Ale tu chustowo się zrobiło

Która z Was lubi dotykać materiałów, ubrań, chust, różnych faktur?

Ja bardzo!

Zwłaszcza chust.

Noszenie dzieci jest czymś wspaniałym!

Małe dziecko ma zakorzenioną głęboką potrzebę bycia noszonym, tulonym.

Ono rodzi się przyzwyczajone do:

  • noszenia go;
  • turlania się z nim;
  • otulania go z wszech stron;
  • podnoszenia go;
  • bujania go;
  • ruszania się z nim, przy nim itd.

Przez 9 pierwszych miesięcy życia było wszak nieodkładane i nieodkładalne.

Czas i stan błogosławiony.

Dziecko nie jest przyzwyczajone do bezruchu.

Dlatego łóżeczka niemowlęce są tak niepraktyczną rzeczą.

Najlepiej się sprawdzają jako pojemnik na ubranka, pieluszki czy inne przedmioty.

Bo dziecko najlepiej się czuje i najspokojniej śpi, gdy jest wtulone w mamę, tatę, siostrę, babcię. Na pewno nie w szczebelki drewniane.

Nawet to, że się wydycha na nie nieświeże powietrze bogatsze w dwutlenek węgla służy mu- pomaga pamiętać o oddychaniu.

 

Adwent to to taki czas, kiedy towarzyszymy Maryi w Jej czekaniu.

I w Jej noszeniu Dzieciątka Jezus.

Najcudowniejsze jest to, że Ona pozwala i zaprasza, by Jej noszenie stało się naszym.


komentarzy 8 do wpisu “Ale tu chustowo się zrobiło”

  1. Kasia napisał(a):

    Moja pierwsza córeczka spała z nami od około 4 miesiąca życia. Wcześniej się bałam, nie umiałam jej tak położyć, by było nam wygodnie się karmić i spać (dzidziuś z obniżonym napięciem mięśniowym mi się rozlewał). W rezultacie doszłyśmy do pobudek co kwadrans i mojego chronicznego niewyspania posuniętego do granic wytrzymałości. Ale nauczylam się spać że smykiem. Życie nabrało kolorów. Przy drugiej córeczce łóżeczko służy do spania do pierwszej pobudki, czyli wtedy, kiedy zazwyczaj jeszcze krzątam się po domu. A chusta? Przy pierwszej córce neurolog kategorycznie odradził. Przy drugiej napięcie mięśniowe jeszcze niższe, a używałam po rozmowie z rehabilitantką. Żałuję, że pierwszej córy tak nie nosiłam, bo że nosiliśmy i to dużo, ale tylko z użyciem rąk, co ma swoje ograniczenia, to oczywiste.

  2. Fizula napisał(a):

    Dzięki, Kasiu, za podzielenie się doświadczeniem. Samo życie. Ja przy pierwszym dziecku byłam jak ślepy we mgle. Myślę, że to, co najlepiej mogę zrobić, to dalej się uczyć, bo inne błędy się popełnia przy pierwszym, inne przy drugim, a jeszcze inne przy piątym. Wydaje mi się, że wiele lekarzy dość nieufnie podchodzi do chust. Znam jednak też takiego, który mając praktykę i w Polsce, i w Afryce- docenia afrykańskie noszenie, bo tam dzieci nie mają problemów z dysplazją stawów biodrowych, a u nas to nierzadkie zjawisko(i przez noszenie przodem do świata, tyłem do rodzica i przez inne praktyki). Chustowanie to też profilaktyka wielu zaburzeń integracji sensoorycznej, które są plagą naszych czasów.

  3. Kasia napisał(a):

    Dodam przy okazji tylko, ze poruszają mnie teksty w stylu:”nie noś tyle, bo się przyzwyczai”. Moje dzieci prowadziły i prowadzą żywot podłogowo-naręczny. Podłoga to ciągła rehabilitacja, turlanie, pełzanie, wspinanie itd. Ale jak jest tęsknota, ktora moze dziecko dopasc w każdej chwili, choćby piec minut po opuszczeniu rodzocielskich objęć, nastepuje powrót na ręce. Nie do leżaczka czy bujaczka. Starsza córeczka miala bujaczek, ktorego intuicyjnie nie znosiłam. Te wszystkie szalone dźwięki, drgania, a do tego dziecko unieruchomione i pokrzywione (asymetrie to standard przy niskim napięciu). Dopóki nie mogła siedzieć w krzesełku, żeby jeść, siedziała nam na kolanach, a leżaczek szybko nas opuścił. Druga córeczka w ogóle go nie widziała. A nasza obecna rehabilitantka poprosiła, abyśmy jak najmniej korzystali z takich urządzeń. Zbyteczna prośba. Sprzęt dawno opuścił nasz dom. Myślę ogólnie, że bujaczki mogą byc fajne na trochę. U nas przez nisie napiecie kompletnie sie nie sprawdzały.

  4. Fizula napisał(a):

    Cenna refleksja o bujaczkach. Na tekst „nie noś, bo się przyzwyczai” można odpowiadać- „Za późno- urodziłam już przyzwyczajone”.

  5. Magda napisał(a):

    Ha! właśnie tak odpowiadałam słysząc takie słowa.
    A początki u mnie były zupełnie takie jak u Ciebie Kasiu, tylko spanie Malutkiej obok mnie w łóżeczku trwało dłużej – bałam się bo mam bardzo mocny sen.
    Tylko te ciąglę wybudzenia sprawiały że wciąż byłam nie wyspana. No i proces spania Córeczki przy mnie się rozwijał – teraz czasem udaje się że pośpi sama w łóżeczku obok 2 h. I chociaż uwielbiam tę łatwość dania jej piersi gdy się przebudza nocą, odgłos jej miarowego oddechu a czasem posapywania do przetwarzanych wrażeń z minionego dnia to jednak często budzę się cała zdrętwiałą od bezruchu i czujnego leżenia przy Niej (Iza – dzięki za kontakt! już jestem po pierwszy spotkaniu i po tylu miesiącach mogę siedzieć z Córką na macie bez bólu).

    A co myślicie o nocnym karmieniu w kontekście zagrożenia próchnicą? czytałam ostatnio że trzeba zacząć ograniczać gdy dziecko ma roczek bo takie właśnie będą konsekwencje…i jakoś nie wierzę, że mleko matki może być takim zagrożeniem.

  6. Kasia napisał(a):

    Co do próchnicy – generalnie WHO mówi chyba tylko o izolowanych przypadkach, w których istniała zależność między karmieniem piersią a próchnicą. Czytałam też kiedyś o badaniach, które mówiły o tym, że kp ogranicza powstawanie próchnicy (ze względu na antybakteryjne składniki mleka matki), ale badania te dotyczyły dzieci, u których jeszcze nie rozszerzano diety.

    Natomiast ja sama mogę powiedzieć, że swoją starszą latorośl usypiałam przy piersi grubo ponad trzy lata. Pewnie z 3,5 roku. I nic. Nie ma próchnicy. Długo nam się też zdarzały karmienia nad ranem. A nocne częste karmienia do drugich urodzin. Oczywiście nie budziłam nigdy dziecięcia, co by umyło zęby 🙂 generalnie mówi się o próchnicy butelkowej. Maluszki na butelkach faktycznie moga mieć problem z próchnicą przy nocnych kamieniach.

  7. Fizula napisał(a):

    BAdania mówią, że mleko matki nie ma związku z próchnicą. Piątka moich dzieci karmionych nadprzeciętnie długo (jak na nasze społeczeństwo, ale jak na ich potrzeby to wcale nie długo) nie miała próchnicy, gdy była karmiona. Co więcej robi się pasty do zębów z elementami z mleka matki, np. z lizozymem. Ph mleka matki jest niekompatybilne z rozwojem próchnicy. Też sposób ssania zabezpiecza ząbki przed próchnicą: dziecko podczas ssania odżywczego ma brodawkę głęboko- na pograniczu podniebienia twardego i miękkiego, a więc tam, gdzie maluch nie ma zębów, już blisko gardła. Jak dziecko ssie tylko nieodżywczo- tak jak przez sen- to mleko w ogóle nie cieknie z piersi. Niemniej inne niezdrowe nawyki naszego społeczeństwa służą rozwojowi próchnicy, np. dzielenie się z dzieckiem bakteriami z własnych niedoleczonych zębów, słodycze, chrupki obklejające ząbki szczelnie, słodkie soczki itp. To mleko z butelki rozlewa się po buzi dziecka bezwiednie- z piersią jest inaczej. Dobrą rzeczą jest dla dziecka witamina D w naszej szerokości geograficznej- bo wapnia dzieciom nie brakuje, ale organizm nie może go przyswoić, gdy nie ma witaminy D.

  8. Magda napisał(a):

    …przez sen to ssanie nieodzywcze…ale chyba dopiero od pewnego okresu – tzn że noworodki jeszcze nocą/przez sen jedzą ale już np moja roczna córeczka, która przez sen szuka mojej piersi i chwilę przy niej się wycisza nie ssie już nic?
    No własnie – więc po przebudzeniu powinnam podawać Jej szybko jakieś śniadanko, np. kaszkę? Takich przecknięć ukojonych ssaniem mamy jeszcze kilka nocą i dotąd nie zastanawiałam się nad tym jakoś szczególnie wychodząc z założenia, że po takiej nocy moja Córeczka jest z pewnością najedzona skoro kilka razy ssała..

Zostaw odpowiedź