Archiwum kategorii ‘Rodzenie’


Czym się różni przyjazd pracownika socjalnego od przyjazdu mamy?

Zaniemogłam ostatnio i to któryś raz z kolei. Na pomoc przybyła odsiecz.

I parę refleksji się stąd wywodzi.

Jeśli do rodziny przyjeżdża babcia. Prawdziwa kochająca. I widzi, że bałagan, że dzieci usmarkane po pachy albo dokazujące jak horda najgroźniejszych piratów. To zakasuje rękawy, bierze szczotkę, szmatę, chustkę higieniczną, uzbraja się w najbardziej babciny z uśmiechów i staje do dzieła. Przytula dzieci i pomaga możliwie wszechstronnie chorym i zdrowym członkom rodziny.

Gdy przychodzi pracownik socjalny, rozgląda się z wysokości swego stanowiska. Ocenia łaskawie stopień skażenia środowiska naturalnego, bada możliwe zagrożenia. Wychodzi z łupem w postaci oceny.

Jak zmora dla rodzin wielodzietnych brzmią sygnały o sytuacjach zabierania dzieciom rodziców, a to z powodu biedy, a to z powodu, że ktoś tam wie lepiej jak się wychowuje dzieci niż kochający rodzice.

Dlatego powstają TAKIE INICJATYWY, jak Darmowy Telefon Wsparcia Rodziców. I bardzo dobrze.

Oby i pracownicy socjalny jednak jak najczęściej rozwijali w sobie te cechy duchowego macierzyństwa, ojcostwa, które przychodzi z pomocą rodzinie, scala ją. Mam nadzieję, że takich jest więcej, że dobro wygrywa.

Kto się modli za pracowników socjalnych? Może najwyższy czas.



Dzieci tylko dla bogatych?

Uczestniczyłam niedawno w ciekawej dyskusji, która zeszła na grząski grunt dotyczący liczby dzieci i pieniędzy.

W prasie można obecnie wyczytać rozpiski, ile pieniędzy wydaje się na jedno dziecko, na dwoje, troje… itd. I niektórzy ludzie biorą to sobie do serca, twierdząc na tej podstawie, ile mogą mieć dzieci czy ile inni powinni/nie powinni mieć dzieci.

Ta logika mnie poniekąd przeraża. Ponieważ uzależnia miłość małżeńską i rodzinną właśnie od pieniędzy, a raczej wyobrażenia o nich. Ato, że dzisiaj mamy mało pieniędzy nie znaczy, że jutro też będziemy mieć ich tyle samo. To, że dzisiaj mamy ich dużo, nie oznacza, że jutro albo za trzy dni (niedosłownie) nie splajtujemy i nie zostaniemy z niczym.

Uzależniając swoją decyzję wyłącznie od pieniędzy, wielkości mieszkania, swoich obaw pozostajemy niewolnikami tychże pieniędzy, metrów kwadratowych mieszkania, swoich wyobrażeń o przyszłości.

A Kościół rodziców zachęca do wielkoduszności w dziedzinie przekazywania życia, do otwarcia i swojego rozumu, ale też swojego serca na głos Boga. Bo Pan Bóg się nie myli. Jeśli ubogiej rodzinie dał dużo dzieci, to miał w tym plan, to jest to Jego dar miłości. Czy jesteśmy mądrzejsi od Niego, że uważamy, że wiemy, kto powinien, a kto nie powinien mieć dzieci,  tę lub inną ich liczbę.

Uczestnicy tej dyskusji w pewnym momencie stwierdzili, że oni mogliby odpowiedzialnie mieć tylko troje dzieci, gdyż wtedy by ich było stać na studia dla nich. Nietrudno sobie wyobrazić, jak łatwo życie może spłatać psikusa w takiej sytuacji. Założywszy optymistyczną wersję, że Pan Bóg rzeczywiście tym ludziom da trójkę dzieci, nie da się już teraz przewidzieć, czy one choćby zechcą studiować.

Duchową przewodniczką dla mnie jest tu Matka Teresa z Kalkuty, która powiedziała kiedyś, że jeśli zabierzemy ubogim ludziom ich dzieci, to zabierzemy im ich największy skarb. Innego nie mają. Patrząc na postępowanie niektórych ludzi bogatych nie zawsze można powiedzieć, że rzeczywiście ich dzieci są ich największym skarbem.

Podziwiam oddanie kobiet z ubogich krajów z jakim karmią piersią swoje dzieci. Nie martwią się, że dzieci wyjedzą im z organizmu drogocenny wapń, mikroelementy, że jeszcze bardziej same schudną. Drogocenne pozostają dla nich dzieci.

Małe dzieci w tej kwestii pozostają mądrzejsze od wielu dorosłych: kochają swoich rodziców najbardziej na świecie, nie oglądając się na pieniądze.

Biedni też mają prawo do dzieci, nie ze względu na swoje pieniądze, ale ze względu na Boga-Stwórcę i miłość, jaką mają do swoich dzieci. Pan Bóg jedyny wie niekiedy, dlaczego dał to, a nie inne dziecko takiej rodzinie.



Czy to wiele dla tego, kto kocha?

Ile dzieci to dużo? Dwójka? Piątka? Dziewiątka? A może setka?

Zaprzyjaźniona rodzina, która m.in. zakładała mi ten blog (czy tego bloga?- o wypowiedź proszę polonistki) pod wrażeniem była po spotkaniu z pewnymi ciekawymi rodzicami.

I porównuję sobie postawę tych rodziców tak bardzo otwartych na życie i wypowiedź pewnej matki jedynaka. Przekonywała mnie ona, że nie mogłaby mieć drugiego dziecka, bo nie kochałaby go równie mocno.

Nie chcę oceniać jej samej, ale jednak taka postawa rodzi pewne refleksje. Jak uczy życie, kolejnego dziecka rzeczywiście nie kocha się tak samo: kocha się inaczej, co nie znaczy, że mniej. Kocha się inaczej, bo:

  • ma się więcej lat, więcej doświadczenia;
  • zmienia się człowiek w zależności od tego, czy i jak pracuje zwłaszcza nad sobą;
  • zmienia się sytuacja rodziny: czasem finansowa, mieszkaniowa, duchowa.

Kapitalny wywiad był w świątecznym wydaniu Gościa Niedzielnego z Joszkiem- ojcem dziewięciorga dzieciaczków. Jedna myśl z tego artykułu ciągle do mnie powraca:

„Kiedyś ktoś siedzący u mojego teścia rzucił z ironią: ‚Po co tyle dzieci?’ Kpił. Przy nim i przy dzieciach. I wówczas mój teść powiedział: ‚Popatrz na moje dzieci. Którego miałoby nie być? Które chciałbyś usunąć? Deborę? Ignasia? Filipa?’ Zapadła cisza jak makiem zasiał. Płacz i przeprosiny.”

Dla kochającego serca każde dziecko jest wyjątkowe, jedyne, najmilsze. Dla tych, którzy nie kochają jest za wiele ludzi: ONZ zastanawia się, co zrobić, by zmniejszyć ludzkość o miliony, miliardy.

Ale Pan Bóg tak jak tamten teść upomina się o każdego: „Które z moich dzieci chciałbyś zabić? Znam nie tylko imię każdego z moich dzieci, ale i każdy uśmiech, każdą zmarszczkę,  każde westchnienie. I o każde się upomnę.”

Czytając o obradach ONZ, zastanawiam się czy to nie jeden ze współczesnych Herodów.

Bóg jest Ojcem wielodzietnym, hojnym w swojej miłości. Za każde ze swych dzieci ofiarowuje Syna Swego Jezusa.



W objęciu brata

Zafascynował mnie ten film:

przytulenie

Tyle ciepła i pokoju w tych nowo narodzonych dzieciach.

„Z Twoim światłem we włosach każde życie zaczyna się”.

Karmiąc dwulatka i dwumiesięcznego człowieka też mam radość oglądać ich czułość wobec siebie. Tandem- jak ktoś chce nie mieć świętego spokoju, to polecam 🙂

 



Jesteś skarbem

Jesteś skarbem dla swojej rodziny, dla swojego męża i dzieci.

Niezależnie od tego, czy o tym wiedzą czy nie, nawet jak sama o tym nie wiesz, nie chcesz wiedzieć, to również jesteś skarbem.

I to nie tylko dlatego, że Cię potrzebują, choć dlatego też.  Ze względu na Twoje wnętrze, ukryte w Tobie piękno i miłość- głęboko wyryte podobieństwo do Boga-Stwórcy.

„”Gołąbeczko ukryta w zagłębieniu skały”- tak czule mówi do nas Zbawiciel. Jeśli macie doła- to zachęcam do przeczytania Pieśni nad Pieśniami z Biblii, ile zachwytu jest w głosie Boga, gdy patrzy na nas, a patrzy daleko głębiej niż na pleśń naszego grzechu, która z wierzchu nas powleka.

Dziś zachwyciłam się tym artykułem:

Pomoc w rodzeniu

Miałam to szczęście być w Sanktuarium w Matemblewie i choć wydało mi się wówczas dość skromnym miejscem (to było przed 15 laty), zapadło mi w serce. Matka Boża chce być przy naszych porodach, chce wchodzić w naszą samotność. Czasami ona jest jeszcze głębsza, gdy rodzimy w szpitalu otoczone całą tą otoczką medyczną, gdy wokół mnóstwo ludzi, a żaden nie wnosi pokoju ani życzliwości.

Maryja chce wchodzić w naszą radość i trud rodzenia, stawania się matkami na tym czy innym etapie (jest też przecież rodzenie przedszkolaka, nastolatka itd.)- pomagając nam z wielką delikatnością, serdecznością i dyskrecją. Myślę, że taki poród nie może się nie udać- niezależnie od obiektywnych kryteriów „efektywności”.



Zatrzymywanie i popychanie rwącej rzeki

Wrażenie zrobił na mnie pewien artykuł:

Rzeki nie trzeba pchać, płynie sama…

Profesor Fijałkowski (ale chyba nie tylko on) wypromował ideę porodu jako rzeczywistości porównywalnej z wysiłkiem maratońskim, z wchodzeniem pod górę. Jednak kobiety, które doświadczyły naturalnego porodu (rzadko jest to możliwe w rzeczywistości szpitalnej) często kwestionują tego typu porównanie.

Pewna mama opowiadała mi o swoich porodach, które odbyła po lekturze książek profesora Fijałkowskiego (które generalnie bardzo sobie cenię). Otóż to, że była bardzo aktywna: chodziła, kucała, ruszała się na różny sposób w żaden sposób jej nie pomagało. Sprawiło natomiast, że nie miała sił na późniejszym etapie parcia. Ten scenariusz znam zresztą z niejednego porodu: mama tak bardzo jest aktywna w czasie fazy rozwierania szyjki macicy w czasie skurczów i między nimi, że traci potrzebne jej później siły do parcia.

Oglądając przebieg prawidłowych naturalnych porodów widać, że kobieta nie potrzebuje bardzo wiele ruchu w tej pierwszej fazie: delikatne kołysanie biodrami, rozluźnianie się, spokojne przykucanie od czasu do czasu są zazwyczaj wystarczające. Z moich doświadczeń wynika, że forsowanie się w czasie skurczów i między nimi nie przynosi dobrych efektów: niepotrzebnie wyczerpuje. Zamęczanie się chodzeniem po schodach, w ogóle chodzeniem, skakaniem i innymi czynnościami, na które mama rodząca nie ma ochoty najczęściej nic nie daje. Oczywiście oprócz nadmiernego przemęczenia.

Zwłaszcza ruch bez odpoczynku, bez wykorzystywania przerwy między skurczami na głęboki relaks może być niewskazany.

To może w czasie parcia należy jak najmocniej przeć stosując się do rad innych?

Otóż okazuje się, że aż do lat dwudziestych XX wieku kobiety w ogóle nie pouczano o tym: kiedy ma przeć, jak ma przeć, jak mocno, jak długo. A matki rodzące, mimo tego i tak wiedziały: jak, kiedy i w jaki sposób mają przeć i radziły sobie z tym świetnie.

Parcie bez skurczów partych i potrzeby parcia wypływającej z samej matki niesie ze sobą fatalne rezultaty: przemęczenie, ryzyko pęknięcia szyjki macicy, przedłużanie się porodu, negatywne skutki dla dziecka.

Również sytuacja odwrotna często bywa niekorzystna: niepozwalanie na parcie matce, która czuje taką potrzebę. To jak hamowanie rzeki, żeby nie płynęła w obranym przez siebie kierunku.

Niekiedy położna, która zna sztukę położnictwa może zachęcić podczas wyłaniania się główki dziecka do spokojnego spowolnienia parcia (np. przez dyszenie, zdmuchiwanie świeczek), żeby ochronić krocze rodzącej. Jednak to sama matka wybierająca pozycję pionową (stojącą, w kucki, siedzącą, klęczącą, w klęku podpartym) jest tu ekspertką od dobrego rodzenia. Dobra położna ochrania to dobro, którym posługuje się rodząca.

Czasami gdy dziecko jest bardzo duże cenne mogą się okazać jej zachęty do zmiany pozycji, gdy parcie idzie bardzo powoli.

Zastanawiam się jednak, czy personel medyczny nie boi się zbytnio tego parcia. Zazwyczaj tak przynagla do niego, tak pośpiesza matkę, jak gdyby poród był wyścigiem, a nie czynnością fizjologiczną, która ma właściwe sobie tempo, siłę, czas.

Z pewnych badań wynika, że samo parcie nie stwarza żadnego dodatkowego zagrożenia dla życia i zdrowia dziecka. Wyjątkiem jest sytuacja, gdy matka zatrzymuje oddech. Skuteczny wysiłek matki to również potrzeba skutecznego oddychania. Okazuje się więc, że wstrzymywanie oddechu, bezdech są niekorzystne i na tym etapie porodu. Najprostsze i najbardziej naturalne jest parcie połączone z oddychaniem, zwłaszcza wydechem.

Zaufanie i cierpliwość to przepis na dobry naturalny poród, z którego matka uczy się siebie, rodzenia i współpracującego z nią skutecznie dziecka.

Poród to akt miłości. Nawet gdy nie wyjdzie on po naszej myśli- zawsze może pozostać aktem miłości z naszej strony. Postawa naszego serca jest decydująca.



Jak dobrze nam…

Dobrze się karmi razem czy to piersią, czy butlą czy obiadem. My mamy jesteśmy wbrew pozorom istotami społecznymi. Choć częsta samotność chciałaby udowodnić inaczej.

Akurat z Moniką razem na zmiany karmiłyśmy piersią, obiadem. Karmi się wtedy jakby nigdy nic. Normalka. Taka kolej rzeczy, że dzieci najpierw mleka są nienażarte, a potem lodówkę trzeba na kłódkę zamykać. Tendencja jest jednak taka, że prędzej czy później ludkowie mili (i potworni) będą woleli się przyssać do lodówki, przyjaciółki, przyjaciela. I wtedy będziemy wspominać stare dobre czasy, jak to jednak przyjemnie i (względnie) bezproblemowo było przytulić własne dziecię i dać mu coś z siebie mlecznego.

zdjecie 5

(Tu się piszącej, wstawiającej obrazki zakręciło w głowie)

Nawet  z perspektywy drugiego młodszego potomstwa łatwiej wrzucić na luz. Zostajemy wreszcie swoimi własnymi przyjaciółkami- same w sobie wreszcie też znajdujemy wsparcie, o które wcześniej było trudno z całą własną niepewnością, nieporadnością rodzica jedynego dziecka.

Cóż, jak kto może, to zachęcam i do starań o czwarte, piąte, itd. dziecko w rodzinie. Z perspektywy jedynaka zdaje się rodzicom, że w takim dziecku niemal każda dziedzina życia jest problemem wymagającym uwagi rodzicielskiej, towarzyszenia czy troski. Mając kolejne dzieci okazuje się, że taki człowiek ma mnóstwo pokładów radzenia sobie z własnymi problemami, wyzwaniami.

Umie np. sam się domagać, by dać mu spać, choć starsze rodzeństwo trzeba było do łóżka spychaczem zgarniać. Ma świetne pomysły na nudę, na znalezienie sobie zajęcia, choć jedynak stale domagał się uwagi itd.

To jest wspaniałe doświadczenie mieć wiele dzieci, bardzo inspirujące, doświadczające i rozwijające. Każde dziecko uczy nas czegoś nowego, każde dziecko to nowe odkrycia, nowa radość. Nowa podróż.

Kampania „Pomyśl o dziecku”

Pomyśl o dziecku zanim będzie za późno.

Pomyśl o dziecku, nie bój się- jest przy Tobie Chrystus. I tak zawsze boimy się nie tyle tego, co się naprawdę wydarzy, a własnych wyobrażeń o przyszłości. Rzeczywistość potem okazuje się o wiele ciekawsza, wartościowsza, choć oczywiście nierzadko trudna i wymagająca.



Tęsknota serca

Mamy w sercu pragnienia, jedne nieodparte, silne, marzenia, które powracają. Czasem zupełnie nierealne albo tylko nierealnymi nam się wydają.

Po co te pragnienia? Dlaczego? Czy to potrzebne?

Ma sens to, co w nas jest. Tylko jaki? Nie jesteśmy bezkształtną masą, genderowym plastelinowym ludzikiem, który z dziewczynki można ulepić w chłopczyka, a z chłopczyka dziewczynkę. A jeśli nawet ktoś się bawi w takie lepienie- to robi krzywdę dziecku, zamazując, niszcząc dar jego płci, jej piękno, zrozumienie go.

Co zrobiły dzieci z motorkami, którymi się bawiły? Chłopczyk urządzał wyścigi, a dziewczynka na koniec ułożyła swój motorek do łóżeczka pod kołderkę. Czy ktoś ją do tego namawiał? Oczywiście, że nie. Swobodna zabawa dzieci. Ale któż nie zna dziewczynek, które z zapałem bawią się w wojnę po chłopięcemu, samochody, chcą się ubierać jak chłopcy? I odwrotnie. Gdzieś głębiej schowały się ich dziewczęce pragnienia. Ale nie wyparowały.

Pan Bóg stworzył nas przede wszystkim na swój obraz. Różne cechy potrzebne są nam w życiu i męskie, i kobiece- w różnym nasileniu. To jest dobre, ale staje się niedobre, gdy stajemy się kimś innym niż zaplanował to dla nas Stwórca.

Zastanawiam się nad tym, jak kobiety noszą przeżycia swoich porodów w sercach. Nawet jeśli nie pamiętają konkretów, szczegółów,  to własne przeżycia głęboko zapadają w serce. Marzymy o dobrych porodach czyli o dobrych spotkaniach z własnym dzieckiem. To w ogóle nie powinno dziwić.

Nie marzymy o porodach pełnych bólu, udręki, odłączenia. Bo to nie jest obraz stworzenia, to obraz po grzechu. „Obarczę cię niezmiernie wielkim trudem twej brzemienności, w bólu będziesz rodziła dzieci…” Profesor Fijałkowski pisał, że wierniejsze byłoby tłumaczenie nie „w bólu”, a „w trudzie”.

To nie jest przekleństwo Boga, to jest Jego błogosławieństwo. Bóg nie przeklina, tylko wyposaża nas na drogę do zbawienia. Błogosławieństwem jest też ten obraz stworzenia: człowiek jako bardzo dobry, piękny, czyniący wszystko pięknie, doskonale. Rodzący się bardzo dobrze i żyjący bardzo dobrze. W ekstazie miłości.

I teraz spotyka się czasami takie porody, które bliższe są Raju niż zniszczeń po grzechu.

Znam mamy, które miały 4 i 7 cesarek, a znam też takie, które rodziły i po dwóch cesarkach naturalnie. Pełno jest opisów kobiet, które dzielą się swoimi porodami drogami natury jak horrorem.  Czyż one nie miały pragnienia pięknego porodu? Czy to pragnienie pięknego stawania się matką już niepotrzebne, unicestwione przez poród, który „nie wyszedł”, który jest raniącym wspomnieniem?

Myślę, że ta rana może się zabliźnić przez wybaczenie, przez Serce Pana Jezusa hojne dla wszystkich, którzy Go wzywają. Przez dar uzdrowienia.

Otrzymując w tym newralgicznym miejscu większy krzyż- czasem Pan Bóg otwiera nas na większy dar.

Pięknie pisze Sheila Kietzinger pisze w „Rodzić w domu”, że poród jest aktem miłości. I do tej miłości tęsknimy, czujemy ją, że jest ona nam wręczona w prezencie i zadana.

Mam wrażenie, że bardzo się oddaliliśmy od wpisanego w nas pięknego daru rodzenia, który jest przecież kontynuacją aktu małżeńskiego. Zafascynowani tym faktem zwracają uwagę, że gdyby nie lęk, można by doświadczyć podobnych głębokich odczuć ekstazy. Wiele o tym (niestety po angielsku) na stronie:

Poród bez asysty

O tej tęsknocie za „zwykłym” porodem siłami natury, pomimo wcześniejszych trudniejszych doświadczeń odrobinę znalazłam na tej stronie (i w licznych rozmowach):

Naturalnie po cesarce

Wiele jest takich tęsknot. Miałam też szczęście pomagać rodzicom adopcyjnym w karmieniu piersią ich przysposobionego dziecka. Bo i to się może udać, gdy dodamy wiele cierpliwości, zaufania, gdy Pan Bóg pozwoli.



Czas bezradności i siły

Bardzo lubię słuchać o porodach. Podobno zawsze gdy dwie kobiety, które rodziły, spędzają ze sobą więcej czasu- to prędzej czy później opowiedzą sobie historię swoich porodów.

To jest fascynujące!

Niektóre kobiety są zawiedzione swoimi porodami, niespełnione w nich.

Ale również te, które są zadowolone, szczęśliwe ze swoich porodów przeżywają je jako czas pewnej bezradności. Czas zapotrzebowania na wsparcie, pomoc, podtrzymanie na duchu i ciele, ale też ogromnych sił, których się po  sobie nie spodziewały.

Czasem matce rodzącej już na początku porodu wydaje się, że to ponad jej siły, że przerasta jej możliwości, a mimo wszystko dotrwa do końca porodu.

Innym razem nie wytrwa, nie ma siły na urodzenie (trzeba to zrobić za nią), ponieważ już w czasie skurczy początkowych, a nawet wcześniejszych przepowiadających tak się wymęczy, zestresuje np. zdaje jej się, że powinna tak dużo się ruszać, nie spać, że potem nie ma sił na finiszu. Może nie mieć siły, bo zamiast starać się jeszcze normalnie funkcjonować, ona już nie śpi, biega, skacze, nie je- a potem brakuje jej energii, czasem chodzi o fizyczną energię, a czasem bardziej psychiczną i duchową.

W szpitalu też często wprowadzone są rygory w tym zakresie, np. nie pozwalając matce rodzącej jeść. O spanie też trudno w tym miejscu oświetlonym jarzeniówkami.

Michel Odent pisze w jednej ze swoich książek, że dopóki kobieta ma możliwość i chęć jedzenia, to znaczy, że ona jeszcze nie rodzi. Uważam, że nie jest to prawda.Nie jest to raczej 7 cm rozwarcia ani parcie, jeśli ma ochotę na jedzenie, ale może być częściowe rozwarcie szyjki macicy.

W pierwszej połowie porodu (może do 5 cm rozwarcia?) ważne jest, żeby móc zaspokoić swój głód: przecież poród wymaga dostarczenia ogromnej energii, zwłaszcza jego końcówka. Jeśli dziecko rodzi się w dzień- to ważne jest zachowanie swoich normalnych zwyczajów, np. zjedzenie obiadu czy śniadania. Jeśli nie można już go zjeść, nie ma się na to ochoty, może to znaczyć, że poród jest w bardziej zaawansowanej fazie lub matka jest za bardzo zaaferowana, przejęta tym, że rodzi.

Normalne jedzenie, jeśli matka ma na nie ochotę jest więc bardzo ważne dla postępu porodu, żeby kobieta nie była pod koniec wycieńczona, opadła z sił, niezdolna do rodzenia.

Widzę nasze matczyne życie jako nieustanne rodzenie człowieka. Trzeba urodzić potem dziecko jako człowieka, który jest zdolny obyć się bez trzymania za rączkę podczas chodzenia, jako człowieka, który może pójść sam do sklepu itd. Czas wypuszczania dziecka z siebie: swojej troskliwości, opiekuńczości, żeby stawała się ona bardziej dyskretna, zezwalająca na samodzielność, na życie na swój rachunek.

Niektórym mamom lepiej przychodzi rodzenie noworodka, innym z kolei dziecka przedszkolnego, np. wypuszczenie go w świat kolegów, przyjaźni, innym rodzenie nastolatka- nawiązanie z nim dojrzalszej więzi.

I znów trzeba być również dla siebie dobrą, brać wsparcie od innych, dbać również o zaspokojenie własnych potrzeb, żeby mieć na to nie tylko siły, ale jeszcze czerpać radość z tego rodzenia-uniezależniania się coraz starszego dziecka.



Spanie podczas porodu

Dziecko podczas porodu może być tak wyciszone, że nawet się nie obudzi po porodzie.

Nie wierzycie?

To obejrzyjcie: poród dziesiątego dziecka w rodzinie

Czy byłoby to możliwe w innych warunkach, bez pokoju w sercu tej matki?