Do więzienia z nim!

Świętego ojca Pio teraz by wsadzili do więzienia, gdyby żył w Polsce. Oczywiście ci od poprawności politycznej.

Taką historię o tym świętym czytałam (z książki „Radość i uśmiech ojca Pio”). Otóż przyszedł do niego pewien ksiądz i wyznał, że ma problemy z codziennym odmawianiem brewiarza, zdarza mu się go opuszczać. Ojciec Pio zachował się wówczas okropnie: nie dość, że spoliczkował delikwenta, to jeszcze nakrzyczał „okradasz Kościół!”. O dziwo, ów ksiądz od tego czasu przestał już opuszczać swój brewiarz.

Pomyślałam sobie o tej historii w kontekście „mądrości” sądu, urzędników socjalnych odbierających dziecko rodzicom (Bajkowscy), dlatego że ci popierali i stosowali kary fizyczne i przyznali się do tego nieuczciwym terapeutom.

Nie to, żebym specjalnie popierała metody wkładania dzieciom do głowy przy pomocy paska, ale jednak… Jednak i rodzice, i ich dzieci są grzesznikami i nie raz robią rzeczy, których się później wstydzą, za które potrzebują potem się nawzajem przepraszać. Nie jest to powód do odbierania rodzicom dzieci. Zwłaszcza jeśli ci przychodzą po pomoc, szukają jej.

Niektórzy rodzice uważają, że należy stosować kary fizyczne, bo jest o tym napisane w Biblii, w Starym Testamencie. No cóż, jest też napisane o tym, że należy kamienować za niektóre grzechy. Jednak nasze dzieci potrzebują karcenia, choć niekoniecznie w postaci klapsów czy innych kar fizycznych. To jest meritum sprawy, że dzieci potrzebują korekty zachowania, bo rodzą się grzesznikami i są nimi. A Pan Bóg za wychowawców wybrał im właśnie również grzeszników- ich rodziców.

Niektórym paniom terapeutkom albo innym osobom prowadzącym kursy dotyczące efektywnego wychowania, terapie zdaje się, że zjadły wszystkie rozumy, że metoda Faber i Mazlish (bez karania, bez kar fizycznych itd), itp., załatwia wszystkie sprawy, jest idealna dla wszystkich i zawsze. Jestem tu pewną kontestatorką. Od początku uważałam, że owszem jest to metoda przydatna. Jednak życie jest ciekawsze, nie wszystkim ludziom da się zmienić wszystkie przyzwyczajenia, rodzinne uwarunkowania- i wcale to nie musiałoby być najlepsze. Owszem warto sobie pomóc w wychowaniu, ale czasem nawet zdawałoby się zupełnie kiepskie metody okazują się o wiele lepsze od tych „idealnych”.

W sytuacji wymienionej na początku- współczesny terapeuta nauczałby ojca Pio, że powinien użalić się nad biednym kapłanem: „Ach tak, to naprawdę sprawia Ci trudność. Ten brewiarz to dla ciebie rzeczywiście problem. To budzi twoje poczucie winy i smutek”. Na szczęście ojciec Pio okazał się ojcem dla tego kapłana i otrzeźwił go, zajął się nim po ojcowsku dając terapię wstrząsową. Zdaje się, że wbrew poprawności politycznej niekiedy i dzieciom potrzebna jest dawka wstrząsowa jakiejś nauki póki nie jest za późno.

Nigdy bym nikogo nie zachęcała do dawania klapsów, ani policzkowania nikogo. Jednak dostrzegam, że ze względu na to, że jesteśmy tylko słabymi ludźmi, nie jesteśmy idealni, jesteśmy czasem bezradni, bezsilni, nieracjonalni również jako rodzice- takie zachowanie zdarzają się nawet wspaniałym rodzicom.

Rozmawiałam na ten temat z pewną mamą dorosłej już gromadki młodych ludzi- oświadczyła mi, że jej w obecnych czasach powinni zabrać wszystkie dzieci. Wydaje mi się, że promuje się współcześnie pewien mit idealnego rodzica i idealnego dziecka podczas gdy nie ma ani jednego ani drugiego na tej ziemi. Nawet po przejściu wszystkich możliwych szkoleń na teat wychowania. Ale mimo wszystkich swych grzechów Pan Bóg wybrał właśnie tych rodziców dla tych dzieci. Konieczna jest modlitwa o Ducha Świętego- wtedy Pan Bóg jest w stanie nami kierować ku lepszemu, ku lepszym metodom, ale niekiedy wykorzystuje nawet te nasze błędy, porażki rodzicielskie ku pożytkowi dzieci. A niekiedy te nasze „błędy” wcale nie bywają błędami, jak z zewnątrz by się wydawało.

Odbieranie rodzicom dzieci powinno być ostatecznością. Nawet dzieci w domach dziecka pochodzące ze zdeprawowanych, alkoholowych, patologicznych rodzin, gdzie istnieje zagrożenie ich zdrowia i życia bardzo często uciekają właśnie z powrotem do tych rodziców. Nauczone życiem spodziewają się znaleźć tam więcej uczucia niż w instytucji domu dziecka. Niestety w sytuacjach zagrożenia zdrowia i życia dziecka taka decyzja bywa uzasadniona i sensowna. Oczywiście urzędnikom socjalnym trudniej wybrać się do takich rodzin, bo jest ryzyko otrzymania butelką w głowę.

Zrównywać zwyczajnych rodziców, „którym nie wychodzi” z taką patologią to zaczyna być rodem z horroru. Nie zachwalam metody klapsa, ale też nie potępiam rodziców stosujących ją. Będąc z zewnątrz o wiele łatwiej jest osądzić. Będąc w skórze drugiego człowieka mogłoby się okazać, że nie umielibyśmy sobie w ogóle poradzić z tymi dziećmi.


Jedna odpowiedź do wpisu “Do więzienia z nim!”

  1. Paulina napisał(a):

    Bardzo mi sie podoba to co napisałaś.Podobnie Jan Maria Vianney potrafił powiedzieć ostro na spowiedzi albo nie dać nawet rozgrzeszenia, jak widział, miał rozeznanie, że ktoś nie żałuje, ale potem np. pościł w intencji tego człowieka, a on przychodził ponownie odmieniony, ze skruchą.Myślę, że tak właśnie postępują święci kapłani.Ciekawe, że nad karaniem, karceniem dzieci ostatnio też się zastanawiałam.Miałam z tym problem, szczególnie, że Tytus jakoś się rozpastwił, trudno było do niego dotrzeć, nerwy mi puszczały.Prawdziwa szkoła cierpliwości.I myślę, że dzieci potrzebują, żeby im stawiać granice, a nawet tego oczekują, a kluczem do tego jest po prostu codzienne polecanie ich Bogu, On wie lepiej, a my działajmy zgodnie z własnym przekonaniem.

Zostaw odpowiedź