Archiwum kategorii ‘Do poczytania- książki i nie tylko’


Kołysanka czy dogadzanie sobie?

Wiele rzeczy z rodzicielstwa bliskości lubię: i karmienie piersią, i noszenie w chustach, i wspólne spanie w łóżku dopóki dziecko tego potrzebuje, dopóki nie jest w stanie wyrosnąć.

Ale nie podpisuję się obiema rękami pod tym nurtem. Ma on swoje ograniczenia, minusy, a na pewno przegięcia.

W moim odczuciu takim przegięciem jest książeczka „Kołysanka o piersiach mamy”. Nie polecam!

Dlaczego? W końcu w karmieniu piersią nie ma nic złego. Zasadniczo nie ma nic złego w karmieniu piersią, ale w zafiksowywaniu dziecka na tym temacie już może trochę jest.

Bo po co takie karmienie jest? Żeby dziecko skupiło się na tym temacie czy skorzystawszy z tego daru szczęśliwie z niego wyrosło?

Dla dziecka postać mamy jest i tak ważna, nie potrzebuje zaznajamiać się z jej anatomicznymi szczegółami jeszcze werbalnie. Co najmniej to przesada.

Książeczka może mniej służąca rozwojowi dziecka, a bardziej samozadowoleniu mamy.

Wybieram śpiewanie dzieciom kołysanek o Bogu, o świecie, o zwierzętach. O sobie samej niekoniecznie- dziecko i tak ma swojej mamy po uszy, po dziurki w nosie albo jeszcze wyżej. Prędzej czy później to się okaże, więc nie przesadzajmy.

 



Edukacja domowa- a gdzie ma być?

Dziś moje dzieci miały oprócz języka angielskiego lekcję gotowania barszczu czerwonego.

Najpierw ugotowały pyszny barszczyk, a później zapisały przepis. Starsze dziecię w słowach, młodsze (pierwszoklasistka) słowa+rysunki. Potem delektowaliśmy się efektem lekcji. Pyszniusieńki!

Będąc pod wpływem dwóch lektur „Rewolucja w uczeniu” oraz „Rodzicielstwo przez zabawę”

stwierdziłam, że za bardzo „po szkolnemu” uczę swoje dzieci podczas gdy one najwięcej się korzystają, gdy coś z zapałem robią. Stąd dzisiaj ta zmiana na lekcję praktyczną.

Tą drugą książką „Rodzicielstwo przez zabawę” dalej się delektuję, bo:

  • przypomina mi ona o mojej radosnej części dzieciństwa;
  • wyzwala wiele zapału, entuzjazmu do wejścia w świat dziecka;
  • daje niezłego „kopa” do tego, by nie być zbyt poważnym, za to bardziej zrozumiałym i kochającym rodzicem.

Więcej nie piszę na razie, bo książki jeszcze nie skończyłam, idę dalej do lektury i do pracy!

O książce „Rodzicielstwo przez zabawę” jeszcze naskrobię zapewne, żeby drugą stronę medalu pokazać.



Jedna jedyna

Chyba to jedyna taka książka.

Anna Jedna „Sychar.  Ile jest warta twoja obrączka? Książka dla rozwiedzionych i zagrożonych rozwodem.”

Dlaczego czytam taką książkę, choć nasze małżeństwo dzięki Bogu idzie naprzód? Przede wszystkim dane mi było poznać Anię- autorkę tej niezwykłej pozycji. Osobę niezwykle ciepłą, serdeczną. Jej wspaniałe dzieci.

Moim zdaniem nie jest to jednak książka wyłącznie dla osób z tak poważnym kryzysem. Każdy małżonek znajdzie w niej coś dla siebie. Przede wszystkim głębokie przemyślenie słów przysięgi małżeńskiej.

Dzieje ludzkie w rękach niewyobrażalnie kochającego Boga.

Zapoznanie ze wspólnotą Sychar- wspólnotą cudów, gdzie „miłość nigdy nie ustaje, miłość wszystko przetrzyma”.



Czy to wiele dla tego, kto kocha?

Ile dzieci to dużo? Dwójka? Piątka? Dziewiątka? A może setka?

Zaprzyjaźniona rodzina, która m.in. zakładała mi ten blog (czy tego bloga?- o wypowiedź proszę polonistki) pod wrażeniem była po spotkaniu z pewnymi ciekawymi rodzicami.

I porównuję sobie postawę tych rodziców tak bardzo otwartych na życie i wypowiedź pewnej matki jedynaka. Przekonywała mnie ona, że nie mogłaby mieć drugiego dziecka, bo nie kochałaby go równie mocno.

Nie chcę oceniać jej samej, ale jednak taka postawa rodzi pewne refleksje. Jak uczy życie, kolejnego dziecka rzeczywiście nie kocha się tak samo: kocha się inaczej, co nie znaczy, że mniej. Kocha się inaczej, bo:

  • ma się więcej lat, więcej doświadczenia;
  • zmienia się człowiek w zależności od tego, czy i jak pracuje zwłaszcza nad sobą;
  • zmienia się sytuacja rodziny: czasem finansowa, mieszkaniowa, duchowa.

Kapitalny wywiad był w świątecznym wydaniu Gościa Niedzielnego z Joszkiem- ojcem dziewięciorga dzieciaczków. Jedna myśl z tego artykułu ciągle do mnie powraca:

„Kiedyś ktoś siedzący u mojego teścia rzucił z ironią: ‚Po co tyle dzieci?’ Kpił. Przy nim i przy dzieciach. I wówczas mój teść powiedział: ‚Popatrz na moje dzieci. Którego miałoby nie być? Które chciałbyś usunąć? Deborę? Ignasia? Filipa?’ Zapadła cisza jak makiem zasiał. Płacz i przeprosiny.”

Dla kochającego serca każde dziecko jest wyjątkowe, jedyne, najmilsze. Dla tych, którzy nie kochają jest za wiele ludzi: ONZ zastanawia się, co zrobić, by zmniejszyć ludzkość o miliony, miliardy.

Ale Pan Bóg tak jak tamten teść upomina się o każdego: „Które z moich dzieci chciałbyś zabić? Znam nie tylko imię każdego z moich dzieci, ale i każdy uśmiech, każdą zmarszczkę,  każde westchnienie. I o każde się upomnę.”

Czytając o obradach ONZ, zastanawiam się czy to nie jeden ze współczesnych Herodów.

Bóg jest Ojcem wielodzietnym, hojnym w swojej miłości. Za każde ze swych dzieci ofiarowuje Syna Swego Jezusa.



Niezaspokojone serce dziecka

Karierę robi teoria Maslowa. Wydaje nam się, że gdy zaspokoimy potrzeby podstawowe naszych pociech, typu głód, pragnienie, dotyk, itp., to będą się one rozwijać w kierunku potrzeb wyższych: np. miłości, altruizmu, poznania.

Jednak to, co odkrywa chrześcijaństwo jest bliższe realizmowi. Odkrywamy, że nasze dzieci im bardziej nasycają się tymi „podstawowymi dobrami”, tym bardziej są niezaspokojone, wręcz niespokojne.

Odkrywamy po prostu ich ludzką naturę. Dzieci są ludźmi, z ludzkimi wadami, zaletami. Iluzją i łudzeniem siebie jest przekonanie, że uda nam się zaspokoić wszystkie potrzeby dziecka. Nie uda się. Serce dziecka jest niezgłębione. I niekiedy bardziej życzliwe, serdeczne, altruistyczne są dzieci, które mają trudniejszy dostęp do dóbr zaspokajających jego fizjologiczne potrzeby.

Jestem pod wraże



Nowe i stare razem

Coraz dalsza lektura księgi Dzika kuchnia wypędza mnie z wygodnego poletka bezmyślenia spowodowanego nadmiernym upałem na bujne łany przemyśleń.

Lektura ta bowiem oprócz zielnika, przepisów kuchennych i innych informacji zawiera autorskie też refleksje. Organizując warsztaty dotyczące żywienia się dziką roślinnością czy samemu korzystając z tego dobra profesor Łukasz Łuczaj, etnobotanik i ekolog dostrzega ograniczenia tego typu diety opartej o dziką roślinność, tego typu stylu życia, zbieractwa, którego on wymaga. Wiele wiele zalet, ale również całkiem konkretne minusy i ograniczenia.

Jak to się w ogóle stało, że jedząc (a więc znając) jeszcze wiek temu bądź niewiele dłużej mnóstwo (kilkaset?) roślin jadalnych, obecnie ograniczyliśmy się do kilkunastu/kilkudziesięciu uprawnych? Dlaczego taka zmiana z dostatku jakościowego na dostatek ilościowy? Czy może dziwić, że pomimo że nierzadko w naszej kulturze jedzenia ilościowo mamy pod dostatkiem- pełne brzuchy, cierpimy równocześnie na różne niedobory składników mineralnych czy witamin oraz wielu innych?

Najedzone dzieci, eliminacja zjawiska masowego głodu to jak najbardziej pozytywne efekty zmian cywilizacyjnych. Jednak pysze ludzkiej to nie wystarczyło: ona zniszczyła to, co dobre, choć drobne, niepozorne, choć stare. Pycha nazywając z pogardą wiele roślin jadalnych „jedzeniem biedaków”, „żywieniem się chwastami” ograniczyła ich znajomość, zawęziła nasze horyzonty do tego, co się uprawia, nawozi, sieje, kosi, z dumą pokazuje jako zbiory itd.

Myślę, że czas na pokorny powrót do tej maleńkości często pospolitych ziół. Powrót pokorny, bo bez rezygnacji z tego, co dostarcza nam cywilizacja, bez obrażania się na nią, ale z radością marnotrawnego syna, któremu Miłosierny Ojciec bogato zastawił stół.

Już jako dziecko miałam się z czego nawracać. Pamiętam nasze dziecięce śmiechy i naigrywania, gdy babcia wspominała jedzenie łobody i pokrzywy.

Z wczorajszych odkryć moich i dzieci: bluszczyk kurdybanek jest pyszny do krupniku  (zamiast natki pietruszki lub łącznie z nią) i mamy go pełno 🙂

Zapraszam na wspólne zbiory 🙂 Aromatyczna przyprawa i to niepryskana.

Myślę, że to wspaniała lektura niedługo przed świętem Matki Bożej Zielnej. Niech Pan Bóg będzie uwielbiony w tych cudnych ziołach i swoim przez nie działaniu.



Co nas przemienia?

Obecność Boga w życiu przemienia dogłębnie, zaskakująco. Bo czyż obecność drugiej osoby, zwłaszcza tak ważnej może nie przemieniać?

Jak sama obecność naszego współmałżonka, naszych dzieci bardzo nas zmienia. Widzę wyraźnie, jak innym byłam człowiekiem przed poznaniem każdej z tych osób. My wychowujemy nasze dzieci, ale i one na nas wpływają. I to jak!

Posłuchajmy, jak wpłynęła pewna córeczka na swojego tatusia.

Okoliczności narodzin Mojżesza z żydowskiej tradycji:

„Otóż, jak wiadomo, zanim się narodził, faraon wydał dekret, na mocy którego wszyscy chłopcy nowonarodzeni mieli  zostać zamordowani. Amram- ojciec Mojżesza- zasmuconym głosem obwieścił swojej żonie, Jokebed, że odtąd już nie będą ze sobą współżyli, gdyż wiąże się to z ryzykiem wydania na świat potomka, który jeszcze przed narodzinami skazany byłby na śmierć. Zapewne było im bardzo trudno wytrwać w tym postanowieniu, ale nie chcieli narażać nowego życia na tak okrutną śmierć. Leżeli więc na jednym łóżku odwróceni do siebie plecami i ciężko wzdychali, próbując zasnąć. Po jakimś czasie o postanowieniu rodziców dowiedziała się Miriam- ich córka. Mała prorokini stanęła przed ojcem i śmiałym głosem powiedziała: „Tato, jesteś gorszy od faraona, gdyż on  unicestwia tylko życie doczesne, a ty uniemożliwiasz życie wieczne!” (…) Ojciec zrozumiał, że zabijanie ludzi choć jest to wielki grzech, nie przewyższa tego występku, którego on się dopuszczał uniemożliwiając z rozmysłem, aby zaistniało nowe życie!”

Cytat zaczerpnięty z Augustyna Pelanowskiego „Umieranie ożywiające”. Książka wstrząsająca, obok której nie można przejść obojętnie. Właściwie najchętniej przytoczyłabym całość 🙂 Dzieci na co dzień każą nam umierać- dla naszych strachów, niewłaściwych wyobrażeń o nich, o nas samych, o świecie- żeby rodzić się na nowo, otwierać.

Zawsze mnie zastanawiało zdanie z Biblii, o którym też pisze o. Pelanowski:

„Zbawiona zaś zostanie przez rodzenie dzieci (1Tm 2)”.

Na ile dosłownie można te słowa traktować? Rodzenie dzieci, ich ciał, ich dusz- czy to nie wspaniałe zadanie, skoro Pan Bóg nas do niego powołał i skoro tak wiele od niego zależy? Ciekawe jednak, że najpierw powołał nas- kobiety do bycia odpowiednią pomocą dla mężczyzny: żeby nie uciekał od Pana Boga, od pracy, od domu, od nas, od swoich dzieci, od odpowiedzialności i miłości.



Jeść perz czy nie jeść- oto jest pytanie

Jako szalona i nieodpowiedzialna szamanka, znachorka z naszej rodziny podzielę się książką, która wpadła mi w ręce z zaprzyjaźnionej sąsiedzkiej chałupy znachorskiej w równej mierze. A raczej nie tyle znachorskiej, co interesującej się ziołami i wszystkim, co żyje pod słońcem. Bo życie zwyczajnie jest ciekawe i godne poznania, i pokochania.

Książki tej można używać w różnym celu:

  • nauka rozpoznawania roślin- jest to przedstawione tak czytelnie, jasno, z pięknymi ilustracjami, że nauka sama wchodzi do głowy; zamierzam dzięki tej lekturze robić z dziećmi zielniki; miałam co prawda do tej pory „Atlas roślin”, ale nie był on tak czytelny; z trudem z niego coś wchodziło mi do głowy;
  • jako książki kuchennej- mój syn się napalił już na robienie majowej zupy z pokrzywy, podpłomyków z kłączami perzu; z kolei ja mam innych faworytów; dla tych, którzy chcą wzbogacić dietę swoją czy swojej rodziny w cenne składniki, niespryskiwane nawozami, wnoszące bogactwo minerałów i witamin- w sam raz;
  • jako zapoznanie się z ziołami w celach leczniczych.

O czym tak się rozpisuję? „Dzika kuchnia” Łukasza Łuczaja.

Czeka nas w niej jeszcze zbiór felietonów i o paleodiecie, i różnych przemyśleń. Nie ze wszystkimi się zgadzam, ale napisane dobrze, z zacięciem hobbysty. Po kilkudniowym pobycie w osadzie aranżującej warunki kultury przeworskiej w sam raz lektura dla naszej rodzinki. Polecam!



Ku rozwadze

Kto ma finanse na reklamy?

Kto rozsyła taką masę SPAMu, że nie zdąża się tego usuwać?

Na pewno jedną z tych grup są firmy farmaceutyczne. Gdy wchodzę na ten blog nigdy nie mam dużej ilości komentarzy, raczej pojedyncze i rzadko, za to niemało SPAMU reklamującego najróżniejsze specyfiki z branży farmaceutycznej.

Dlatego na pewno zastanawiający jest ów brak dyskusji w branży i zwalczanie przejawów wolnego myślenia.

Do przemyślenia artykuł i badania prowadzone przez panią Majewską, decyzje krajów skandynawskich dotyczących szczepionek:

Jakie szczepionki i czy w ogóle szczepionki?

 

 



Poród- cudowne doświadczenie

Poród może być doświadczeniem dobrym, pięknym, niezapomnianym. Choć nieraz niezwykle trudnym, to zarazem niezwykle pozytywnie wzruszającym, pełnym mocy i świętości.

Nie oglądałam co prawda filmu „Poród w ekstazie”, który ukazuje to wydarzenie właśnie w ten sposób: poród wręcz jako wydarzenie orgazmiczne. Matka otwierając się na dziecko w naturalnym porodzie jest w stanie przeżywać coś niemal mistycznego, gdy jej się nie przeszkadza, daje natomiast wyciszenie, zapewnia intymność, udziela wsparcia, podtrzymuje na ciele i duchu.

Jak wejść w tą ekstazę, którą zapewnia w czasie porodu szereg hormonów (od oksytocyny, poprzez endorfiny, prolaktynę, adrenalinę)?

  • Poprzez skupienie się na dziecku: jak ono się czuje? jak zachowuje? pamiętanie, by oddychać dla niego dobrze;
  • Poprzez modlitwę: jedynie prawdziwy Bóg daje pokój, a on jest niezwykle istotny w czasie porodu; za każdy skurcz warto być wdzięczną: każdy jest kolejnym kroczkiem ku spotkaniu z dzieckiem po drugiej stronie brzucha; wiele kobiet mówiło mi, że ten czas przeżyły stale się modląc;
  • Intymność:  tak jak nie przeżywa się ekstazy w zatłoczonym autobusie pełnym obcych osób, tak trudno bez intymnych warunków doświadczyć jak błogosławionym doświadczeniem może być poród;
  • Odpoczynek: spędzanie czasu między skurczami macicy na rozluźnianiu się; niekiedy kobieta nie ma siły przeć, ponieważ wcześniej w czasie między skurczami niepotrzebnie wydatkowała energię, skakała, biegała; to jest czas błogosławienia, zamykania oczu, oddawaniu się rozmyślaniom lub marzeniom sennym; nawet w czasie skurczy nie zawsze wskazana jest aktywność: ciało ma swój rytm rozwierania się, ma swoje tempo i ekonomię; gdy myślę o porodzie Ani- przypominam sobie jak było dla niej istotne, że od czasu do czasu kładła się albo nieruchomiała i wyciszała skurcze; intensywny częsty odpoczynek dał jej siłę na długie godziny rodzenia, których potrzebował jej synek okręcony pępowiną (natura wtedy oszczędza dziecko-słabsze skurcze mniej zaciskające pępowinę, ale zwalnia tempo rozwierania, może bardziej zmęczyć matkę); odpoczynku i regeneracji sił dostarcza też posiłek- jeśli matce rodzącej chce się jeść, to zwyczajne powinna móc zjeść;
  • Trzeba widzieć swój poród jako wydarzenie piękne i rozwijające; ono jest jak wchodzenie na górę: jest to co prawda męczące; im bardziej przybliżamy się do wierzchołka, tym większego wysiłku potrzebujemy; ale jest to wysiłek ubogacający wewnętrznie, który można ofiarować Panu Jezusowi np. w intencji tego rodzącego się dziecka; można co prawda ominąć ten wysiłek- i mieć cesarkę- ale to tak jakby na górę wleciało się helikopterem.

Prawda jest taka, że trudno o intymne warunki zwłaszcza w polskich szpitalach. Jednak siła skupienia i wyciszenia przez siłę ducha matki może ją otoczyć takim wewnętrznym warownym murem, gdzie przestaje się liczyć to, co na zewnątrz.

Poród nie będzie na pewno wydarzeniem ekstatycznym, jeśli przeżyjemy go w lęku pt. „O, ja biedna!”, „O, jak mnie boli!”, „To zbyt straszne!”, „Nie wiem, co się dzieje i muszę zacisnąć zęby!” Skupienie się na własnym bólu- potęguje ten ból. Nawet nie skupiając się na nim- jest on odczuwalny mocno zazwyczaj. Skupianie się na nim w niczym nie pomaga, zwiększa obawy, negatywne odczucia. To dziecko potrzebuje skupienia i uwagi, ból tego nie potrzebuje. Poradzi sobie i bez tego.

Niekiedy kobiety przeżywają dwa porody w jednym: najpierw poród drogami natury przez wiele godzin, a następnie kończy się to cesarskim cięciem. Za jednym zamachem przeżywają dwa typy porodu: i fizjologiczny (choć nie do końca), i operacyjny. Choć ich dziecko nie doświadcza do końca porodu drogami natury, ale ta bogata mieszanka hormonów matki pomaga mu po wydobyciu z brzucha zacząć oddychać, zaadoptować się do nowego środowiska. Dzieci po cesarkach robionych „na zimno” częściej mają kłopoty z oddychaniem.

Nieraz słyszałam zarzuty, że nie trzeba zbyt wiele myśleć o własnych pięknych przeżyciach (i np. nie rodzić w domu), bo ważniejsze jest zdrowie dziecka. Myślę, że osoby, które tak mówią nie rozumieją jednak czegoś istotnego. Otóż jednoczenie się w modlitwie z dzieckiem, jego Aniołem Stróżem, spokojne otwieranie się (dosłowne: szyjka macicy zmienia średnicę od 0 do 10 cm) w cudzie rodzenia to również bezpieczna, spokojna droga na świat dla dziecka. Zdrowiu dziecka służy poród natury w harmonii z samym dzieckiem, jego tempem rodzenia. Bez popędzania go, wypychania, zmuszania do rodzenia.

Nasuwa mi się tu wspomnienie porodu J. Nie zgodziła się ona w szpitalu na podanie sztucznego przyśpieszacza porodu- kroplówki z syntetyczną oksytocyną, pomimo przedłużającego się porodu, pomimo słabych i nieregularnych skurczy. (A lekarze kusili!) Pomimo że było to jej najmłodsze trzecie dziecko i można się było spodziewać, że będzie się rodzić szybciej. Skurcze powoli i delikatnie zaciskały macicę na rodzącym się dziecku, na jego pępowinie- dawały mu wiele czasu na oddech. Jakież było ich zdziwienie, gdy dzieciątko urodziło się z węzłem zupełnym na pępowinie (czyli nie obkręcenie szyi czy innej części ciała pępowiną, ale zwyczajny węzeł). Dzięki mamie, jej cierpliwości (która z pewnością od Pana Boga)- całe i zdrowe się urodziło, 10 punktów w skali Apgar.

Ta cierpliwość, spokojne wspieranie, delikatna troska ma sens w naturalnym porodzie. Tak jak ma sens pomoc lekarska, gdy naturę trzeba uzupełnić, gdy ona sobie nie radzi, działa wadliwie.

Poród może też być cudownym doświadczeniem dla dziecka. Wystarczy zobaczyć twarz dziecka urodzonego w domu: rozluźniona, błoga. Potrafiąca się uśmiechać w kilka minut, godzin po porodzie. Dziecko potrafi aktywnie płakać nawet po łagodnym porodzie, ale nie ma w tym wydźwięku rozpaczy, rozdarcia. Łatwo załagodzić taki płacz. Przytulenie, okrycie, pierś wystarczą.

W taką twarz można się wpatrywać i wpatrywać. Jest najpiękniejsza na świecie. Człowiek, który niedawno wyszedł spod ręki Stwórcy.

Kohelet mówi, że jest na wszystko jest czas wyznaczony pod niebem. Jest też czas na przecięcie pępowiny. Jeśli nie ma konfliktu serologicznego (wtedy należy szybko przecinać pępowinę), to w domu i wśród mądrych lekarzy czeka się aż pępowina przestanie tętnić. Cierpliwość jest dobrym doradcą. Dziecko dzięki temu jest lepiej dotlenione: najpierw zaczyna oddychać przy pomocy płuc, potem ma chwilę, by jeszcze przez pępowinę dotlenić się równocześnie z pierwszymi oddechami, następnie pępowina jako już niepotrzebna przestaje działać. I wtedy jest czas na jej przecięcie. Spokój matki, cierpliwość położnej jest nagrodzona: dziecko może dzięki temu otrzymać nawet do 10% krwi obwodowej więcej (jakie zabezpieczenie przed anemią!). Bywa że pępowina bardzo długo tętni, jeśli dziecko nie zaczyna oddychać powietrzem. Jak życiodajna okazuje się wówczas ta cierpliwość!

Cudowne przeżycie w czasie porodu nie jest więc celem samym w sobie, ale odkrywamy je mimochodem, gdy wgłębiamy się w ten plan natury dla rodzenia się człowieka.

„Poród jest głęboko emocjonalnym i duchowym, z niczym nieporównywalnym doświadczeniem życiowym, niezmiernie inspirującym rozwojowo  i każdy poród każdej kobiety jest inny, a jego przebieg i przeżycie nie do przewidzenia.(…) Misteria życia, przez które każdy z nas przechodzi to naturalne etapy, a nie przypadki medyczne (…).”

Piękne prawda? Cytat z: „Świadek Prawdy. Włodzimierz Fijałkowski” D. Kornas- Biela.