Archiwum kategorii ‘Dzieci małe i duże’


Wody na wagę złota

Jak bardzo dzieci fascynują się wodą! Tak jakby pamiętały, że z wód wyskakują do świata lądowego.I tęskno im za tym beztroskim wodym baraszkowaniem…

Ta kolejność w życiu: najpierw wody, potem ląd.

A potem przez całe życie wodę nosimy w sobie: ciało małego dziecka ma 80% wody, potem 75%, dorosłego 60-70%.

Najpierw: zaspokojenie pragnienia, potem głodu.

Najpierw w życiu pijemy mleko. Gdy to jest mleko matki, to ma aż blisko 90% wody. I jest to bardzo dobra wiadomość, zwłaszcza dla rozwijającego się ekspresowo mózgu, który jest równie… wodnisty!

Szum wody z nieba czyli deszcz.

Jesienna dżdżysta pogoda. A kropelki deszczu tak bardzo potrzebne na małym nosie, który chce je powąchać. Potrzebne na małym uchu, które chce je usłyszeć. Potrzebne na skórze, która chce wziąć prysznic.

To co, spacerujemy w deszczu? W kałużach? Kto odważny?

Na sobie (i nie tylko) odkrywam zalety hydroterapii czyli terapii wodą. Jak tylko zaczynam odczuwać oznaki przeziębienia, osłabienia- wówczas bardzo rozgrzewająca kąpiel (bez możliwości poparzenia) szybko stawia na nogi. Gdyby tę metodę zastosować u dzieci, to trzeba by to zrobić bardzo delikatnie i dość krótko, tak żeby dziecku było przyjemnie ciepło, żeby odpoczęło w tej kąpieli i się rozgrzało (ale nie dostało gorączki, nie było narażone na poparzenie w żadnym momencie). A potem jak najszybciej: hop do łóżka! Bez możliwości wychłodzenia się. Za to z mocno ciepłą herbatą lipową czy malinową i termoforkiem.

Mamy karmiące robią też z wody użytek przy zastoju: rozgrzewając wodą pierś z „guzem”, stwardnieniem. Ciepło: ułatwia wypływ, poprawia krążenie. Ciepło jest jak lato- więcej się dzieje, więcej ruchu, możliwości zmian, szybciej przebiegają procesy regeneracyjne (a ku temu zmierza dobrze rozegrany proces zapalny).

To co, bierzemy kąpiel? Czy od razu do doktora? Kto odważny?



Jak siebie samego…

Kapliczka swiętego Jury. Wjazd nad przepaściami drogą zapierającą dech w piersiach. A widok rozpościerający się stamtąd: góry schodzące do morza, wyspy zanurzone w morskich otchłaniach tak cudnie się mieniących, skały przetykane delikatnymi kwiatuszkami:

Kiedy Pan Bóg to wszystko stwarzał, zobaczył: „To dobre!”

Ale kiedy stwarzał Ciebie i mnie, zachycił się: „Bardzo dobre!”

I skoro Pan Bóg tak bardzo nas docenia, to czy możemy same siebie nie doceniać?

A skoro przykazanie brzmi, by kochać bliźniego swego jak siebie samego, to czy możemy nie kochać siebie?

Lekceważenie swojego zdrowia, swoich ważnych potrzeb potrafi się obrócić przeciwko nam samym, ale też przeciwko naszym dzieciom, innym osobom.

Jakie są Twoje głębokie pragnienia?

O czym coraz częściej marzysz?

Czego szukasz?

Za czym tęsknisz?

Twoje dziecko będzie Ci wdzięczne, jeśli dasz sobie pozwolenie na zaspokojenie swoich istotnych potrzeb. Bo wtedy będziesz mieć siłę tak pięknie się do niego uśmiechać, wymyślić nowe szalone i pełne śmiechu zabawy.



Wspomnienia wciąż żywe

Pewna znajoma zaczepiła mnie w celu zaoferowania swojej opieki nad mym samodzielnym 7-latkiem. Otóż samodzielny 7-latek ma potrzebę rozwijania swej samodzielności i umożliwiłam mu to. Nie potrzebuje więc zaambarasowania nadopiekuńczej pani.

Grzecznie odmówiłam, bo dziecko też człowiek, ma więc potrzebę rozwijania swej wolności i niezależności. Wyjaśniłam natomiast, że dodatkowo to konkretne dziecko osiągnąwszy wiek stosowny, ma olbrzymią potrzebę ruchu. Nawet prawodawca to umożliwia, ponieważ przewiduje możliwość poruszania się samodzielnego nawet autobusem dla dziecka 7-letniego. Chociaż nie wiem, czy ja bym się na to zdecydowała. Choć spotkałam się z pewną mamą, która mi opowiedziała, że po prostu zmusiło ją do tego życie- konieczność pozostania w domu z młodszym dzieckiem i obowiązek udania się tego 7-latka do szkoły.

Znajoma oburzona:

-Ależ to przecież małe dziecko! Nie można go nawet na sekundę spuszczać z oka!

I ten oto argument wszystkie inne wytrącił mi z ręki 🙂

No bo jeśli rzeczywiście ma się potrzebę 100% kontroli swojego dziecka, to … można współczuć temu dziecku.

Przypominają mi się niektóre matki z ogromną potrzebą kontroli- jak trudno takiej matce wykarmić piersią! Wiele z nich po prostu nie jest w stanie tego zrobić ze względów psychologicznych. Choćby z tego powodu, że na piersi nie mają podziałki z cyferkami, a dziecko nie daje 100% pewnych komunikatów.

Jak zachować umiar i rozsądek w pilnowaniu dziecka, dzieci?

Chyba nie ma jednej gotowej recepty. Trzeba go oprzeć o znajomość tego konkretnego egzemplarzu. Bo jeden siedmiolatek może zachowywać się zupełnie inaczej niż jego rówieśnik. I jeśli oceniamy cudze dzieci jako te, które zapewne się zachowują lub powinny się zachowywać jak nasze, to możemy się przejechać.

Potrzeba jednak tworzenia wiele przestrzeni obopólnego zaufania, ale też zrozumienia, jak rozwija się dziecięca niezależność, potrzeba wolności.

Kiedy dziecko ma rok, potrzebuje być puszczone za rękę, by mogło samodzielnie raczkować, próbować chodzić, bawić się chwilę samo.

Kiedy ma trzy lata, może samo chcieć decydować, z kim się będzie bawić, czy chce iść w dane miejsce czy nie.

Kiedy ma 7, może chcieć się poruszać samodzielnie nieco dalej niż tylko w obrębie domu, działki.

Kiedy ma 10 lat, może chcieć przyrządzić całkiem samodzielnie jakąś potrawę.

A kiedy ma 18, może zechcieć wyfrunąć spod rodzinnej strzechy.

Ale nie każde dziecko, nie wszystkie nawet w jednej rodzinie.

Wolność jest cennym i trudnym darem. Zdaje się, że i dla dzieci, i dla rodziców.

Jak głębokie zanurzenie wybieramy?  Jaką jakość życia? Czy opartą na nerwowej kontroli, czy na zaufaniu, które rośnie wraz z dzieckim? Błogosławmy nasze dzieci przed ich samodzielnymi wędrówkami- wtedy opiekę oddajemy najlepszemu Ojcu. To opieka lepsza niż najbardziej kurczowa ludzka kontrola. No i opieka nie zwalniająca nas rodziców ani ze znajomości własnego dziecka, ani z rozsądku.



Szlachetne zdrowie

Odporność u dzieci to nie jest coś gotowego.

To coś, co się buduje.

Miesiącami, latami.

A jak łatwo się burzy przekonałam się znowu, przez tydzień poddając moje dzieci eksperymentowi zbiorowego żywienia, typu dżem, parówa i wałówa.

Ludzie szukają wzmocnienia odporności dziecka. Nie dziwie się.

Taka krucha i delikatna ta odporność.

Cieszymy się, że jest. I łup- już dopada kolejna choroba.

Chwytamy się najdziwniejszych rzeczy.

Czytałam, że niektórzy zachwycają się aptecznym preparatem Colostrum.

Cóż to takiego?

Zakonserwowana krowia siara czyli pierwsze mleko od krowy po urodzeniu cielaka z konserwantami. Czyli doskonała rzecz dla cielęcia. Ale czy dla dziecka również?

Oczywiście, że nie. Z bardzo wielu powodów:

  • choroby, na które daje odporność Colostrum krowie to choroby, które przebyła krowa;
  • jednakże i na skutek przechowywania, i potraktowania konserwantami, procesem pasteryzacji ciała odpornościowe w większości są zniszczone w preparacie nabytym w aptece lub innym sklepie;
  • tak samo jak mleko krowie jest niedostosowane do potrzeb dziecka, tak samo, a nawet bardziej niedostosowana jest do niego siara krowia;
  • co więcej Colostrum od krowy może przenosić różne choroby, zwłaszcza jeśli nie dokonano prawidłowo procesu pasteryzacji;
  • ponadto białka krowie to jedne z bardziej uczulających białek, niszczących wyspy Langerhansa trzustki itp. szkody;
  • o szkodliwości konserwantów nie chce mi się już pisać, bo o tym wszędzie pełno.

Zwróćcie uwagę, że na reklamie, etykiecie używa się łacińskiej nazwy Colostrum. Od razu się człowiek daje złapać na haczyk naukowości.

W tym wypadku pseudonaukowości.

Bo nauka nie ma co do tego wątpliwości, jak mnóstwo szkód dla dzieci wyrządza przedwczesne odstawienie od piersi, stosowanie mleka krowiego (również tego w postaci modyfikowanej mieszanki).

Zupełnie inaczej jest z Colostrum kobiecym! Zwanym najczęściej trywialnie siarą.

Warto:

  • gdy się urodzi maleństwo, wzmocnić swoim mlekiem również starsze dziecko (choćby to miało być jednorazowo);
  • użyczać mleka innym dzieciom (za wyjątkiem matek HIV+, Hbs+, nie można od nich brać mleka); coś się słyszy o powstawaniu nowych Banków Mleka w Polsce; ale i bez banków można dać własne mleko siostrze, koleżance dla jej dziecka, jeśli zechce;
  • starszakowi nawet jeśli nie da się do picia swojego mleka, można je zakroplić: do oczu (przy zapaleniu spojówek), do nosa (katar), do ucha (przy zapaleniu ucha), na ranę (zwłaszcza gdy nie mamy przy sobie wody utlenionej), do gardła (do płukania);
  • mleko matki może też przywrócić zdrowie, wzmocnić osoby z obniżoną odpornością, np.: po chemioterapii.

Zostawmy jednak mleko matki, bo nie każdy ma do niego dostęp.

Zwłaszcza na wiosnę, w lecie, jesienią jest całe bogactwo roślin, które mogą wzmocnić odporność młodego człowieka:

  • kiszonki- jedzmy o każdej porze roku ze względu na ogromne bogactwo naturalnych probiotyków!
  • zioła poprawiające trawienie, przeciwbakteryjne, przeciwwirusowe: majeranek, oregano, bazylia, tymianek, cząber, kminek, koperek i inne;
  • zioła ogólnie wzmacniające: pokrzywa, natka pietruszki, jeżówka pupurowa, macierzanka, czystek, lipa i in.;
  • warzywa i przyprawy: cebula i szczypior, czosnek, chrzan, buraki, kapusta, korzeń imbiru i in.;
  • owoce: aronia, jabłka, maliny, jagody, rokitnik, greipfruit, cytryna;
  • aloes- w postaci soku, miąższu, preparatu (Biostymina do wstrzykiwań); niezbyt smaczny, ale po zmieszaniu ze zwykłym sokiem nie czuć go prawie wcale;
  • miody dla osłody i pyłki, propolisy zjadały, psykały urwisy;
  • itd., itp. czyli bogactwo i różnorodność natury- im dokładniej czyta się jej księgę, tym bardziej zajmująca to lektura.

Co jeszcze wzmacnia dzieci:

  • las, góry, jeziora, morze- zmiana klimatu nie raz pomoże;
  • woda, hartowanie w jeziorze, morzu, misce z wodą- byle radośnie i bezpiecznie;
  • skakanie i bieganie to entuzjazmem tryskanie;
  • łapanie promyków słońca na zapas;
  • bose stopy, które uczą się matki-ziemi;
  • masowanie, łaskotanie i wspólne chichotanie; przytulanie to dla dziecka duszy pokarm;
  • i oczywiście odrobaczanie (jak się pozbędzie człowiek lokatorów, to może wreszcie poczuć, że żyje. A nie, że coś go żre i dlatego mu źle);
  • cyklicznie stawiane bańki.

Oczywiście nie wszystko naraz. Najlepszym doradcą jest umiarkowanie i stopniowe wprowadzanie. W przypadku dzieci często mniej i delikatniej znaczy lepiej.

Dorosły może sobie gratulować, gdy uda mu się wypić cały kubek ziół, których np. nie lubi, ale dzieci oklaskujmy po jednej łyżeczce, po dwóch już wiwatujmy. Po trzech stawajmy z uciechy na głowie, po czterech módlmy się: „O, Boże!” 😉

Tak sobie a muzom podsumowałam ostatnie 18 lat życia, które spędziłam i na karmieniu piersią i na wzmacnianiu, leczeniu, łaskotaniu i wożeniu potomstwa do wód, lasów, aby dożyć lepszych czasów.



Po poronieniu też jest czas na życie w obfitości

Dotknięcie życia i śmierci.

Gdy życie tak blisko śmierci, a śmierć tak szybko spala życie.

Rekolekcje dla osób po stracie dziecka, poronieniu w Wąwolnicy:

23-25 listopada 2018 w Wąwolnicy ( woj.lubelskie).  Temat: ,, Życie w Bożej dłoni”



Ile masz mieć dzieci?

„Rosa, jak ty to robisz?”– słyszała często Rosa podróżując i dzieląc się swoją rodzicielską wiedzą.

A dzielić się doprawdy ma się czym po urodzeniu 18 dzieci i wychowywaniu swojej gromadki.

Jeśli ci się zdaje, że masz ciężko, bo masz 1,2,3… dzieci, to może warto sięgnąć po tę książeczkę „Rosa, jak ty to robisz?” I zaczerpnąć inspiracji do bycia z dziećmi, ucieszenia się z własnej rodziny, docenienia relacji z mężem.

Anegdoty i psoty.

Książka nieco niebezpieczna, bo wciąga i człowiek się nie może oderwać aż nie skończy.

Zapewne nie po to ją się czyta, żeby skorzystać ze wszystkich pomysłów na życie tej konkretnie rodziny.

Dla mnie najważniejszy w tej konkretnie lekturze okazał się sam początek.

Pierwsze dziecko urodziło się z wadą serca- lekarze zawyrokowali, że będzie żyć nie dłużej niż 3 lata.

Drugie i trzecie dziecko zmarło szybko.

Werdykt medyczny zabrzmiał: Nie powinniście mieć więcej dzieci!

Jak to dobrze, że ci konkretni rodzice wierzyli jednak bardziej Bogu niż lekarzom i otworzyli się na głębokie pragnienie ich serc, by nie rezygnować z marzenia o dużej rodzinie!

Życie jest zbyt ciekawe, by rezygnować z życia 🙂

O to ile w naszych rodzinach mamy mieć dzieci, pytajmy więc współmałżonka, Pana Boga. Jeśli na ten temat wypowiada się doktor, babcia, siostra, ciocia, wujek, koleżanka czy internautka- to znaczy, że wtyka nos w nie swoje sprawy.



Z drugiej strony świata

Urodzenie się to przestawienie z trybu życia wodnego na lądowy.

Na zdjęciu powyżej- fale widziane od spodu, z dna morskiego.

Podoba się Wam?

Dla mnie fascynujące.

 

Trzeba więc będąc nowo narodzonym dzieckiem zmienić skórę z modelu wodnego na lądowy. Zdrową zamianę ułatwia wmasowanie mazi płodowej, która jest najlepszym kremem, w skórę młodego człowieka. Lub po prostu zostawienie jej w spokoju- niech pełni swą funkcję aż do wchłonięcia. W wielu szpitalach, gdzie docierają informacje ze świata, nie kąpie się więc dziecka w pierwszych dniach po porodzie, żeby nie niszczyć tej zdrowej powłoki ciała.

Czytam ulotkę kremów pewnej dobrej firmy produkującej kosmetyki dla dzieci. I cóż tam widzę? Czarno na białym napisane, że do skóry dziecka (a właściwie do każdej) nie należy stosować czegoś, czego nie można by zjeść. Właściwie podważają rację wytwarzania własnych produktów. (Ja przynajmniej nie odważyłabym się zjeść ich kremów). Skoro dla dziecka po wymianie skóry na lądowy model najlepsze będą naturalne oleje, najlepiej tłoczone na zimno, to niepotrzebne są drogie i zakonserwowane kosmetyki. Olej lniany, kokosowy czy jeszcze inny (ze słodkich migdałów, nasion malin itp.) nadaje się do wmasowania w skórę dziecka, dorosłego. Niektórzy, żeby nadać lepszy zapach tym olejom dodają jeszcze kropelki pachnącego olejku, np. lawendowego.

Ta filozofia „zrób-sobie-krem” nie wzięła się znikąd. Zaczęto się przyglądać składnikom szeroko rozpowszechnionych kremów. Zazwyczaj głównym składnikiem kremów, ale też drogich np. emolientów dla dzieci jest ciekła parafina (paraffinum liquidum, mająca jeszcze szereg innych nazw np. mineral oil) będąca ni mniej ni więcej destylowaną ropą naftową. W pierwszym momencie po jego zastosowaniu odczucia są bardzo pozytywne: miękka wygładzona skóra. Jednak skutkiem ubocznym jest zatykanie porów skóry, utrudnianie jej wymiany gazowej. Ciekła lub stała parafina (wazelina), pomimo że jest na skórze przyjemna w dotyku, to jednak nie odżywia, nie nawilża skóry w odróżnieniu od naturalnych olejów i innych naturalnych składników.

Niektóre mamy oburzają się, że nie będą dziecka smarować oliwą, żeby im potomstwo nie pachniała jak świeżo zrobiona sałatka. Jednak dla dziecka zazwyczaj nie jest to problemem, zwłaszcza jeśli mama umie zachować umiar, wie, że oliwy lub innego olejku wmasowuje się jedynie cienką warstwę, że szybko się one wchłaniają.

Niezapomniane są pierwsze kąpiele nowo wyklutych skarbów. Ze względu na maż płodową nie trzeba się jednak z nimi śpieszyć. Gdy maź się już wchłonie, warto zafundować dziecku kąpiel z dodatkiem naparu z mieszanką ziół: rumianku, pączków sosny, korzenia żywokostu, nagietku. Moja nieoceniona położna Zosia poleca ją od lat i przyrządza dla dzieci. Zwykłe szare mydło też jest dobre, ale jego minusem jest zmiana odczynu skóry. Ochronną powłoką pokrywa się też ciało dziecka, gdy kąpie się je z dodatkiem odcedzonego siemienia lnianego lub płatek owsianych. Jest w czym wybierać- można zafundować swojemu dziecku to, co wydaje się najlepsze.

Żeby się zastanowić, dlaczego warto unikać nawilżanych jednorazowych chusteczek, proponuję zrobienie eksperymentu. Bawełnianą chusteczkę zanurzamy w odżywczych składnikach, np. świeżo wyciśniętym soku z aloesu z wodą i zamykamy szczelnie w pudełku. Wynik eksperymentu? Chusteczka bardzo szybko zapleśnieje, zbutwieje. Jak bardzo więc gotowe chusteczki dla nimowląt muszą być zakonserwowane, nasączone szkodliwymi substancjami, żeby uniemożliwić rozwój mikroorganizmów na nich! Alternatywą dla tego wygodnego sposobu na czyszczenie dziecka są zwykłe bawełniane płatki w połączeniu z wodą (może też być sól fizjologiczna), np. w sprayu lub zwykłej buteleczce. Lub najprościej: korzystanie z wody w umywalce i ręcznika.

Warto wiedzieć, że skóry bardzo niemowlęcia nie można pocierać materiałem. Jest ona na to za delikatna- w ten sposób zdrapujemy dziecku naskórek. Łagodniej jest wycierać poprzez samo dotykanie, otulanie ręcznikiem.

Prostota i stare babcine sposoby.

Ale za to jakie skuteczne! I tanie.

W ten sposób lądowy model skóry naszego dziecka staje się zdrowy i piękny 🙂



Czy pozwalasz sobie zadawać pytania? Jeśli tak, to dajesz sobie prawo myśleć.

Ten artykuł może rodzić różne kontrowersje.

Ale nie można odmówić sensowności pytaniom, które w nim padają.

Jeśli pozwalasz sobie jeszcze na myślenie, to:

Zapytaj najpierw siebie samego, a potem swojego lekarza.



Wymeldowanie Pana Bałagana

 

Pan Bałagan to bardzo panoszący się osobnik. Nikt go nie zaprasza, a i tak się sam wprosi lub chyłkiem bez uprzedzenia nachodzi nas. Szczególnie wiele zasadzek ten osobnik zastawia na dzieci i ich rodziców.

A może by tak odwrócić role i zastawić pułapki na tego jegomościa:

  • Kiedyś bawiliśmy się, że pudełko na zabawki to żarłoczny rekin. Zabawki to natomiast ryby, którymi należy go nakarmić, gdyż inaczej pożre nas samych;
  • Koleżanka z kolei bawiła się z dziećmi w kolory (można też wersję w innym języku), np. Tadzio zbiera czerwone, Jagódka zielone itd.
  • Pułapki zaawansowane.

Nie przesadzajmy jednak aż do mordowania Pana Bałagana, bo zemści się na nas okrutnie. I zamiast radości tworzenia będziemy mieli wszechogarniający strach przed okrutnikiem bałaganikiem.



Ciekawa książka lekarza, który odważył się myśleć

„Zauważyłem, że większość lekarzy wykonuje kompetentną pracę lecząc pacjentów, którzy są bardzo chorzy, ale mizerną pracę, kiedy przychodzi im dbać o tych, którzy są zdrowi.”- pisze lekarz z perspektywy czasu, doświadczenia.

O jego poglądach, jak wychować zdrowe dziecko