie pierwszy oddech spokojnie, a nie z powodu duszenia się, odcięcia dopływu tlenu. Obserwowanie natury może uczyć mądrości, jeśli wyciąga się wnioski. Czytałam o sytuacjach, że pępowina tętniła 4o minut: dziecko dopiero po tak długim czasie zaczerpnęło powietrza do płuc. Wówczas przestała tętnić. Co by było, gdyby lekarze od razu przecięli temu dziecku pępowinę? Czy udałoby się je reanimować? Możemy postawić tylko retoryczne pytanie. Z własnego doświadczenia wiem, że dzieci, którym tej pępowiny nie odcina się szybko nie płaczą tak rozdzierająco. Niekiedy kwilą cicho, choć temperament innych sprawia, że głośno wołają, ale bez przerażenia w glosie. Moje dzieci po porodzie nabierały tchu pięknie: Daniel spokojnie i cicho, Tosia stanowczo i głośno, Ignaś: zdecydowanie „nareszcie się urodziłem”. Ale żadne nie miało tego przerażenia w głosie, jaki słychać na szpitalnych traktach porodowych. Jeśli lekarze, położne nie czekają, bo nie kochają naszych dzieci- to my możemy stanąć po stronie własnego bezbronnego potomstwa. Jeśli ojciec i matka nie upomni się o godne, cierpliwe powitanie dla swojego dziecka, to kto się upomni? Fundacja? Może i tak, ale mało skutecznie, jeśli to my rodzice nie będziemy działać oddolnie i stanowczo.
  • Karmienie piersią i czekanie aż dziecko dorośnie by zaprzestało pić mleko. Jest pewna schizofrenia w sprawie żywienia dzieci mlekiem w naszej kulturze (cywilizacji?). Z jednej strony odstawianie przeprowadza się pośpiesznie, bez zwracania uwagi na potrzeby dziecka, na to, co komunikuje swoim zapotrzebowaniem na ssanie, a z drugiej strony udowadnia się, jak to nawet dzieci szkolne potrzebują mleka.  Są to dwa błędy, które się mszczą na zdrowiu dzieci. Ani nie powinno się dzieci odstawiać wbrew ich zapotrzebowaniu, ani karmić mlekiem dzieci szkolnych, bo to im zwyczajnie szkodzi albo przynajmniej nie jest potrzebne. Jednak karmienie piersią według potrzeb dziecka czyli tak długo jak tego potrzebuje kosztuje wiele matkę. Przede wszystkim wiele starań o własną cierpliwość, zrozumienie. Gdy dzieci mają rok czy półtorej, matki często odstawiają je również z powodu własnej niecierpliwości. Trzeba natomiast wiedzieć, że te półtorej roku karmienia piersią to jest co dopiero co najwyżej połowa karmienia mlekiem, którego potrzebują dzieci. Wskazuje na to również ich zachowanie: wtedy jest częstokroć szczyt, punkt kulminacyjny ssania dzieci. Co robimy przez naszą niecierpliwość? Odcinamy mleczną pępowinę, kiedy dziecko nie jest nawet odrobinę gotowe do wyłącznie bezmlecznych posiłków i pozwalamy zastąpić się krowie w obdarzaniu mlekiem naszego dziecka. Kiedy ta mleczna pępowina zaczyna być gotowa do przecięcia? Kiedy samoistnie zaczyna tętnić rzadko, coraz rzadziej. Łatwiej jest ją przeciąć, gdy dziecko ssie już tylko raz lub dwa na dobę. Odstawianie, redukowanie karmień w okolicy 18 miesięcy to jak przerywanie ciąży tuż po półmetku jej trwania. Jest trudne i niekorzystne dla dwojga.
  • Czekanie ma sens ze względu na Tego, na kogo się czeka. Jak się kogoś ceni, to się go nie popędza w przychodzeniu. Także dzielmy się pokarmem adwentowo, nośmy nasze dzieci adwentowo. Kochajmy adwentowo: to, co jest wartościowe wymaga czekania i wzrostu. Czekajmy z radością!


Bycie domem

Wracam jeszcze myślami do książki „Czekając na cud” J.S. Wolfe, pomimo że już jakiś czas temu ją zakończyłam, odłożyłam. Z jednej strony zawiera ona piękne myśli, które jeszcze po długim czasie pozostają w pamięci, ale z drugiej strony osadzona jest w swoich realiach i to, co pisze bardziej odczytuję jako wyraz jej drogi, jej wyborów niż jakiejś prawdy ogólnej. Niektóre jednak przemyślenia aż mnie kuszą, by się z Wami podzielić:

„Kobieta w ciąży jest pełna życia, a raczej wypełniona jest życiem – nie tylko swoim własnym, lecz także życiem swojego dziecka.” „Macierzyństwo nie tylko sprawia, iż wyglądamy jak dom, ale właściwie zmienia nas w niego. (…) Miłość sprawia, że budynek zmienia się w dom rodzinny.”

Zastanawiam się, na ile chcemy być tym domem dla naszych bliskich. Czas noszenia małego skarbu pod sercem jest stosunkowo krótki- około 38 tygodni od poczęcia. Ale czas, kiedy człowiek potrzebuje domu jest o wiele dłuższy. Rodzimy dziecko, a ono dalej już po narodzinach w każdy możliwy sposób dalej nam okazuje, że jesteśmy jego przestrzenią życiową, od której nie tylko nie chce się uwolnić, ale która jest mu potrzebna do życia. Już przedszkolak szuka w nas domu nieco więcej w płaszczyźnie psychicznej: przytulenia, pocieszenia, zrozumienia i akceptacji, poznania zasad obowiązujących w tymże domu, prawideł jego działania. Nastolatek często się buntuje przeciwko zastanej domowej rzeczywistości, ale często dalej szuka wytchnienia we własnym domu, a buntując się szuka dalej akceptacji i niezależności, żeby stać się zdolnym do założenia własnego domu.

O domu pisze też Ewa Błaszczyk w swojej książce-zmaganiu z chorobą córeczki: „Największy problem sprawiało mi otwieranie drzwi kluczem.” Gdy dom był pusty, gdy nie było w nim nikogo, jako dziecko w wieku szkolnym niezmiernie się irytowała, było to dla niej nienaturalne, przykre doświadczenie.  Gdy doświadcza jako dorosła kobieta, już matka trudnej życiowo sytuacji, te odczucia wracają i bolą. Otwieranie drzwi kluczem urasta do rangi problemu, bo dom przestał być domem i życiem, a boli jak otwarta rana.

Gdy uciekamy od bycia domem, często nasze dzieci są smutne, walczą o swoje w nim miejsce. Bo żeby odlecieć, nabrać wiatru w skrzydła, trzeba najpierw dobrze zapuścić korzenie, poczuć się silnym. I dzieci walczą i o te korzenie, i o te skrzydła, gdy jako rodzice przegapimy tę ich naturalną potrzebę.



„Czekając na cud”

„Ciąża, jako że jest podróżą w kierunku nowego życia, naturalnie stanowi okres, który można określić jako czas pielgrzymowania, nie zaś jako czas odosobnienia. Obecność nienarodzonego jeszcze dziecka oznacza, że kobieta nigdy tak naprawdę nie jest sama – zawsze jest z dzieckiem. Doprawdy, ciąża nie powinna oznaczać samotności, ale raczej okres radosnego dzielenia się wszystkim tym, co oznacza bycie razem. (…)

Oczekujemy cudu narodzin, zdając jednak sobie sprawę, że czas oczekiwania jest już cudem sam w sobie.”

Książka „Czekając na cud”, zacytowana powyżej, napisana przez Jamie Stuart Wolfe mamę dziewięciorga dzieci, która uczy jak przeżywać ten czas błogosławiony razem z Maryją. Czasem wyobrażamy sobie zbyt bezcieleśnie, bez emocji Matkę Bożą, tymczasem doświadczała ona tych samych emocji, trudów, niepokojów co my. Musiała się nieźle przestraszyć, skoro Anioł Gabriel mówi do niej: „Nie bój się!” Musiała doświadczać niepewności i obaw, skoro dopytuje: „Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?” Także to zaufanie jakim obdarzyła Pana Boga nieźle ją kosztowało: lęk, niepewność, trud podróży do Elżbiety i Zachariasza, u których zobaczyła na własne oczy prawdziwość otrzymanych Słów.

W tej książce ze strony na stronę przekonuję się, że Maryja idzie i do mnie, choć nie mieszkam w pobliżu. Uwierzyła, że jest Matką i kieruje do wszystkich matek swe kroki, które chcą z nią przeżywać swoje macierzyństwo. Nie przynosi ze sobą zapewne kilogramów cukierków, kolorowych prezentów, ale autentyczną nieudawaną radość, a do tego własną obecność, przy której nie straszy więcej nasza samotność czy poczucie bycia niezrozumianą, niekochaną. „Oto z radości poruszyło się dzieciątko w moim łonie!”- krzyknęła uradowana Elżbieta, tyle głębokiej radości wnosi ze sobą Maryja.

„Uświadomiłam sobie, że moim podstawowym zadaniem nie jest ich (dzieci) ukształtowanie, ale raczej umożliwienie rozwinięcia ich własnej osobowości, którą Bóg – a nie ja -dla nich przewidział.

W końcu dotarło do mnie, że za sprawą Boga dzieci te pojawiły się w moim życiu, aby pomóc również mnie samej w odkryciu mojej własnej osobowości.”

Szczególnie mamy czekające na cud narodzin swoich dzieci, a teraz już doświadczające cudu ich ukrytej obecności mogę zaprosić już do tej drogi odkrywania tajemnic macierzyństwa z Maryją. Jeśli komuś się spodobały powyższe fragmenty, to i z tą doświadczoną mamą – autorką „Oczekiwania na cud”.