Czekanie na wagę złota

Jest taki czas, kiedy o naszej miłości świadczy tylko cierpliwość:

Jest sens czekać

a nawet utrudzić się tym czekaniem.

Dla niektórych dzieci ich termin to np. 43 tydzień (liczony wg miesiączki czyli regułą Naegellego). Jeśli indukcję czyli wywołanie porodu przeprowadzi się, kiedy dziecko skończyło 37 tydzień, to takie dziecko jest wcześniakiem, który powinien siedzieć jeszcze w brzuchu 6 tygodni dłużej. Widziałam wielokrotnie na położnictwie wcześniaki zabrane do inkubatorów urodzone „w terminie”, z dużymi problemami oddechowymi, nie mające siły ssać.

To czekanie na poród to góra kilka tygodni. A co potem z czekaniem, żeby wykarmić dziecko odpowiednio? Też się odstawia mleczne wcześniaki od piersi. No bo jeśli nie miało się cierpliwości czekać kilku tygodni, dni na poród, skąd weźmie się cierpliwość, żeby wykarmić dziecko?

Acha.

Po komentarzu Moniki dorzucę jeszcze kilka słów. Uważam, że lekarze z zasady mają dobrą wolę i bardzo dużo wiedzy. Stąd proponowanie przez nich indukcji- wywoływania porodu zanim się samoistnie zacznie zwykle wynika z tej dobrej woli, ale też z wielu przewidywań powikłań, o których się uczyli. No, musieli się uczyć, oczywiście dobrze, że się uczyli. Szkoda, że właśnie nie poświęcają całej swej uwagi tymże sytuacjom choroby, zaburzeń,  bo wtrącanie się do fizjologii akurat niestety często ją niszczy. Zbyt krucha i delikatna jest ta kobieca fizjologia porodu, by można było wokół niej chodzić inaczej niż na paluszkach.

Jednak to rodzice mają intuicję rodzicielską. No i od nich zależy, czy w wiedzę się zaopatrzą.

Jak lekarz wierzący i modlący się, to jeszcze może mieć natchnienie Ducha Świętego, co do swojej pracy,  z pewnością. Takich lekarzy ze świecą szukać.

Nasz znajomy oazowicz- lekarz rodzinny postawił moim dzieciom przez telefon prawidłową (niełatwą!) diagnozę, której nie potrafiła wypracować badająca ich kilka dni wcześniej lekarka. Chociaż w obrazie choroby nic się nie zmieniło.


komentarze 4 do wpisu “Czekanie na wagę złota”

  1. Monika napisał(a):

    Znowu musze uderzyc sie w piersi, ze nie wiedzialam o tym przed porodem… Myslalam, ze szpital wybiera najlepsze rozwiazanie (dla mnie wybral indukcje, ktora zakonczyla sie cc). Kiedy przeczytalam ksiazki Ireny Choluj oczy wyszly mi z orbit I mialam zamiar oplakatowac sie I stanac jako jednoosobowa pikieta pod wspomnianym szpitalem. Ale zarty na bok, chociaz wstrzas po lekturze byl prawdziwy. Mam tylko w tym temacie taki dylemat: czekanie jest jak najbardziej uzasadnione, tylko jak wytlumaczyc, poradzic sobie z sytuacja, kiedy ciaza byla donoszona, tzn 40 tygodniowa, a mama rodzila juz martwe dziecko (nie zylo od 2-3 dni)…

  2. admin napisał(a):

    Nie wiem jak sobie poradzić z tą sytuacją, o której mówisz, bo jej nie znam. Jednak przypadki śmierci dzieci zdarzają się na każdym etapie ciąży- w I trymestrze najwięcej, ale w II i w III też. Trudno się z tym pogodzić, ale trzeba prędzej czy później przyjąć, że ten świat nie jest idealny, bo są i choroby, i śmierć. Co nie znaczy, że wszystko do tych patologicznych przypadków trzeba sprowadzać i pozwalać zdrowie zamieniać w patologię z powodu obaw. Przytoczyłam ten artykuł, bo ma sens i daje do myślenia. Ale z drugiej strony staram się docenić macierzyńską intuicję- czasem wszystko wydaje się dobrze, a matka czuje, że nie jest. Interweniuje wtedy i okazuje się, że miała rację (a np. lekarzom szczęki opadają). Sporo takich sytuacji słyszałam.
    Np. kiedy byłam z moim najmłodszym w szpitalu jedna z mam opowiadała mi, że lekarze cały czas odsyłali ją do domu z lekami dla dziecka. Dzięki swemu uporowi, na własną rękę pojechała na pogotowie. W ostatnim momencie operowano dziecku zapalenie wyrostka. Zdziwienie lekarzy: „Tak małe dziecko nie miewa zapalenia wyrostka!” A więc warto czytać, poznawać, ale chyba jeszcze bardziej obserwować, rozumieć swoje dziecko (chociaż czasem o to bardzo trudno), stać po jego stronie.
    Monika, mogę tylko zachęcić Cię, żebyś nie biła się tym razem w piersi, nie oglądała się za siebie, bo każdego dnia masz na nowo do wyboru „błogosławieństwo i przekleństwo, życie i śmierć”. No i Pan Bóg nas zachęca, byśmy wybierali życie, abyśmy żyli my i nasze dzieci. A jak się człowiek zacznie oglądać za siebie, to mu ten wybór w ogóle sprzed nosa sprzątną (czyli zostawią tą gorszą alternatywę). Piszę „my”, bo widzę, że też mam/miałam też tendencję do oglądania się wstecz. Też nie byłam zadowolona z mojego pierwszego szpitalnego porodu, jego indukcji i rozpamiętywałam to niemożebnie. Z perspektywy czasu widzę, że to było najlepsze, co mogło mnie wtedy spotkać.

  3. Monika napisał(a):

    Iza, dziękuję za komentarz i rozszerzenie wpisu. W mojej wypowiedzi nie chodziło o oskarżanie kogokolwiek, lecz uporządkowanie faktów. Idąc do szpitala nie wiedziałam o porodzie tych rzeczy, które wiem teraz, a pewnie gdybym w przyszłości miała łaskę i szczęście rodzić ponownie, też nie będę miała świadomości wielu spraw. Co nie zmienia postaci rzeczy, że w szpitalu nikt nie powiedział mi dlaczego poród indukują (ja również nie zapytałam, myślałam, że tak trzeba), nie wspomnę już o przedstawieniu ryzyka, które miałam prawo znać. Zasiliłam statystykę, że poród indukowany najczęściej pociąga za sobą konieczność dalszych interwencji medycznych. Tyle. Jeśli ktoś czyta Twój blog, to może mój komentarz da odwagę na zebranie informacji wcześniej, niż ja to zrobiłam. Żeby to moje doświadczenie wydało pozytywny owoc. I wiem, że tym pozytywnym owocem jest przede wszystkim nasza wspaniała córeczka. A lekarze, personel. Wiem, że nie są na położnictwie z łapanki, ale myślę, że warto mieć do Nich zdrowy dystans, poparty przede wszystkim jako taką wiedzą własną. Na koniec oddaję sprawiedliwość lekarce zakładającej mi cewnik foleya, która jako jedyna zapytała, czy chcę wiedzieć, czym on jest i jaki skutek ma wywołać.

  4. admin napisał(a):

    Wiem, że w Twojej wypowiedzi nie chodziło o oskarżanie kogoś. Poprawiłam raczej po to, żeby to w moim wpisie nie brzmiało oskarżenie, bo nie o to mi chodziło.

Zostaw odpowiedź