Archiwum kategorii ‘Dzieci małe i duże’


Wychowanie- miłowanie

Jeśli się uczyć wychowania, to tylko od specjalisty.

I to sprawdzonego:

św. Jan Bosco

Psycholodzy i pedagodzy, którzy mają do czynienia z problemami wychowawczymi, stwierdzają, że metody Szkoły Rodziców i Wychowawców (oparte o książki Faber i Mazlisch) w gruncie rzeczy już nie działają.

Urok i siła świętości działają jednak zawsze 🙂

Choć czasem nie od razu.



Oglądać TV czy nie oglądać- oto jest pytanie

Coraz bardziej znane są wyniki badań, które ustaliły, że człowiek oglądając telewizję spala mniej energii niż gdyby spał. Nie mówiąc już o jakiejkolwiek aktywności umysłowej czy fizycznej, przez którą zużywa się energii jeszcze więcej.

Cóż więc myśleć o oglądaniu telewizji? To jakby nam się zaciął mózg- przestał działać? Jakby niemal ustała wszelka aktywność.

A teraz drugie ciekawe odkrycie: dzieci zużywają 50% energii na funkcjonowanie mózgu. Dla porównania mózg dorosłego zużywa jedynie 20% ogólnej energii.

Jeśli połączymy pierwsze spostrzeżenie o „odmóżdżeniu” podczas oglądania TV i zadziwiającej hojności dziecięcej w inwestowaniu w rozwój i działanie mózgu, to otrzymamy ciekawe syntezy.

Kiedy skojarzyłam te fakty, przestało mnie dziwić:

  • że dzieci po zbyt długim przesiadywaniu przed ekranem zaczynają działać na przyśpieszonych obrotach, jakby miały zaległości w ruchu, zabawie, rozmowie; po prostu jak nakręcone!
  • że ADHD czyli nadpobudliwość psychoruchowa jest zmorą naszych czasów; mniejszy z tym był kłopot, gdy dzieci wybiegały się, wyskakały, wyszalały się na dworze, w zabawie z kolegami, rodzeństwem- w porównaniu do obecnej sytuacji, gdzie wiele z nich jest po prostu posadzonych przed telewizorem, monitorem.

Jak zachować w tym korzystaniu z mediów zdrowy rozsądek i nauczyć go dzieci? Wydaje mi się, że w obecnych czasach dobry przykład to za mało. Bo telewizor to jeszcze małe piwo w porównaniu z telefonami, które są jak TV, komputer i telefon razem wzięty.

Święta Klara z Asyżu jest patronką telewizji. A kto telefonów komórkowych?



Jezus: „Odwagi! Jam zwyciężył świat”

„Przecież ja nie mam gorączki, bo mi cały dzień zimno!”- autentyczny tekst dorosłej osoby, którą udało mi się w końcu namówić do zmierzenia temperatury. Miała 38,2 stopni C.

Jak to jest z tymi chorobami?

Nie wiem. Ciągle się uczę.

Parę rzeczy już się, dzięki moim dzieciom, lekarzom, książkom nauczyłam. Może komuś się przyda/lub zaszkodzi (wybraną odpowiedź skreślić):

  • ważne jest miejsce mierzenia temperatury, np. mierzona w odbycie będzie ok. 0,5 stopnia wyższa niż pod pachą; i o ile zazwyczaj to jest bez znaczenia, ale jak urośnie do 39-40, to zaczyna mieć to znaczenie;
  • ważne jest, aby umieć rozpoznać, czy dziecku temperatura dalej rośnie czy już osiągnęła maksimum; jak człowiekowi temperatura rośnie, to generalnie rzecz biorąc, zimno mu: a w szczególności ma zimne nogi, blade policzki- trzeba go wtedy nakrywać, ubierać itd.; jak temperatura osiągnęła „szczyt”, to człowiek młody lub stary robi się czerwieńszy na twarzy, ma gorące łydki, ręce- jednym słowem: wypromieniowuje tą nadmierną temperaturę, warto go wtedy rozbierać, odkrywać, ochładzać kompresami, zwłaszcza jeśli ma bardzo wysoką temperaturę; temperatura ma dobowy cykl falowania: rano jest niższa, wieczorem wyższa;
  • dla dziecka temperatura do 38,6 to niska gorączka- w ogóle nie ma sensu jej obniżać, bo organizm wtedy działa na podwyższonych obrotach zwalczając infekcję; obniżanie temperatury zaczyna mieć sens powyżej tego pułapu, ale właśnie w momencie, kiedy już się człowiek nagrzeje maksymalnie (gorące łydki)-wtedy można robić chłodne kompresy, kąpiele; kąpiele szybko schładzają organizm- ale trzeba z wyczuciem je robić; jak ktoś ma temperaturę 39,5, to kąpiel w temperaturze 37,0 jest dla niego wystarczająco zimna; jak człowiek osiąga temperaturę blisko 40 stopni i powyżej- to może to być niebezpieczne i trzeba czym prędzej obniżyć mu temperaturę- kąpiel z zanużeniem do szyi działa najszybciej; można owinąć człowieka np. zmoczonym ręcznikiem; skuteczne leki obniżające gorączkę mogą okazać się na wagę złota; (w/w nie odnosi się do dzieci z drgawkami gorączkowymi, u których likwiduje się gorączkę w zarodku);
  • w domu zwykle jest sporo lekarstw, które można umiejętnie stosować w wielu chorobach zakaźnych, np. własne ręce, cebula, czosnek, kapusta kiszona, surowa, ogórki kiszone, chrzan, lipa, szałwia etc.

Wydaje mi się, że narasta wśród ludzi zjawisko „boję się, że żyję”. Boimy się stosować cebuli, czosnku, oklepywania, masażu, naparu z ziół, a nie boimy się zażywać ton leków, bo to guru w białym kitlu je zapisał. A te domowe „specyfiki”: cebule, czosnki itp. ratowały ludzi w najtrudniejszych czasach. Dzisiaj też działają: wystarczy popatrzeć na ogórki kiszone. Dzięki czosnkowi, chrzanowi, przyprawom nie psują się, a dają możliwość rozmnożenia się tym pożytecznym bakteriom, które pomagają nam zdrowieć.

Miałam szczęście być kiedyś na wykładzie pewnego lekarza, który stwierdził, że w większości przypadków przychodzenie w 1-2 dniu choroby do niego w ogóle mija się z celem: wtedy po prostu najczęściej nie widać większości objawów choroby, lekarz musi leczyć „na ślepo”. Więcej symptomów pojawia się około 3-4 dnia choroby- wtedy można mieć większą jasność co do diagnozy. I nie chodzi o to, by lekceważyć jakieś poważne objawy- wtedy czasem trzeba biec z językiem na brodzie do lekarza/szpitala etc. bez oglądania się na cokolwiek.  Ale o to, by nie ciągnąć dziecka niepotrzebnie do lekarza, gdy ono np. potrzebuje odpoczywać  w domu z gorączką.

Jak w obrazek patrzymy na leki apteczne, a coraz bardziej zapominamy, że skuteczne są też zioła, przyprawy, korzenie imbiru, zapach chrzanu, cebuli itd. Te ostatnie nie pozostawiają jednak po sobie złogów chemikaliów w organizmie.

Im mniejsze dziecko, tym delikatniej trzeba je leczyć- i sztucznie, ale też naturalnie.

Co stosowałam na zwykłe przeziębienie lub grypę dzieciom (ale niekoniecznie niemowlętom- tzn. nie wszystkie wymienione „sposoby” się nadają dla niemowląt):

-zakraplanie mlekiem matki noska/ucha (jeśli podejrzenie zapalenia);

-inhalację z cebuli lub czosnku, chrzanu, imbiru (ew. można to zastosować przez sen): działają one i przeciwbakteryjnie, i przeciwwirusowo, ale też bardzo szybko wykrztuśnie; fajny jest też do inhalacji olejek Olbas;

-oklepywanie dziecka ręką złożoną w poduszkę powietrzną od przepony ku ramionom;

-masowanie klatki piersiowej i stóp: może być i samą oliwą, może być jakimiś olejkami eterycznymi;

-syropy z cebuli i czosnku; cebulowy syrop robi się zalewając 3 łyżkami miodu 1 dużą cebulę; czosnkowy można zrobić w ten sam sposób; można też zalać kwasem z ogórków kiszonych pokrojone na pół obrane ząbki czosnku (małym dzieciom może to smakować pierwsze dni- potem może być dla nich za mocne- trzeba im rozcieńczać);

-herbaty z lipy, rumianku, szałwi, mięty- to świetne pomoce do walki z chorobą; maluchy lubią te herbatki często z miodem i dodatkiem witaminy C;

-bańki;

-rozweselanie jako o zdrowie dbanie;

-lekkostrawne menu.

Nie rozumiem zachwytu na probiotykami, synbiotykami itp. z apteki. Przecież mając zwykłą kapuchę kiszoną, ogórki kiszone- mamy mnóstwo szczepów przyjaznych bakterii i mikroorganizmów probiotycznych (a nie tylko pojedyncze jak w preparatach!) oraz jeszcze w gratisie sporo witamin i mikroelementów. Czyli komplet leków na trywialne wirusówki żołądkowo-jelitowe.

Dlaczego ośmielam się o tym pisać? Bo widzę, że coraz częściej matki boją się własnego cienia. I myślą, że jak pójdą np. z dzieckiem do lekarza, to ten lekarz zdejmie z nich odpowiedzialność. Nic podobnego! Lekarz może coś sensownego doradzić (lub bezsensownego), ale borykać z chorobą, leczeniem i tak będą się musieli rodzice.

Dlatego na co dzień hołduję zasadzie, że lepiej zapobiegać niż leczyć.

Proszę tak traktować mój wpis jako szukanie rozwiązań i pomocy dla tej zasady.

Jako wpis leniwej matki-Polki, której nie chce się zazwyczaj chodzić do lekarza, bo idąc z jednym dzieckiem chorym na 1 przypadłość i 4 zdrowych może wyjść od lekarza z piątką chorych lub większą ilością chorób. Stąd generalnie ta oto leniwa matka woli jednak siedzieć w domu i dawać dzieciom i sobie do wąchania cebule, tymianki i cuda-wianki 😉 Co nie znaczy, że nie umie wezwać karetki lub biec z wywieszonym jęzorem i podkulonym ogonem do lekarza.

Stąd odradzam branie przykładu. Ale z chęcią dowiem się czegoś nowego, jakby ktoś chciał się podzielić. Może jakieś dobre książki w temacie polecicie albo inne sprawdzone metody przychodzenia z pomocą przeziębionym skrzatom?



Każdy z nas był kiedyś noworodkiem

Noworodek jest jak pączek kwiatu: stulone rączki, nóżki. Ukryty w sobie, delikatny jak aksamit. Nie można przyspieszać rozkładania tych płatków- trzeba podtrzymywać dziecko tak stulone, tak nieporadne.

Ponieważ dzieci są spokojniejsze (tu nastąpił szybki przeskok myślowy do dzieci starszych- przedszkolaków), gdy przyprowadza je się bliżej ołtarza, gdy mogą obserwować, co się dzieje na Mszy Świętej- tak też zdarza mi się je przyprowadzać. A teraz w okresie, kiedy w kościołach są szopki, dzieci są szczególnie uszczęśliwione, gdy mogą pogłaskać słonia, wielbłąda, zajrzeć mędrcowi do skarbu. Ew. wyjąć aniołkowi-skarbonce główkę, na długiej szyjce i zadziwić się: „O! Teraz aniołek jest żyrafą!”

W żłóbkach centralną postacią jest Dzieciątko Jezus. W większości widzianych przeze mnie szopek ma ono wygląd 6-10 miesięcznego dziecka (a może i więcej). Zastanawiam się, skąd to się bierze. Chyba artyści rzadko mają okazję widzieć nowo narodzone dziecko.

Dlaczego nie przedstawia się rzeczywistego noworodka, którym przecież był Zbawiciel?

Takie przedstawienie nie byłoby niczym zdrożnym- bo przecież będąc prawdziwym Bogiem, był równocześnie prawdziwym człowiekiem.

O tej tajemnicy, prawdzie wiary ujmująco mówi o. Salij:

„Skąd Jezus wiedział, że jest Synem Bożym.”

 



Noszakami jesteśmy

Zanim nauczymy się w życiu celowego działania, świadomych ruchów- potrzebujemy jako dzieci też zdrowej dawki odruchów czyli zachowań, które się „same dzieją” mimo woli młodego człowieka je wykonującego. Odruchy te pomagają w wykonaniu takich zadań życiowych jak np. urodzenie się drogami natury, najedzenie się z piersi mamy.

Kłopot, kiedy człowiek rośnie, a niedojrzałe odruchy, których się nie kontroluje pozostają.

Kto ciekawy większej ilości szczegółów, może zajrzeć do poniższego artykułu:

Odruchy w życiu człowieka

Zwróciło moją uwagę szczególnie postępowanie w Niemczech z dziećmi po cesarskim cięciu: zalecenie w dniach po porodzie intensywnych masaży. Sam poród drogami natury jest bowiem specyficznym głębokim masażem, którego dzieciom urodzonym przez operację zwyczajnie brakuje.

Stąd dłużej o parę miesięcy może utrzymywać się u nich np. odruch moro- polegający na reakcji na niespodziewane bodźce (szybkie rozprostowanie rączek i nóżek).

Nie ma co się jednak załamywać cesarskim cięciem- można zniwelować brak tej początkowej silnej porodowej stymulacji przez właściwą opiekę. Dzieci urodzone drogami natury też z resztą potrzebują odpowiedniego obchodzenia się z nimi.

Co należy do tej opieki:

  • częste zawijanie dziecka w rożki, beciki w pierwszych ok. 3 miesiącach tak, aby dziecko mogło dalej doświadczać bodźców analogicznych jak w macicy u mamy czyli ciasne otoczenie, dotyk niemal ze wszystkich stron, postawa ciała z przywiedzionymi rączkami i nóżkami (dominacja mięśni zginaczy);
  • właściwe noszenie; do tego właściwego noszenia należy odpowiednie zawiązywanie w chuście, odpowiednie wkładanie do nosidełka (niebezpieczne i niezdrowe jest noszenie na brzuchu rodzica twarzą dziecka do świata); ta odpowiedniość polega właśnie na tym, że dziecko j.w. owinięte jest ciasno, ma dociąganą chustę aż do dołów podkolanowych, do główki, a nawet na główkę; a samo noszenie w chuście jest równocześnie:
  • bujaniem– i jest to nie byle jakie huśtanie, ale huśtanie w rytm czynności, do których dziecko było przyzwyczajone przebywając w łonie swojej mamy;
  • dotykanie, masaże o różnej sile w zależności od potrzeb dziecka; żeby zobaczyć, jakiego masażu potrzebuje dziecko, warto obserwować jego reakcje (czy mu odpowiada dany dotyk czy woli lżejszy/silniejszy); są dzieci, które lubią delikatny dotyk, są takie, które wolą mocniejszy; te preferencje zresztą zmieniają się wraz z wiekiem; w tym dotyku często pomocny jest u małych niemowląt przeżywających problemy pozwolenie im na przeżycie jeszcze raz kontaktu ciało-do-ciała czyli brzuch do brzucha; pomocne bywa to zwłaszcza przy problemach z karmieniem piersią.

Czasem matki lubią się chwalić, której dziecko grzeczniej leży w łóżeczku i bardziej promienieje radością dziecięctwa. Tylko to, co wygodne dla matki czy ojca, wcale nie musi być dobre dla dziecka. Dla dziecka we wczesnym dzieciństwie dobry jest częsty kontakt szczególnie z matką, świadomy trud noszenia go, zawijania, masowania, dotykania, zainteresowania.

To, co trudne, okazuje się cenne na dalszą metę.



Zaufanie- na wagę złota

zdjęcie 2

Jedną z rzeczy, która wywarła na mnie wielkie wrażenie w czasie studiów było spotkanie z kobietą, która opowiadała nam o adopcji.

Jedna historia, którą poruszała była opowieścią o chłopcu, który ciągle uciekał z Domu Dziecka. Uciekał do matki, która była alkoholiczką i prostytutką. Zapytany przez nią, dlaczego ucieka, odpowiedział: „Przecież uciekam do mamy!”

Po co to przytaczam?

Czy po to, żebyśmy pozwoliły sobie na bylejakość? Czy na wywyższanie się: „Ja na szczęście jestem lepsza!”

Oczywiście, że nie!

Po to, byśmy doceniły te zadania, jakie dał nam Pan Bóg: rolę matki!

Jak wielkie zaufanie dzieci w nas pokładają, że nawet po omacku w ciemności życia uciekają do matki. Takiej matki. Ale własnej, kochanej.

Jak wielkie zaufanie dzieci w nas pokładają.

I trzeba się uczyć nie zawodzić go.

A potem przestają być dziećmi.

I to my musimy się uczyć im ufać.

Coraz więcej.

Tam na górze jest mały fiołeczek uczepiony grudki ziemi pośrodku wapiennej jurajskiej skały. Matka jest jak ta gleba. Temu fiołkowi starczyło, by wzrosnąć. Ale jeśli ma wyrosnąć krzew lub duże drzewo, czy również by starczyło? Pan Bóg dając nam trudne doświadczenia, ale też sakrament pokuty spulchnia nasze serce.

Chociaż zdarzają się cuda.

Takie też:

Blaski i cienie- idąc do światła

Beskid Niski- drzewo pośród skał



Dzieci w kościele? A może czasem lepiej rodzice?

zdjecie-41

 

Zdarzyło mi się nie tak znowu dawno popełnić pisaninkę pt. „Dzieci w kościele na wagę złota”

No i ktoś czytając to mógłby powziąć mylne przekonanie, jak to zawsze zabieram/y ze sobą dzieci do kościoła albo, że trzeba je zawsze zabierać. To był taki awers.

Dziś rewers.

Wychodząc od zawołania Pana Jezusa „Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie!”, już wcześniej podzieliłam się swoim i nieswoim przekonaniem, że warto brać ze sobą dzieci małe i duże na modlitwę.

Jednak w stwierdzeniu „Pozwólcie…” jest zawarta duża dowolność. Pozwalać to nie nakazywać, zmuszać, tylko odpowiadać na zauważone potrzeby dziecka, ale też wpisywać je w życie rodzinne (np. wszyscy idą razem- i to jest ważne, by tworzyć wspólnotę).

Mama i tata znają siebie, znają dziecko (zwłaszcza jeśli się modlą do Ducha Świętego o to). Stąd mogą mieć wiedzę, intuicję, czy w danym momencie warto zabrać młodą osobę ze sobą. Czy może zostawić w domu (lub oddać w dobre ręce na te 1.5 godziny), bo: marudne, zakatarzone, nie w sosie, za bardzo rozkapryszone, za bardzo rozkrzyczane, śpiące lub takie, które powinno poczuć, że Msza Święta to przywilej, zanim dowie się, że też przykazanie/obowiązek.

Mama i tata znają też siebie: czy korzystają w skupieniu (swoiście pojętym) z Eucharystii z dzieckiem, czy potrzebują sami wyciszenia, przemyślenia też swojej relacji z dzieckiem, czy dają radę cierpliwie upominać dziecko lub powstrzymać się z upominaniem (np. po Mszy lub lepiej w jeszcze innym czasie) itd.?

Dzieci mają cudną intuicję wiary.

Stąd czasem warto wziąć je ze sobą do kościoła. A czasem pobłogosławić i zostawić w dobrych rękach- Bożych.

W mojej parafii w czasie rorat ksiądz losuje, które dziecko danego dnia może zabrać figurkę Maryi Niepokalanej do domu. Któregoś dnia wylosowany został mój berbeć.

Wychodzimy z kościoła i mówię: „Ale niespodzianka, że na Ciebie padł los, nieprawdaż?”

„Nie, to nie jest niespodzianka!- żywo zaprzeczył młokos- przecież się modliłem, żeby mnie wylosowano.”

Wiara- pewność otrzymania tego, o co się modlimy.



Dzieci w kościele na wagę złota

zdjecie-5

Dzieci rozrabiają w kościele- to fakt.

Jednak są tam na wagę złota. Bo jak już się modlą, to szczerze i z wiarą.

A ich aniołowie nieustannie uwielbiają w wielkiej bliskości Boga.

Dlatego papież Franciszek wstawia się tak pięknie za każdym płaczącym dzieckiem, o czym tu pisałam.

Z drugiej- mojej rodzicielskiej strony.

Dzieci tak szybko rosną.

Jako maluchy (wiek poniemowlęcy 12-36 miesięcy) i przedszkolaki, (od biedy jeszcze młodszy szkolny) chętnie słuchają rodziców, chłoną ich słowa jak gąbka. A później pod górkę.

Trzeba zdążyć nauczyć, podzielić się tym co ważne póki nie kontestują. Póki to, co podane z życzliwą miłością przyjmują radośnie. Póki przyjmują uwagi do serca.

Dzieci tak bardzo potrzebują usłyszeć więc w kontekście przychodzenia do Kościoła:

  • Jak bardzo Pan Bóg na nich tu czeka;
  • Jak wiele mogą wymodlić, jak uważnie każdej ich modlitwy wysłuchuje Zbawiciel;
  • Jak wielki cud dzieje się w czasie Eucharystii;
  • Potrzebują to poczuć, jak wielki majestat i cześć należy się Bogu.

I to wszystko w atmosferze wielkiego spokoju i akceptacji.

No i z całą pewnością trzeba się wyrobić przed wiekiem buntu i kontestacji.

Przed Mszą trzeba i warto modlić się z dzieckiem i za dziecko.

Ja bardzo słaba jestem w dopilnowywaniu moich dzieci na Mszy, więc „zatrudniam” ich Aniołów Stróżów i przypominam im o ich obowiązkach względem moich dzieci.

Efekt jest, nie powiem. Oni się na tym znają, bo mają bliskie układy z Górą.

A jak i to nie pomoże, to wszystkich Świętych jeszcze trzeba zatrudnić. W kupie siła.

A jak to nie pomoże, to znaczy, że sama bardzo przeszkadzam naszym dzieciom w uważnym (jak na ich wiek) uczestnictwie we Mszy Świętej.

No i trzeba się nawrócić.

I jeszcze odnowić znajomość z własnym Aniołem Stróżem.

I własną znajomość ze świętymi, choćby kruchą.

O tym, że czasem trzeba zostawić dziecko w domu, dać sobie czas na skupienie: druga strona medalu.

zdjecie-31



Kto kim jest? Czy żaba może się rozwinąć w człowieka? Czy człowiek może stać się żabą?

„Zauważyłem, że wszyscy, którzy popierają aborcję, zdążyli się już urodzić.”

Ronald Reagan

To samo dziecko od początku do końca

Niektórzy wybrzydzają, np. tak: „Ale co to za dziecko jak na pewnym etapie ma ogon, łuki skrzelowe?”

No cóż, ale ten co pyta, najczęściej korzysta z wygodnego siedzenia, dzięki swej kości ogonowej. I chociaż uważa, że z powodu łuków, szczelin i kieszonek skrzelowych można człowieka bezkarnie zabijać, to sam korzysta nałogowo z własnych oczu, uszu, tchawicy,  migdałków itd., które właśnie z owych „skrzel” się rozwinęły.  No to jednak lepiej mieć te „skrzela” w dzieciństwie jak należy?

Człowiek na każdym z etapów życia wygląda inaczej. Ale na każdym potrzebuje miłości i uznania dla swojego człowieczeństwa.

Będąc w szkole podstawowej niepokoiła mnie teoria ewolucji i przedstawianie embrionogenezy jako przejście człowieka przez etap ryb-płazów-gadów itd. Niepokoiło mnie przedstawienie rozwoju człowieka jako podobnego do rozwoju zwierząt.

Do momentu gdy nie upewniłam się, że właśnie dlatego że przechodzi przez te etapy może być ich ukoronowaniem, zwieńczeniem.

Jeśli w pewnym czasie embriologia była tak mało rozwinięta, że widziała głównie podobieństwa między różnymi gatunkami, nie widząc szczegółowych różnic i ich sensów, to znaczy, że jeszcze bardzo niewiele wiedziała. Tak jak ja widząc grupę Murzyniątek, mogłabym powiedzieć, że są bardzo podobne (nie przyglądając się uważnie). Jednak matka jednego z nich nigdy nie powie, że te różnice są nieistotne. Ona wie więcej.

Kiedyś pracując na położnictwie usłyszałam od jednego  z odwiedzających, że według niego wszystkie noworodki i niemowlęta wyglądają tak samo. (Sic!!!) Byłam wtedy na etapie zamiłowania do szkicowania portretów niemowlęcych – wydało mi się to tak niedorzeczne, że miałam wrażenie jakby ten człowiek  z choinki się urwał. Mówiąc tak wykazał się on kompletnym brakiem wrażliwości, uważności spojrzenia.

Podobnie na tym etapie zarodkowym- w tych skrzelach ukryte są zawiązki rysów konkretnego człowieka. Czy patrzymy na tyle uważnie, żeby to odkryć? Przeszkodą może być sprzęt, ale największą przeszkodą jest jednak brak miłości i przyznania prawdy- na kogo patrzymy.



„Jak może być za dużo dzieci?

To tak, jakby powiedzieć, że jest za dużo kwiatów”

Matka Teresa

Jednak niektórzy ludzie są tak poranieni, tak wewnętrznie skrzywieni, że boją się nawet małego dziecka.Owce i barany są wśród nas