Wypadek? Kto odpowiedzialny?

W ostatnim czasie czytałam dwa artykuły o tym, jak lekarzowi wypadło nowo narodzone dziecko z rąk. Jedno na podłogę wyślizgując się z dróg rodnych matki oraz rąk lekarza, drugie na stanowisko dla noworodków. Ten drugi incydent zarejestrowany przez gorliwego tatę na filmie, więc można sobie obejrzeć gdzieś w internecie, na Facebooku bodajże.

I dziesiątki komentarzy pod tym. Oczywiście opluwających lekarzy, personel medyczny.

Że jak tak można się śpieszyć! Epitetów i obelżywości mnóstwo.

No i racja. W tej sytuacji sprawdza się przysłowie „festina lente” czyli „śpiesz się powoli”.

Ale z drugiej strony, czy czasem nie da się współczuć temu lekarzowi, położnej?

Na pewno specjalnie tego nie zrobili. Mogli być zmęczeni (np. po 24 godzinnym dyżurze- kto by nie był?). Mogli być potrzebni przy następnym porodzie. Mogli być niewyspani i w związku z tym rozkojarzeni etc. Można by tak długo mnożyć ewentualności, zapytania.

Nikt jednak z piszących internautów nie zadał pytania o ręce ojca. Gdzie one były, gdy trzeba było trzymać, łapać dziecko. Zbyt łatwo się sprowadza ojców do niemych świadków, reporterów na porodówce. Ale też sami dają się sprowadzić przyklejając się do telefonów. Bo w jednym z wydarzeń ojciec właśnie nagrywał to tragiczne wydarzenie. Nie chodzi o to, bym oskarżała ojca- pytam jedynie o jego powołanie.

Ojcowie kochający świadomi, obecni, uczestniczący potrafią być świetnymi ratownikami. Z jakim fantastycznym refleksem potrafią podrzucać dzieci i łapać je aż maluchy piszczą ze śmiechu. Czy nie jest spłycaniem ich roli, pozostawienie ich wyłącznie w funkcji „nagrywacza”?

Personel medyczny czasem się wkurza na tych rodziców, którzy za wszelką cenę pilnują, nie odstępują swoich dzieci ani na krok. Że utrudniają im pracę, patrzą na ręce. Że chcą decydować, trzymać swoją rękę na pulsie.

Ale jak cenne w tej sytuacji byłyby wyciągnięte ręce matki albo ojca po dziecko.

Dziecko w trakcie narodzin jest śliskie, mokre, w śluzie, mazi płodowej, czasem trochę we krwi.

Znam takich rodziców, którzy w porodzie i po porodzie cały czas dopilnowali, by nie rozstawać się z dzieckiem, nie pozwolić go dokarmić, zabrać, zrobić jakichkolwiek zabiegów bez ich czujnej refleksyjnej obecności etc.

Trudne dla personelu to było. Rodzice się nasłuchali. Cięgi, negatywne uwagi zebrali. Błogosławione w skutkach dla dzieci. Bo były dopilnowane, wykarmione, zrozumiane.

Będąc doulą zachęcam zwłaszcza mamy, zwłaszcza ojców,by nie bali się w porodzie wyciągać ręce po swoje dziecko, poznawać je, być świadomymi i odpowiedzialnymi. Też poprzez rozsądną współpracę z opieką medyczną.

Takie jest życie.

I to na różnych etapach macierzyństwa i ogólnie rzecz biorąc rodzicielstwa.

Jeśli my nie weźmiemy odpowiedzialności za własne dzieci, weźmie ją ktoś inny tak, jak będzie umiał lub chciał czy „potłuką się” nam dzieci o różne okoliczności życiowe.

Najlepiej na każdym etapie złożyć swoje Skarby w wierne ręce Boże. I współpracować z nimi w dziele „łapania” dziecka. To zawsze działa.


komentarze 4 do wpisu “Wypadek? Kto odpowiedzialny?”

  1. Ewa napisał(a):

    Internet bywa śmietnikiem. Jakieś przykre zdarzenie i od razu przekleństwa.
    Z drugiej strony jak reklamie napoju Sprite aż strach wyrazić swoją opinię na temat, że nie podobają się komuś 10 kolczyków na twarzy, bo to jest uznane za hejt.

  2. Fizula napisał(a):

    Byłam ostatnio na praktykach w szpitalu. Chore dziecko umarło- nie z winy personelu ani rodziców (wada genetyczna, połowa ciąży). Nie mogłam być z rodzicami, ale obserwowałam personel. Jak bardzo było im żal rodziców, dziecka. Rozmawiałam w pokoju dla personelu z salową- jaki ból współczucia z tej kobiety emanował! (choć w słowach była bardzo oszczędna). Widać było, jak bardzo jest tym trudnym wydarzeniem przybita. Może nawet nie zdawali sobie ci rodzice sprawy, ile współczucia im towarzyszyło (choć być może w większości niemego). Coraz bardziej podziwiam salowe- kobiety-anioły. Nikt ich nie zauważa, a tyle dobra czynią. Mknąc dalej do następnych robót. Znam kobiety, które najbardziej podczas porodu od salowych zaczerpnęły wsparcia, ciepła, serdeczności. Teraz jest też takie fajne stowarzyszenie „Tęczowy kocyk”, które szyje dla maleńkich utraconych dzieci ubraneczka: maciupeńkie, prześliczne cacka. Następny wyraz miłości, która nie pozostawia w biedzie samotnego.

  3. Monika napisał(a):

    ->Salowe<- Kiedy byłam w szpitalu po utracie Dziecka jedna z tych Salowych okazała mi tyle serdeczności, wsparcia, zapewniła intymność w takiej ilości, jaka w ówczesnych warunkach była do zapewnienia, że kiedy już wychodziłam podziękowałam Jej, wręczając jakąś słodkość. Pamiętam Jej zaskoczenie, że nic takiego przecież nie zrobiła. A zrobiła dużo, baaardzo dużo. Ot, taki los, taka praca, chyba ważne kto patrzy, żeby zauważyć.

  4. Fizula napisał(a):

    Cudnie, że zauważyłaś i dałaś wyraz swojej wdzięczności. Myślę, że to mogło być bardzo ważne dla niej.

Zostaw odpowiedź