Archiwum kategorii ‘Do poczytania- książki i nie tylko’


Kroczki w przód, kroczki w tył

Blaski i cienie- idąc do światła

Blaski i cienie- idąc do światła

„Gdy byłem dzieckiem,

mówiłem jak dziecko,

czułem jak dziecko,

myślałem jak dziecko.” 1Kor13, 11

Tymczasem dopada czasem takie zmęczenie, że coś się kiełbasi w głowie u potwornej matki małych potworzątek. I wydaje jej się, że to dzieci powinny zwłaszcza czuć i myśleć, i zachowywać się jak dorosły, a ona może sobie pozwolić na bycie niedojrzałym potworkiem.

Wykrzykiwać i tupać nieznośnie wypada młodym potworzętom, bo potwornie niedojrzałe.

Jak mama-potworzyca też przekonująco tupie i emocjonująco wrzeszczy, to pięknie się to utrwala w coraz bardziej krzyczących potomkach.

No więc wypada zacząć tresować pięknie potworną dziatwę jako stworzoną w siódmym dniu stworzenia, a więc razem ze zwierzętami. A jeszcze bardziej wypada tresować siebie i żyć tą nauką postu, wymagania od siebie.

Małe potworki lubią być tresowane, bo mogą zdobywać nagrody, bo wiedzą, co je czeka. Lubią być tresowane, bo rozumieją, jak unikać kary.

Im młodszy paszczak, tym więcej nagród: naklejeczek, piecząteczek, serduszeczek, przytuleń i doceniania.

Już półroczny brzdąc uczy się metodą kar i nagród. Ugryzienie mamy plus jej szybka reakcja-zabranie piersi=szybkie oduczenie się procederu gryzienia.

Są takie typy, dla których samo spojrzenie (nawet siejące grozę) jest nagrodą. Są takie, gdzie trzeba się natrudzić, żeby typ poczuł się potwornie docenionym.

Uff! Potwornie zanudziłam dzisiaj.

Polecam na podwieczorek E.Eggerichs „Miłość i szacunek. W rodzinie”



Życie silniejsze niż śmierć, a małe dobro silniejsze od wielkiego zła

zdjęcie 4Mała i duża roślina znajduje  miejsce, by rosnąć w skale.

 

Minął 1 listopada- Wszystkich Świętych Święto.

A wczoraj 11 listopada- rocznica odzyskania niepodległości.

Czytałyście „Dziewczyny powstania” zebrane przez Herbich Annę?

Polecam. Ciche bohaterstwo sanitariuszek i łączniczek, matek, sióstr.

W sam raz na listopadowe refleksje.

Hit sezonu:

Jedna z bohaterek ratuje dwa razy Rajmunda Kaczyńskiego- ojca znanych nam bliźniaków Jarosława i ś.p. Lecha Kaczyńskich. Pikanterii historii dodaje fakt, że dopiero na koniec przyznaje się, że jest ciotką ex prezydenta Bronisława Komorowskiego 🙂

Cudne to życie, które trwa wbrew wszystkiemu. I przepiękne małe dobra, które pokonują wielkie zło.

zdjęcie 5

Listopadowe spacery pozwalają okrywać słońce ukryte w spadających liściach, w złotych kroplach deszczu.

Beskid Niski- Rezerwat Prządki- polecam!



Jak mówimy?

W jaki sposób mówimy o swoich dzieciach? One przeglądają się w naszych słowach jak w lustrze.

Stąd kapitalna rada wychowawcza (której szukałam od dłuższego czasu):

„Dopomóż mi do tego, Panie, aby oczy moje były miłosierne, abym nigdy nie podejrzewała i nie sądziła według zewnętrznych pozorów, ale upatrywała tego, co piękne w duszach bliźnich i przychodziła im z pomocą. Dopomóż mi, aby słuch mój był miłosierny, bym skłaniała się do potrzeb bliźnich, by uszy moje nie były obojętne na bóle i jęki bliźnich. Dopomóż mi, Panie, aby język mój był miłosierny, bym nigdy nie mówiła ujemnie o bliźnich, ale dla każdego miała słowo pociechy i przebaczenia. Dopomóż mi, Panie, aby ręce moje były miłosierne i pełne dobrych uczynków, abym umiała dobrze czynić bliźniemu, na siebie przyjmować cięższe, mozolniejsze prace. Dopomóż mi, aby nogi moje były miłosierne, bym zawsze śpieszyła z pomocą bliźnim, opanowując swoje własne znużenie i zmęczenie.” To święta Faustyna Kowalska.

Właściwie tę moc słowa rodzicielskiego potwierdza psychologia zwracając uwagę na tzw. efekt lustra społecznego. Jak mówimy o swoich dzieciach, takimi się stają.

Trudne to zadanie. Bez pomocy Ducha Świętego ani rusz.

Na szczęście:

„W Duch Przenajświętszym nie ma możliwości klęski.”- przeczytane o „Marii z Żar”.

Z Nim zaczynajmy wszystko i kończmy. I karmienie piersią, zupką, sprzątanie, wyjazdy.



A było to tak…

Zaczęło się od bardzo miłego wywiadu z miłą dziennikarką. W trakcie wywiadu były zapewnienia o autoryzacji.

Potem Ewa- nasza znajoma zadzwoniła, żeby pochwalić, jaki ładny artykuł jest o porodach domowych z udziałem naszej rodziny. Autoryzacji nie było. Dreszcz niepokoju przeszedł mi przez plecy.

Wtedy mąż szybko kupił gazetę. Kiedy przeczytałam go, poczułam się wstrząśnięta. To nie moje porody, nie moje słowa, nie słowa mojego męża. Nigdy nie rodziłam tak krótko (2 godziny), nigdy nie kładłam po porodzie dziecka obok itd.

Mleko rozlane. Tylko dobro może nas uratować. Więc spróbowałam się podzielić odrobiną dobra pomimo wszystko.

O porodach domowych i nie tylko

Taki prezent urodzinowy dla Ignasia.



Kołysanka czy dogadzanie sobie?

Wiele rzeczy z rodzicielstwa bliskości lubię: i karmienie piersią, i noszenie w chustach, i wspólne spanie w łóżku dopóki dziecko tego potrzebuje, dopóki nie jest w stanie wyrosnąć.

Ale nie podpisuję się obiema rękami pod tym nurtem. Ma on swoje ograniczenia, minusy, a na pewno przegięcia.

W moim odczuciu takim przegięciem jest książeczka „Kołysanka o piersiach mamy”. Nie polecam!

Dlaczego? W końcu w karmieniu piersią nie ma nic złego. Zasadniczo nie ma nic złego w karmieniu piersią, ale w zafiksowywaniu dziecka na tym temacie już może trochę jest.

Bo po co takie karmienie jest? Żeby dziecko skupiło się na tym temacie czy skorzystawszy z tego daru szczęśliwie z niego wyrosło?

Dla dziecka postać mamy jest i tak ważna, nie potrzebuje zaznajamiać się z jej anatomicznymi szczegółami jeszcze werbalnie. Co najmniej to przesada.

Książeczka może mniej służąca rozwojowi dziecka, a bardziej samozadowoleniu mamy.

Wybieram śpiewanie dzieciom kołysanek o Bogu, o świecie, o zwierzętach. O sobie samej niekoniecznie- dziecko i tak ma swojej mamy po uszy, po dziurki w nosie albo jeszcze wyżej. Prędzej czy później to się okaże, więc nie przesadzajmy.

 



Edukacja domowa- a gdzie ma być?

Dziś moje dzieci miały oprócz języka angielskiego lekcję gotowania barszczu czerwonego.

Najpierw ugotowały pyszny barszczyk, a później zapisały przepis. Starsze dziecię w słowach, młodsze (pierwszoklasistka) słowa+rysunki. Potem delektowaliśmy się efektem lekcji. Pyszniusieńki!

Będąc pod wpływem dwóch lektur „Rewolucja w uczeniu” oraz „Rodzicielstwo przez zabawę”

stwierdziłam, że za bardzo „po szkolnemu” uczę swoje dzieci podczas gdy one najwięcej się korzystają, gdy coś z zapałem robią. Stąd dzisiaj ta zmiana na lekcję praktyczną.

Tą drugą książką „Rodzicielstwo przez zabawę” dalej się delektuję, bo:

  • przypomina mi ona o mojej radosnej części dzieciństwa;
  • wyzwala wiele zapału, entuzjazmu do wejścia w świat dziecka;
  • daje niezłego „kopa” do tego, by nie być zbyt poważnym, za to bardziej zrozumiałym i kochającym rodzicem.

Więcej nie piszę na razie, bo książki jeszcze nie skończyłam, idę dalej do lektury i do pracy!

O książce „Rodzicielstwo przez zabawę” jeszcze naskrobię zapewne, żeby drugą stronę medalu pokazać.



Jedna jedyna

Chyba to jedyna taka książka.

Anna Jedna „Sychar.  Ile jest warta twoja obrączka? Książka dla rozwiedzionych i zagrożonych rozwodem.”

Dlaczego czytam taką książkę, choć nasze małżeństwo dzięki Bogu idzie naprzód? Przede wszystkim dane mi było poznać Anię- autorkę tej niezwykłej pozycji. Osobę niezwykle ciepłą, serdeczną. Jej wspaniałe dzieci.

Moim zdaniem nie jest to jednak książka wyłącznie dla osób z tak poważnym kryzysem. Każdy małżonek znajdzie w niej coś dla siebie. Przede wszystkim głębokie przemyślenie słów przysięgi małżeńskiej.

Dzieje ludzkie w rękach niewyobrażalnie kochającego Boga.

Zapoznanie ze wspólnotą Sychar- wspólnotą cudów, gdzie „miłość nigdy nie ustaje, miłość wszystko przetrzyma”.



Czy to wiele dla tego, kto kocha?

Ile dzieci to dużo? Dwójka? Piątka? Dziewiątka? A może setka?

Zaprzyjaźniona rodzina, która m.in. zakładała mi ten blog (czy tego bloga?- o wypowiedź proszę polonistki) pod wrażeniem była po spotkaniu z pewnymi ciekawymi rodzicami.

I porównuję sobie postawę tych rodziców tak bardzo otwartych na życie i wypowiedź pewnej matki jedynaka. Przekonywała mnie ona, że nie mogłaby mieć drugiego dziecka, bo nie kochałaby go równie mocno.

Nie chcę oceniać jej samej, ale jednak taka postawa rodzi pewne refleksje. Jak uczy życie, kolejnego dziecka rzeczywiście nie kocha się tak samo: kocha się inaczej, co nie znaczy, że mniej. Kocha się inaczej, bo:

  • ma się więcej lat, więcej doświadczenia;
  • zmienia się człowiek w zależności od tego, czy i jak pracuje zwłaszcza nad sobą;
  • zmienia się sytuacja rodziny: czasem finansowa, mieszkaniowa, duchowa.

Kapitalny wywiad był w świątecznym wydaniu Gościa Niedzielnego z Joszkiem- ojcem dziewięciorga dzieciaczków. Jedna myśl z tego artykułu ciągle do mnie powraca:

„Kiedyś ktoś siedzący u mojego teścia rzucił z ironią: ‚Po co tyle dzieci?’ Kpił. Przy nim i przy dzieciach. I wówczas mój teść powiedział: ‚Popatrz na moje dzieci. Którego miałoby nie być? Które chciałbyś usunąć? Deborę? Ignasia? Filipa?’ Zapadła cisza jak makiem zasiał. Płacz i przeprosiny.”

Dla kochającego serca każde dziecko jest wyjątkowe, jedyne, najmilsze. Dla tych, którzy nie kochają jest za wiele ludzi: ONZ zastanawia się, co zrobić, by zmniejszyć ludzkość o miliony, miliardy.

Ale Pan Bóg tak jak tamten teść upomina się o każdego: „Które z moich dzieci chciałbyś zabić? Znam nie tylko imię każdego z moich dzieci, ale i każdy uśmiech, każdą zmarszczkę,  każde westchnienie. I o każde się upomnę.”

Czytając o obradach ONZ, zastanawiam się czy to nie jeden ze współczesnych Herodów.

Bóg jest Ojcem wielodzietnym, hojnym w swojej miłości. Za każde ze swych dzieci ofiarowuje Syna Swego Jezusa.



Niezaspokojone serce dziecka

Karierę robi teoria Maslowa. Wydaje nam się, że gdy zaspokoimy potrzeby podstawowe naszych pociech, typu głód, pragnienie, dotyk, itp., to będą się one rozwijać w kierunku potrzeb wyższych: np. miłości, altruizmu, poznania.

Jednak to, co odkrywa chrześcijaństwo jest bliższe realizmowi. Odkrywamy, że nasze dzieci im bardziej nasycają się tymi „podstawowymi dobrami”, tym bardziej są niezaspokojone, wręcz niespokojne.

Odkrywamy po prostu ich ludzką naturę. Dzieci są ludźmi, z ludzkimi wadami, zaletami. Iluzją i łudzeniem siebie jest przekonanie, że uda nam się zaspokoić wszystkie potrzeby dziecka. Nie uda się. Serce dziecka jest niezgłębione. I niekiedy bardziej życzliwe, serdeczne, altruistyczne są dzieci, które mają trudniejszy dostęp do dóbr zaspokajających jego fizjologiczne potrzeby.

Jestem pod wraże



Nowe i stare razem

Coraz dalsza lektura księgi Dzika kuchnia wypędza mnie z wygodnego poletka bezmyślenia spowodowanego nadmiernym upałem na bujne łany przemyśleń.

Lektura ta bowiem oprócz zielnika, przepisów kuchennych i innych informacji zawiera autorskie też refleksje. Organizując warsztaty dotyczące żywienia się dziką roślinnością czy samemu korzystając z tego dobra profesor Łukasz Łuczaj, etnobotanik i ekolog dostrzega ograniczenia tego typu diety opartej o dziką roślinność, tego typu stylu życia, zbieractwa, którego on wymaga. Wiele wiele zalet, ale również całkiem konkretne minusy i ograniczenia.

Jak to się w ogóle stało, że jedząc (a więc znając) jeszcze wiek temu bądź niewiele dłużej mnóstwo (kilkaset?) roślin jadalnych, obecnie ograniczyliśmy się do kilkunastu/kilkudziesięciu uprawnych? Dlaczego taka zmiana z dostatku jakościowego na dostatek ilościowy? Czy może dziwić, że pomimo że nierzadko w naszej kulturze jedzenia ilościowo mamy pod dostatkiem- pełne brzuchy, cierpimy równocześnie na różne niedobory składników mineralnych czy witamin oraz wielu innych?

Najedzone dzieci, eliminacja zjawiska masowego głodu to jak najbardziej pozytywne efekty zmian cywilizacyjnych. Jednak pysze ludzkiej to nie wystarczyło: ona zniszczyła to, co dobre, choć drobne, niepozorne, choć stare. Pycha nazywając z pogardą wiele roślin jadalnych „jedzeniem biedaków”, „żywieniem się chwastami” ograniczyła ich znajomość, zawęziła nasze horyzonty do tego, co się uprawia, nawozi, sieje, kosi, z dumą pokazuje jako zbiory itd.

Myślę, że czas na pokorny powrót do tej maleńkości często pospolitych ziół. Powrót pokorny, bo bez rezygnacji z tego, co dostarcza nam cywilizacja, bez obrażania się na nią, ale z radością marnotrawnego syna, któremu Miłosierny Ojciec bogato zastawił stół.

Już jako dziecko miałam się z czego nawracać. Pamiętam nasze dziecięce śmiechy i naigrywania, gdy babcia wspominała jedzenie łobody i pokrzywy.

Z wczorajszych odkryć moich i dzieci: bluszczyk kurdybanek jest pyszny do krupniku  (zamiast natki pietruszki lub łącznie z nią) i mamy go pełno 🙂

Zapraszam na wspólne zbiory 🙂 Aromatyczna przyprawa i to niepryskana.

Myślę, że to wspaniała lektura niedługo przed świętem Matki Bożej Zielnej. Niech Pan Bóg będzie uwielbiony w tych cudnych ziołach i swoim przez nie działaniu.