Świadek Prawdy

Miałam szczęście być na konferencji zorganizowanej z okazji 10 rocznicy śmierci profesora Włodzimierza Fijałkowskiego: obrońcy dzieci poczętych, propagatora szkół rodzenia, itp. Przywiozłam stamtąd cenny dla mnie łup: książkę „Świadek prawdy. Włodzimierz Fijałkowski” Doroty Kornas-Bieli.

Ogromne wrażenie na mnie zrobiły relacje jego bliskich i autorki z umierania profesora.

„W pewnym momencie Profesor powiedział: Odchodzę, umieram – wtedy zmienił mu się wzrok, szukał ręki, trzymał moją dłoń długo (…)

Odchodzisz… Co mam robić dalej?

Odpowiedział: Nie trzeba nic, tylko trwać.

I po chwili dodał: Nic, Dorotko, nic, tylko trwaj.

To był testament.”

Tak jak profesor był miłośnikiem porodów naturalnych, również porodów domowych, tak zechciał żegnać się z tym światem we własnym domu, w atmosferze skupienia, modlitwy, przylgnięcia do Pana Jezusa,  nie medycznej obstawy. Nie było to łatwe. Medycyna lubi zawłaszczać sobie obecnie dar rodzenia, ale również umieranie człowieka traktując jako szpitalne wyłącznie doświadczenie.

„Wprawdzie Profesor wiele razy mówił o tym, że człowiek ma prawo godnie rodzić się i godnie umierać- bez jarzeniówek, sprzętu i zabiegania lekarzy, którzy nic nie mogą już pomóc, jednak decyzja o zabraniu Profesora ze szpitala do domu nie była łatwa. Syn Paweł (…): Tata przechodził już na tamtą stronę. Wracał na chwilę. Lekarze mówili, że nie mają z nim kontaktu. Ja miałem stuprocentowy. Łapałem te jego krótkie zdania, słowa, nigdy nie był gadułą (…) Wiedział, że odchodzi. Chciał do domu. Wszystko przygotowałem. (…)

Tato, pod szpitalem czeka samochód, wnętrze nagrzane. Ale musisz mi pomóc. Daj wyraźny znak, bo lekarze nie chcą ciebie wypuścić. Grożą, że oskarżą mnie o eutanazję. Słyszysz jak dyskutują na korytarzu. Wyszedł na korytarz i po chwili dało się słyszeć głośne zawołanie profesora: Do domu! Do domu! Lekarze osłupieli, żona zbladła. Syn owinął ojca w kurtkę, na to koc, owinął dla bezpieczeństwa taśmą, wziął go na ręce i jak kiedyś ojciec wyniósł go w beciku ze szpitala, tak on dziś po czterdziestu latach zabrał go ze szpitala na rękach.”

Czyż wymaga to komentarza?


Zostaw odpowiedź