Talent do rodzenia dzieci

Natrafiłam na ciekawą relację pewnej forumowiczki. Najpierw przed porodem wyrażała ogromne obawy przed narodzinami czwartego dziecka, jak zniesie ten poród, różne obawy, lęki ją dręczyły. I potem kapitalna relacja poporodowa, gdzie stwierdza, że dopiero teraz przy rodzeniu czwartego dziecka odkryła, że „ma talent do rodzenia dzieci”.

Jeszcze rozmowy z mamą dziesięciorga dzieci. Właśnie dziesiąte w drodze. Wszystkie swoje dzieci rodziła w szpitalu. I taka refleksja jej się wyrwała, że właściwie te wszystkie zabiegi medyczne wokół porodowe bardziej jej w rodzeniu przeszkadzały niż pomagały. Że najdotkliwsza w czasie rodzenia była dla niej samotność. A jedynym ratunkiem i ukojeniem w tej samotności szpitalnej była modlitwa w rytmie skurczy porodowych.

Myślę, że w naszych mocno zbiurokratyzowanych szpitalach, gdzie nierzadko ważniejsze są wszystkie urządzenia, badania, a niekoniecznie rodząca nie jest łatwo odkryć w sobie ten talent do rodzenia dzieci. Skierowanie uwagi na badania ginekologiczne, aparaty KTG, wenflony, kroplówki sprawiają, że kobiety rodzące fizjologicznie nie doceniają własnej roli podczas rodzenia dzieci, a przeceniają role lekarzy i położnych. Ich rola jest oczywiście niebagatelna, gdy mamy do czynienia z jakimiś patologiami w przebiegu porodu, z zagrożeniem życia i zdrowia, jednak podczas prawidłowo przebiegającego porodu to rodząca matka powinna móc się wykazać zdolnością rodzenia, a rola położnej i lekarza powinna być wówczas bardzo dyskretna.

Gdy głupio wpakowałam się do szpitala 10 dni po terminie liczonym z miesiączki, usłyszałam 3 dnia leżenia tam odłogiem podczas obchodu „trzeba to urodzić” i nie było to do mnie skierowane, tylko do innych lekarzy. Nawet trudno opisać, jakie uczucia mną owładnęły?

Zamiast mnie chcą urodzić?

Dlaczego „to” mówi się o moim dziecku?

Dlaczego autorytarnie stwierdza, że wie lepiej ode mnie, kiedy powinno się urodzić moje dziecko podczas, gdy to ja jestem bardziej zaznajomiona z własnym cyklem owulacyjnym, z terminami współżycia?

Dopóki lekarze i położne nie zaczną traktować poważnie rodzących jako równorzędnych partnerów relacji, których trzeba słuchać, dopóki nie będzie normalności w położnictwie. Dopóki nie docenią siły i daru rodzenia, tak aby nie przeszkadzać w rodzeniu kobietom w ich skupieniu porodowym, znajdowaniu najlepszych pozycji porodowych itd., dopóty położnictwo w ich wykonaniu będzie powielaniem, zawodem odtwórczym, a nie sztuką.

Tych kilka refleksji tuż przed wyjazdem na Zjazd Rodziców i Dzieci Urodzonych w Domu zorganizowanych przez Stowarzyszenie Dobrze Urodzeni.


Zostaw odpowiedź