Takie „Ptasie zegary” można zobaczyć w wielu miejscach Polski. Różne ptaki o różnych porach dnia i nocy zaczyna swą piosnkę godową.
Ale w połowie lipca rokrocznie niemal wszystkie milkną.
Już prawie nie słychać ptasich treli. Zauważyliście?
„Jest czas na wszystkie sprawy na ziemi”.
Jest czas rodzenia i czas umierania.
Czas śpiewania i milknięcia.
Tradycyjnie w położnictwie mówiono, że rozwój dziecka w łonie matki trwa od poczęcia około 38 tygodni +/- 3 tygodnie.
Wcześniej było niedobrze rodzić, bo mógł się urodzić wcześniak.
A później?
Później w nielicznych przypadkach dziecko mogło być przenoszone, np. mieć skórę zmacerowaną- brak mazi płodowej, za mało wód płodowych, oddać smółkę, mieć niewydolne łożysko.
Ale najczęściej cierpliwie czekano taką lub inną ilość czasu i prędzej czy później rodziło się dziecko.
Bo miłość jest cierpliwa.
Ale miłość nie broni korzystać z rozumu na korzyść drugiej osoby. Więc rozumnie pilnować i obserwować dziecko, czy jest zdrowe- ma sens.
Dlatego kontakt z dzieckiem uważam za kluczowy: matka jest tu specjalistką, bo zna to dziecko i jego charakterystyczne zachowania najlepiej.
Oprócz tego można zbadać po 42 tygodniu łożysko, czy jest wydolne, można obserwować serce dziecka przez KTG.
Jeśli czekamy i nie zmuszamy dziecka do rodzenia się, to mamy szansę poznać typowy czas rozwoju dziecka w danej rodzinie. Są i były takie rodziny, gdzie wszystkie dzieci rodzą się np. gdy ciąża trwa 42 pełne tygodnie. Jeśli byśmy wywołali poród w 38 tygodniu, to mamy wcześniaka aż o 4 tygodnie. A przede wszystkim nie poznamy charakterystyki tego konkretnego dziecka i tej konkretnej rodziny.
My nie jesteśmy od szablonu. Jednakowi. Mamy i różnice międzyrodzinne, i różnice osobnicze. I one mają sens.
3 dni przed porodem dziecko wchłania istotną część wód owodniowych z płuc. Ma to sens? Czy może dziwić, że w sytuacji indukcji część dzieci w ogóle nie chce się rodzić?
Pewna nauczycielka terapeutów integracji sensorycznej, zwróciła mi uwagę, że duża część wybiórczości pokarmowej wiąże się z indukcją porodu. W rozwoju dziecka ma sens kolejność w jakiej uczymy się: pewnych etapów nie da się pominąć, żeby pójść dalej w rozwoju. Tuż przed porodem rozwija się np. intensywnie mózg, zmysł smaku. Do dziecka przez łożysko w ostatnich dniach i tygodniach przechodzą też ciała odpornościowe. Wyposażenie dla dziecka na tę trudną drogę na zewnątrz i na drogę lądową.
Komu ufamy?
Bogu? Dziecku? Lekarzowi?
Życie jest sztuką wyboru.
„Doskonała miłość usuwa lęk”. Czy chcesz, żeby usunęła ten lęk? Czy bardzo jesteś do niego przywiązana? przywiązany?
Stan błogosławiony jest szczytem zdrowia- usłyszałam kiedyś z ust Ewy Niteckiej, współzałożycielki Stowarzyszenia na Rzecz Naturalnego Rodzenia i Karmienia. Ale żeby szczęśliwie dostać się na szczyt- warto się do tego właściwie przygotować i dokonywać właściwych wyborów podczas zdobywania go: towarzyszenia dziecku podczas rozwoju w fazie ukrytej, wewnątrzłonowej. Jednak czas ten jest również czasem przygotowania do kolejnego etapu: laktacji, karmienia piersią- stąd potrzeba magazynowania w organizmie wartościowych skłądników.
Co jest najlepszą profilaktyką przed poczęciem i po poczęciu dziecka?
—> miłość– ta prawdziwa przez duże „P„, nie udawana, dodaje sił, radości, leczy to, co chore, przynosi ulgę, gdy jest trudno; czasami matki zapominają, że miłość to nie tylko dawanie; dawanie to jest rewers miłości, jej awersem jest branie; jeśli nie umiesz brać, to pozbawiasz swoich bliskich (i nie tylko bliskich) możliwości nauczenia się dobrych uczynków; to miłość do Twoich bliskich powinna pozwolić ci przyjąć od nich odpoczynek, gdy tego potrzebujesz, możliwość wyręczenia cię, ustąpienia ci miejsca w autobusie; to miłość powinna cię skłonić do tego, by pójść do masażysty, fizjoterapeuty, lekarza czy położnej, jeśli tego potrzebujesz; najważniejszym narządem zmysłu, jaki posiadamy, jest skóra- przytulajmy, masujmy, dotykajmy tych, którzy tego potrzebują, ale też pozwólmy, by inni okazywali nam w ten sposób swoją miłość; pod pojęciem miłość rozumiem, coś o wiele więcej niż emocje, bo postawę życiową i wybory życiowe; miłość to też przebaczanie, czasem bardzo wiele przebaczania- a z tym wiążą się też trudne, a czasem bardzo trudne emocje; jako położna i medyk mam też namacalną wiedzę, że brak wierności, czystości przed małżeństwem, zdrady, wynaturzenia itp. czyli brak miłości, to narażenie siebie i małżonka czy kochanej osoby na choroby przenoszone drogą płciową;
—> Świadomość czyli wierność prawdzie; a w rzeczy samej odkrywanie tej prawdy w trudzie, ale też w radości, bo tylko prawda jest ciekawa; mądrość ludowa mówi, że zaczynamy dbać lub nie dbać o zdrowie swojego dziecka 10 lat przed jego narodzeniem; długa perspektywa, nieprawdaż? w krótszej perspektywie to bezpośrednim przygotowaniem do poczęcia dziecka jest konkretny cykl owulacyjny i cykl przed nim; i ciekawe, że lekarze hojną ręką wykonują kobietom łyżeczkowania, a pośród swoich alarmują, jak jest to ryzykowny zabieg i ile po nim może być powikłań i apelują, żeby go unikać, jeśli to możliwe ze względu na to, że robi się kobietom na macicy blizny; przy naturalnym poronieniu, zwłaszcza jeśli ma ono miejsce do 12-13 tygodnia organizm ma ogromne szanse samodzielnie sobie poradzić z tą sytuacją, niepotrzebnym okaleczaniem może być łyżeczkowanie; powinno nam też dać do myślenia, że w tak bogatych krajach jak np. Finlandia zalecane i refundowane są jedynie 2 USG prenatalne; czy jesteście pewni, że USG co miesiąc na wizycie u ginekologa zwiększają prawdopodobieństwo zdrowia Waszego dziecka? są badania, które mówią dokładnie coś odwrotnego; preparaty hormonalne brane przed poczęciem są w stanie zaburzyć gospodarkę hormonalną na wiele lat, np. hormonalny lek na trądzik, często przepisywany dziewczętom potrafi skutkować niemożnością donoszenia przez nie później ciąż (ulotka: działania niepożądane); okres dojrzewania słynie ze swoich huśtawek hormonalnych, nierównowagi- i w ten sposób uczy się on sprostać późniejszemu macierzyństwu- dlatego nie można go dodatkowo obciążać hormonami z zewnątrz; branie z kolei pigułek antykoncepcyjnych, założenie spirali wewnątrzmacicznej to rujnowanie kobiecego endometrium; prof. W. Fijałkowski porównywał endometrium czyli śluzówkę macicy po antykoncepcji hormonalnej do rżyska, natomiast- u kobiety stosującej naturalne metody planowania rodziny- do falującej łąki i pokazywał tę różnicę na zdjęciach; warto, żebyście rozumiały i doceniały kobiecą fizjologię przed poczęciem, jak i po poczęciu dziecka; mając np. świadomość, że w stanie błogosławionym zwiększa nam się ilość krwi o 40-45% przy ciąży pojedynczej- warto do tego się przygotować jak najwcześniej, np. badając sobie poziom ferrytyny czyli zapasu żelaza w organizmie; jeśli mamy duże zapasy, ogromnym błędem jest suplementacja żelaza, gdyż sprzyja ona wówczas takiemu groźnemu powikłaniu jakim jest rzucawka czy stany przedrzucawkowe; zresztą żelazo jest dosyć „ryzykownym” suplementem w pierwszym trymestrze – może być ono teratogenne czyli uszkadzające dla dziecka; mając nie za wysoki poziom ferrytyny, bezpiecznie można jeść/pić pokrzywę, kwas buraczany, a nawet od drugiego trymestru suplementować żelazo w bezpiecznej formie np. laktoferrynę;
Obserwując swój cykl miesiączkowy, można też bardzo wcześnie zauważyć niedomogę progesteronową- umożliwia to nam zapobieżenie poronieniom czy przedwczesnemu porodowi np. przez wdrożenie leczniczych dawek witamin C, E.
Warto być świadomym, że stan błogosławiony jest czasem, kiedy matka rezygnuje z części swojej odporności na rzecz swojego rozwijającego się dziecka- dlatego tym bardziej powinna zadbać o to, co podnosi jej odporność: w jej trybie życia. Na tryb życia składa się: oddychanie, ruch, świadome rezygnowanie ze stresu, odżywianie. Jak można świadomie rezygnować ze stresu? Uczy nas tego chrześcijaństwo: uczy postawy wdzięczności, stawania się radosnym dzieckiem Bożym czyli postawy ufności, życiem chwilą obecną.
Świadomość sensowności fizjologii: nie musimy się bać fizjologii. Częścią fizjologii są np. skurcze Braxtona-Hicksa czyli skurcze macicy, które zaczynają się od połowy ciąży, powinny być one raczej niebolesne i nieregularne, ale mogą być wyczuwalne jako twardnienie brzucha – a dokładniej: macicy. Skoro są one częścią fizjologii, to na pewno nie należy ich leczyć No-Spą (po której dzieci mają osłabione napięcie mięśniowe), kładzeniem do szpitala i podawaniem matce sterydów na rozwój płuc. Powodem do paniki dla niejednej matki bywa też badanie długości szyjki macicy.
Badanie to powinno się odbywać w ściśle określonych warunkach- inaczej jest niemiarodajne:
pomiar szyjki macicy powinien odbyć się dokładnie pomiędzy 18.-22. tygodniem ciąży,
winien być wykonany w USG przezpochwowym,
w czasie tego badania pęcherz moczowy powinien być opróżniony.
Tylko tak wykonane badanie jest uważane za miarodajne i jego wyniki można dalej interpretować zgodnie z pracami naukowymi wg medycznych standardów. Czy wszyscy wasi lekarze przypominają wam o skorzystaniu z toalety przed badaniem USG- tzw. połówkowym?
Pocieszające naprawdę są dane z 2 pierwszych akapitów:
Szyjka powyżej 25 mm w połowie ciąży– ryzyko porodu przedwczesnego to zaledwie 1%,
Szyjka od 16 do 25 mm w połowie ciąży – ryzyko porodu przedwczesnego wynosi zaledwie 4%,
Szyjka 15-10 mm – 25% ryzyka porodu przedwczesnego ,
Szyjka macicy krótsza niż 10 mm w połowie ciąży – ryzyko porodu przedwczesnego- bardzo duże: 90%.
Czy 1% to dużo? A 4%? To wystarczająco, by dać się zastraszyć porodem przedwczesnym i dać się położyć do szpitala?
Czy nie lepiej w tej sytuacji byłoby zapobiegać dalszemu skracaniu odciążając tę szyjkę i zapobiegając skurczom przez suplementację magnezu z witaminą B6? Nie jest to gotowa odpowiedź- tylko sprawa do rozważenia. Czasem lepiej zapobiegać, dzięki szpitalnej pomocy, możliwości wcześniactwa.
Wnioski jakie wysnuwa jednak lekarka z w/w strony są dla mnie porażające: czy naprawdę wystarczy częste chodzenie do lekarza, by zapobiegać powikłaniom położniczym?
Czy jednak tryb życia nie jest istotniejszy?
Kluczowe badanie dla profilaktyki pokazuje, że nawet za 75% zdrowia odpowiedzialny jest właśnie tryb życia: ruch, oddychanie, odżywianie itp.
Czy wystarczy, żeby być zdrowym samo chodzenie do lekarza, jeśli zaniedbujemy na co dzień ruch, właściwe odżywianie, potrzebę odpoczynku itp.
Na koniec chciałabym opowiedzieć Wam o badaniu, które pokazało, że kobiety, które do końca stanu błogosławionego chodziły do pracy 4-krotnie częściej rodziły drogą cesarskiego cięcia w porównaniu z tymi, które miały zwolnienie co najmniej od 3 trymestru. Czy to nam coś mówi o lokowaniu swoich sił? Czy w kontekście rozwoju tak intensywnego dziecka, możemy stawiać na pierwszym miejscu pracę zawodową? Widać jak na dłoni, że jest to lub może być szkodliwe dla dziecka.
Dziękuję Fundacji Madka za zaproszenie mnie oraz Eweliny Misiury- doradcy żywieniowego z wykładem dotyczącym profilaktyki.
No właśnie- dlaczego lekarze czują się w ogóle kompetentni wypowiadać o czymś, czego zazwyczaj nie widzieli?
Dlaczego bezpieczeństwo porodu domowego w obecności położnej jest tak duże?
gdyż wiele matek, które rodzą w domu wybiera profilaktykę: dobre odżywianie, dużo ruchu, pokój serca i pracę nad sobą, dobraną z rozmysłem zdrową dietę, indywidualnie dobraną suplementację, jeśli trzeba, unikanie szkodliwych dodatków do żywności i jej zanieczyszczeń;
bo właśnie w domu mamy najwięcej zaprzyjaźnionej (tzw. symbiotycznej, probiotycznej) flory bakteryjnej czyli takich mikroorganizmów, które nasz organizm zna, umie sobie radzić, a nawet służą one zachowaniu zdrowia; w domu zazwyczaj nie ma szpitalnych super zjadliwych lekoopornych patogenów, na które nie wykształciliśmy ani my, ani nasze dzieci odporności;
bo to właśnie we własnym domu łatwiej o uszanowanie fizjologii, nieprzyśpieszanie żadnego z etapów, ale też szukanie zdrowych rozwiązań wspierających ten stan zdrowia; w domu też położnej łatwiej o cierpliwość, bo nie ma poczucia, że zaraz kończy jej się dyżur i powinna „to skończyć”;
we własnym domu nie ma tylu rozpraszających bodźców, które mogą zahamować/utrudnić naturalny poród: wywiadu na Izbie Przyjęć (lista pytań jest doprawdy imponująca- gdy przygotowujemy się do porodu domowego wywiad medyczny jest przeprowadzony podczas kwalifikacji PRZED porodem); w domu nie ma wdrapywania się na fotel ginekologiczny, żeby kolejne osoby badały (np. kolejne położne i kolejni lekarze, bo się skończył dyżur, kolejni studenci zaliczający praktyki, salowe, które muszą sprzątnąć, ale przy okazji sobie popatrzą itp., itd.);
bo to właśnie w domu liczbę badań wewnętrznych ogranicza się do niezbędnego minimum, żeby zmniejszać prawdopodobieństwo zakażenia wstępującego; nie bada się rutynowo, a dopasowując do zmieniającej się sytuacji położniczej szukając optimum danego badania dla danej sytuacji; w domu koncentrując się na 1 rodzącej, łatwiej o dobre zindywidualizowane decyzje;
bo w domu jest ciągłość i zrozumienie opieki: jest znajomość danej klientki, jej słabych i mocnych stron; w szpitalu najczęściej trudno trafić na lekarza prowadzącego ciążę lub znajomą położną- inny więc lekarz często prowadzi ciążę- inny lekarz i położna są na Izbie Przyjęć- inny lekarz i położna są na porodówce- a gdy mamy pecha i akurat się kończy dyżur, to wkraczają następni lekarze i następne położne; z tym brakiem ciągłości wiąże się też rozmycie odpowiedzialności w szpitalu;
bo w domu jest najlepsze miejsce na intymność- we własnym pokoju czy łazience można się spokojnie zamknąć, wyciszyć, rozluźnić, bez skrępowania można okazać/odwzajemnić pieszczoty własnemu mężowi; to jest miejsce, gdzie nam najłatwiej przychodzi odpoczynek- drzemki w czasie porodu niekiedy bywają zbawienne; szpital to jest miejsce publiczne- kiedyś naliczyłam przy jednym porodzie aż 8 osób personelu medycznego (i pozamedycznego)- a nie był to poród w żaden sposób powikłany; czy da się spać w takich okolicznościach?
bo nawet szczury częściej doświadczały powikłań rodząc młode, gdy zmieniano wówczas ich miejsce pobytu; czy kobieta nie jest o wiele wrażliwsza niż jakiekolwiek gryzonie?!
bo dom to miejsce, gdzie nie musimy doświadczać rozłąki z najbliższymi: z mężem, bo skończyła się pora odwiedzin w szpitalu, z dziećmi- bo w ogóle na położnictwo dzieci często się nie wpuszcza; a obecność bliskich osób, członków rodziny, osób ważnych dla naszego poczucia bezpieczeństwa zapewnia matce stabilność emocjonalną, która w okresie okołoporodowym jest dość krucha;
w końcu oczywista oczywistość: miejsce dla zdrowych to dom, a nie szpital; dlatego tak ważna jest kwalifikacja i czuwanie położnej, żeby chorych odesłać jak najwcześniej do szpitala; o ile lepszego wsparcia, leczenia doznałyby chore kobiety i chore dzieci (lub te z powikłaniami) ze strony personelu medycznego, gdyby nie musieli się oni zajmować mnóstwem zdrowych osób niepotrzebujących medykalizacji ich porodów, a skupili się na tych ze schorzeniami, potrzebującymi leczenia, operacji, zabiegów i innego rodzaju wsparcia medycznego?!
bo to właśnie szpitalna machina zdrowych przerabia na pacjentki- wcale nie tak łatwo nie wchodzić w rolę „grzecznej pacjentki”, gdy już się jest w szpitalu i oczekują od ciebie poddania się wszelkim badaniom, zabiegom- najlepiej bezmyślnie i bez zbędnych pytań; rodzące myślące, odpowiedzialne, odmawiające procedur medycznych często nie są lubiane lub uważane za dziwne, przekonywane do rezygnacji ze swoich wyborów;
bo to właśnie w domu można rodzić pijąc i jedząc według potrzeby- co wymiernie skraca poród (wg danych EBM);
bo poród może być pięknym, ekscytującym, dowartościowującym dla kobiety wydarzeniem, gdy pozwoli/pomoże jej się przeżyć go bez lęku, bez odarcia z godności i poczucia sprawczości; zmniejszenie lęku, poziomu stresu przekłada się konkretnie na lepsze radzenie sobie z oddychaniem- dziecko i matka są lepiej dotlenieni, mają więcej sił w porodzie- nic nie trzeba robić ZA NICH; to ich święto- święto całej rodziny;
bo położna domowa jest wykwalifikowanym medykiem: wie jak zapobiegać wielu powikłaniom, a gdy się jednak pojawią- radzić sobie z nimi w domu lub zdecydować o transferze, gdy tego wymaga dobro klientki.
To w szpitalu najłatwiej
o trudne zakażenia, nadkażenia, powikłania wynikłe z pośpiechu, biegania od
jednej do drugiej „pacjentki”, o lekceważenie wsparcia fizjologii i o jatrogenną
medykalizację. To w szpitalu najłatwiej o „Po co się pani będzie męczyć?
Zrobimy cesarkę i po sprawie.” I w ten oto sposób szereg zdrowych matek ma
operację, która powinna służyć ratowaniu życia i zdrowia, a nie skróceniu
porodu, zabezpieczeniu pana doktora przed lękiem przed pozwem sądowym itp.
Zostawmy szpital
chorym i potrzebującym!
Skorzystają na tym i chorzy, a przede wszystkim my- zdrowi.
Zapraszam do skorzystania z naszej oferty położnej środowiskowej: edukacji, profilaktyki zdrowotnej, Szkoły Rodzenia, wspierania w porodzie i połogu.
Iza- psycholog, konsultant laktacyjny, położna środowiskowa i domowa:
Dziś chciałam Wam o ciekawym badaniu* opowiedzieć.
W stanie Kalifornia porównano grupę kobiet pracujących do samego końca ciąży z drugą grupą matek, które brały urlop (płatny). Otóż okazuje się, że kobiety, które dały sobie przed porodem więcej odpoczynku biorąc urlop, czterokrotnie częściej rodziły siłami natury. Te natomiast, które pracowały zawodowo do końca stanu błogosławionego czterokrotnie częściej miały cesarskie cięcia.
Przypadek?
Oczywiście, że nie.
Nie mamy dwóch żyć jak w grach komputerowych. Nie mamy sił dla wielu żyć. Mamy jako matki siły do donoszenia, urodzenia i wykarmienia konkretnego dziecka. Jeśli te siły zużywamy na pracę zawodową, czy może nas dziwić plaga cesarskich cięć, plaga depresji?
Matka w stanie błogosławionym dzieląc się wszystkim z dzieckiem (tlenem, jedzeniem, miejscem życia, usuwaniem produktów przemiany materii) i dając dziecku podstawy rozwoju wykonuje tak dużą pracę, że tylko po tym ma prawo czuć się zmęczona. A warto pamiętać, że stan błogosławiony to nie tylko wspieranie bieżącego rozwoju dziecka- to także przygotowywanie się na 2 lata laktacji: matka magazynuje makro- i mikroelementy, witaminy, tłuszcz, inne składniki odżywcze także na długie karmienie piersią, którego potrzebuje dziecko.
Można pracować zawodowo do samego końca ciąży. Znam nawet mamy, które urodziły w domu po takim doświadczeniu.
Ale czy zawsze warto?
Co stawiamy na szali?
Życie to sztuka wyboru. Na czym nam zależy, to wybieramy.
Poród jest jak żywioł- nie do końca da się go zaplanować i nie od początku da się go zaplanować.
Ale trochę się da.
Możemy wybrać dla siebie:
-czy chcemy rodzić w pozycjach aktywnych, wertykalnych;
-czy chcemy mieć znieczulenie;
-co chcemy wziąć ze sobą do porodu i co używać w jego trakcie;
-czy włączymy muzykę i jaką, dyfuzor z olejkami czy nic nie włączymy.
Możemy wybrać dla dziecka realizację opracowanych i zalecanych standardów okołoporodowych lub zrezygnować z nich:
-czy chcemy po porodzie kontakt z dzieckiem skóra-do-skóry przez pierwsze 2 godziny po narodzinach- służy to stabilizacji stanu dziecka i nawiązaniu więzi;
-kiedy zgadzamy się na przecięcie pępowiny (wyjątkowo trzeba ją przecinać szybko); rekomenduje się przecięcie jej po ustaniu tętnienia po 1 minucie; w planie możemy wyrazić chęć np. by ojciec dziecka mógł dokonać tego przecięcia;
-czy zgadzamy się na podanie dziecku witaminy K; a jeśli tak, czy drogą domięśniową (zastrzyk domięśniowy), czy doustną; rekomenduje się podanie jej drogą domięśniową czyli zastrzyk w mięsień pośladkowy;
-czy zgadzamy się na zabieg Credego- czyli zakroplenie oczu dziecka antybiotykiem (lub tradycyjnie azotanem srebra) w celu zapobiegania rzeżączkowemu zapaleniu spojówek i utraty wzroku przez dziecko matki chorej na rzeżączkę- towarzystwa lekarskie również rekomendują ten zabieg.
A jak przestrzeganie tych starannie ułożonych przez rodziców planów ma się do rzeczywistości? Zajrzyjmy do danych zebranych przez Fundację Rodzić po Ludzku:
Serdecznie zapraszam w swoim oraz mojego męża imieniu na cykl spotkań dla matek i ojców oczekujących narodzin dziecka w ramach Szkoły Rodzenia, który rozpocznie się od 11 stycznia.
Zajęcia będziemy prowadzić oboje:
-> część ćwiczeniową i teoretyczną (prowadzoną w dużej mierze metodą warsztatową);
->będziemy dzielić się doświadczeniem macierzyństwa i ojcostwa;
-> będziemy chcieli odpowiedzieć na Wasze pytania, wątpliwości, obawy, niepokoje;
->damy możliwość wypowiedzenia się Wam;
->w miarę możliwości będziemy też zapraszać gości specjalnych;
->będziemy też umawiać się na spotkania indywidualne.
Możliwość odbycia zajęć na NFZ.
Zapraszamy serdecznie:
Iza (psycholog, konsultant laktacyjny, doula, położna) i Grzegorz (inżynier, trener, ratownik przedmedyczny i człowiek wielu pasji), rodzice 5 dzieci;
Zapisy przyjmuję pod nr. tel.: 501-218-388 lub: mail: fizula@gazeta.pl
Jeśli miałabym jakąś książkę o połogu polecić, to właśnie tą.
Zebranie razem wielu tradycji połogowych. Zrozumienie tego wyjątkowego czasu. Przypomnienie godności matki w połogu. Jej niezastąpionej roli dla TEGO właśnie narodzonego dziecka, dla rodziny.
Bezcenne.
Bo tak małe dziecko matka będzie mieć tylko w połogu, sprzątanie natomiast – całe życie.
Za matkę- nikt nie nakarmi piersią.
Sprzątnąć, ugotować, zrobić zakupy- może za matkę wiele życzliwych osób.
Oprócz tego znajdziemy w książce podzielenie się przez autorkę własnym zmaganiem się z tym czasem, z życiem, ze sobą samą. Dziennik połogowy.
Innej mamie w połogu, której pożyczyłam tę książkę bardzo z kolei spodobały się przepisy, którymi dzieli się z nami Vola: na rozgrzewające połogowe potrawy, na nasiadówki, przepisy ziołowe itp.
Ale…
Jedno mam „ale”, ale bolesne.
Poprawność polityczna. I katolicka tradycja przedstawiona na samym końcu.
Poprawność polityczna przedstawiająca wszystkie tradycje na równi- jako równie wartościowe.
A czy na pewno są równie wartościowe, skoro konsekwencją jednej jest obrzezanie dziewczynek, innej obraz kobiety jako nieczystej- brudnej, a z kolei konsekwencją tradycji katolickiej jest nadanie kobietom praw równym mężczyznom i traktowanie kobiet z szacunkiem, na wzór Maryi?
Mam poczucie, że autorka potrzebuje jeszcze baaardzo dorosnąć do docenienia własnej tradycji, żeby innym móc pozwolić na to docenienie.
Zabrakło mi zauważenia jednej prostej rzeczy- że dla nas katolików połóg to nie jest już „czas nieczysty”- to oczyszczenie niesie ze sobą przesłanie bardzo pozytywne, skoro nawet podlegała mu Niepokalana Najświętsza Matka. To jest czas, kiedy sam Bóg jest gotowy wejść do naszego domu i się z nami-matkami, z rodzinami spotkać. Biegnąc szybko do kościoła już w połogu udajemy bardziej święte niż Maryja- bo Ona poszła do świątyni dopiero po 40 dniach czyli po okresie połogu. Obyśmy się w ten sposób z Nim nie minęły! To Bóg, który jest miłością pochyla się nad kobietą w połogu i jej nowo narodzonym dzieckiem- przychodzi do jej domu, do jej słabości, do jej delikatności. I docenia je. Ochrania.
Ale wszystko przed Volą 🙂 Na pewno kolejne wydania będą jeszcze lepsze. A to wydanie polecam obecnie pomimo tego mankamentu. Bo po prostu książka Voli póki co nie ma konkurencji.
Tak jak w otulaniu Vola jest wspaniała. I uczy tego kobiety z całej Polski (a pewnie nie tylko). Tak w zwróceniu bacznej uwagi na połóg i jego aspekty- bezkonkurencyjna! Jest to książka, którą warto kupić w prezencie. Ale przeczytać ją warto na pewno PRZED połogiem, żeby móc przygotować się nie tylko do porodu, ale też do godnego przeżycia połogu. I przygotować na to bliskie osoby.