Jezus: „Odwagi! Jam zwyciężył świat”

„Przecież ja nie mam gorączki, bo mi cały dzień zimno!”- autentyczny tekst dorosłej osoby, którą udało mi się w końcu namówić do zmierzenia temperatury. Miała 38,2 stopni C.

Jak to jest z tymi chorobami?

Nie wiem. Ciągle się uczę.

Parę rzeczy już się, dzięki moim dzieciom, lekarzom, książkom nauczyłam. Może komuś się przyda/lub zaszkodzi (wybraną odpowiedź skreślić):

  • ważne jest miejsce mierzenia temperatury, np. mierzona w odbycie będzie ok. 0,5 stopnia wyższa niż pod pachą; i o ile zazwyczaj to jest bez znaczenia, ale jak urośnie do 39-40, to zaczyna mieć to znaczenie;
  • ważne jest, aby umieć rozpoznać, czy dziecku temperatura dalej rośnie czy już osiągnęła maksimum; jak człowiekowi temperatura rośnie, to generalnie rzecz biorąc, zimno mu: a w szczególności ma zimne nogi, blade policzki- trzeba go wtedy nakrywać, ubierać itd.; jak temperatura osiągnęła „szczyt”, to człowiek młody lub stary robi się czerwieńszy na twarzy, ma gorące łydki, ręce- jednym słowem: wypromieniowuje tą nadmierną temperaturę, warto go wtedy rozbierać, odkrywać, ochładzać kompresami, zwłaszcza jeśli ma bardzo wysoką temperaturę; temperatura ma dobowy cykl falowania: rano jest niższa, wieczorem wyższa;
  • dla dziecka temperatura do 38,6 to niska gorączka- w ogóle nie ma sensu jej obniżać, bo organizm wtedy działa na podwyższonych obrotach zwalczając infekcję; obniżanie temperatury zaczyna mieć sens powyżej tego pułapu, ale właśnie w momencie, kiedy już się człowiek nagrzeje maksymalnie (gorące łydki)-wtedy można robić chłodne kompresy, kąpiele; kąpiele szybko schładzają organizm- ale trzeba z wyczuciem je robić; jak ktoś ma temperaturę 39,5, to kąpiel w temperaturze 37,0 jest dla niego wystarczająco zimna; jak człowiek osiąga temperaturę blisko 40 stopni i powyżej- to może to być niebezpieczne i trzeba czym prędzej obniżyć mu temperaturę- kąpiel z zanużeniem do szyi działa najszybciej; można owinąć człowieka np. zmoczonym ręcznikiem; skuteczne leki obniżające gorączkę mogą okazać się na wagę złota; (w/w nie odnosi się do dzieci z drgawkami gorączkowymi, u których likwiduje się gorączkę w zarodku);
  • w domu zwykle jest sporo lekarstw, które można umiejętnie stosować w wielu chorobach zakaźnych, np. własne ręce, cebula, czosnek, kapusta kiszona, surowa, ogórki kiszone, chrzan, lipa, szałwia etc.

Wydaje mi się, że narasta wśród ludzi zjawisko „boję się, że żyję”. Boimy się stosować cebuli, czosnku, oklepywania, masażu, naparu z ziół, a nie boimy się zażywać ton leków, bo to guru w białym kitlu je zapisał. A te domowe „specyfiki”: cebule, czosnki itp. ratowały ludzi w najtrudniejszych czasach. Dzisiaj też działają: wystarczy popatrzeć na ogórki kiszone. Dzięki czosnkowi, chrzanowi, przyprawom nie psują się, a dają możliwość rozmnożenia się tym pożytecznym bakteriom, które pomagają nam zdrowieć.

Miałam szczęście być kiedyś na wykładzie pewnego lekarza, który stwierdził, że w większości przypadków przychodzenie w 1-2 dniu choroby do niego w ogóle mija się z celem: wtedy po prostu najczęściej nie widać większości objawów choroby, lekarz musi leczyć „na ślepo”. Więcej symptomów pojawia się około 3-4 dnia choroby- wtedy można mieć większą jasność co do diagnozy. I nie chodzi o to, by lekceważyć jakieś poważne objawy- wtedy czasem trzeba biec z językiem na brodzie do lekarza/szpitala etc. bez oglądania się na cokolwiek.  Ale o to, by nie ciągnąć dziecka niepotrzebnie do lekarza, gdy ono np. potrzebuje odpoczywać  w domu z gorączką.

Jak w obrazek patrzymy na leki apteczne, a coraz bardziej zapominamy, że skuteczne są też zioła, przyprawy, korzenie imbiru, zapach chrzanu, cebuli itd. Te ostatnie nie pozostawiają jednak po sobie złogów chemikaliów w organizmie.

Im mniejsze dziecko, tym delikatniej trzeba je leczyć- i sztucznie, ale też naturalnie.

Co stosowałam na zwykłe przeziębienie lub grypę dzieciom (ale niekoniecznie niemowlętom- tzn. nie wszystkie wymienione „sposoby” się nadają dla niemowląt):

-zakraplanie mlekiem matki noska/ucha (jeśli podejrzenie zapalenia);

-inhalację z cebuli lub czosnku, chrzanu, imbiru (ew. można to zastosować przez sen): działają one i przeciwbakteryjnie, i przeciwwirusowo, ale też bardzo szybko wykrztuśnie; fajny jest też do inhalacji olejek Olbas;

-oklepywanie dziecka ręką złożoną w poduszkę powietrzną od przepony ku ramionom;

-masowanie klatki piersiowej i stóp: może być i samą oliwą, może być jakimiś olejkami eterycznymi;

-syropy z cebuli i czosnku; cebulowy syrop robi się zalewając 3 łyżkami miodu 1 dużą cebulę; czosnkowy można zrobić w ten sam sposób; można też zalać kwasem z ogórków kiszonych pokrojone na pół obrane ząbki czosnku (małym dzieciom może to smakować pierwsze dni- potem może być dla nich za mocne- trzeba im rozcieńczać);

-herbaty z lipy, rumianku, szałwi, mięty- to świetne pomoce do walki z chorobą; maluchy lubią te herbatki często z miodem i dodatkiem witaminy C;

-bańki;

-rozweselanie jako o zdrowie dbanie;

-lekkostrawne menu.

Nie rozumiem zachwytu na probiotykami, synbiotykami itp. z apteki. Przecież mając zwykłą kapuchę kiszoną, ogórki kiszone- mamy mnóstwo szczepów przyjaznych bakterii i mikroorganizmów probiotycznych (a nie tylko pojedyncze jak w preparatach!) oraz jeszcze w gratisie sporo witamin i mikroelementów. Czyli komplet leków na trywialne wirusówki żołądkowo-jelitowe.

Dlaczego ośmielam się o tym pisać? Bo widzę, że coraz częściej matki boją się własnego cienia. I myślą, że jak pójdą np. z dzieckiem do lekarza, to ten lekarz zdejmie z nich odpowiedzialność. Nic podobnego! Lekarz może coś sensownego doradzić (lub bezsensownego), ale borykać z chorobą, leczeniem i tak będą się musieli rodzice.

Dlatego na co dzień hołduję zasadzie, że lepiej zapobiegać niż leczyć.

Proszę tak traktować mój wpis jako szukanie rozwiązań i pomocy dla tej zasady.

Jako wpis leniwej matki-Polki, której nie chce się zazwyczaj chodzić do lekarza, bo idąc z jednym dzieckiem chorym na 1 przypadłość i 4 zdrowych może wyjść od lekarza z piątką chorych lub większą ilością chorób. Stąd generalnie ta oto leniwa matka woli jednak siedzieć w domu i dawać dzieciom i sobie do wąchania cebule, tymianki i cuda-wianki 😉 Co nie znaczy, że nie umie wezwać karetki lub biec z wywieszonym jęzorem i podkulonym ogonem do lekarza.

Stąd odradzam branie przykładu. Ale z chęcią dowiem się czegoś nowego, jakby ktoś chciał się podzielić. Może jakieś dobre książki w temacie polecicie albo inne sprawdzone metody przychodzenia z pomocą przeziębionym skrzatom?


komentarze 2 do wpisu “Jezus: „Odwagi! Jam zwyciężył świat””

  1. Monika napisał(a):

    Temat – rzeka. Na panel, a nie komentarz. Nie mogę polecić niestety żadnych książek, natomiast kiedyś wpadł mi do głowy taki pomysł. Bodajże w ostatni czwartek każdego miesiąca mają spotkanie lubelscy lekarze emeryci i tak sobie pomyślałam, żeby się skontaktować i zapytać czy młoda mama mogłaby na takie spotkanie przyjść i porozmawiać z lekarzami pediatrami „starej daty”. Te osoby nie są skażone tym niebezpiecznym stykiem medycyny i big farmy, więc wiele mogłyby powiedzieć, zwrócić na coś uwagę, zainspirować. Pamiętam, że sama będąc dzieckiem byłam po opieką wspaniałej Lekarki, która pozwoliła mojej mamie opiekować się mną w domu w czasie powikłań świnki. Było nieprzyjemnie, ale Pani Doktor przekazała tak ścisłe zalecenia, była pod telefonem i przede wszystkim miała zaufanie do mamy, że rzeczywiście było to możliwe. Który lekarz teraz by na to pozwolił? Szpital i tyle. A w szpitalu bakterie, wirusy i ogólnie bida… To, o czym piszesz jest również moją refleksją, pewnym przebudzeniem. Rzeczywiście tkwimy w jakimś przeświadczeniu, że autorytety mają rację. I są Autorytety, które mają rację, tylko tych prawdziwych jest zdecydowanie mniej niż aspirujących. A mamy niestety nie trafiają na grunt, na którym mogą wzrastać. Jest przeciwnie – wszyscy dookoła wiedzą lepiej na każdy temat i mamina intuicja, coś najcenniejszego, ba bezcennego, ulatuje nie wiadomo gdzie. Więc ogólnie społeczeństwo chce wierzyć, że leki leczą, szczepienia chronią. Tylko pokaż mi kampanię, która będzie gloryfikować karmienie piersią, bliskość, mozolne budowanie dzień po dniu tego malutkiego organizmu zdrową dietą, nie wymuszaniem kolejnych kroków rozwojowych, spacerami. Ogólnie nie zakłócaniem zbytnim natury. No nie, co to to nie, ma być skutecznie, a skuteczny jest lek, który kupimy w aptece, i który wywoła np pokrzywkę u rodzeństwa i mimo zgłoszeń mamy, że to chyba od tego leku, lekarze szpitalni, do którego dzieci z pokrzywką trafiły w karcie informacyjnej wpiszą „przyczyna nieznana”, mimo że dokumenty rejestracyjne i kliniczne tego leku jak najbardziej taki odczyn zawierają. Sama więc staram się nie faszerować córki bez potrzeby. Cebula, miód, maść majerankowa – ok. Próbowałam z oklepywaniem. Czytałam na ten temat na forum i podobno zmieniły się zasady kąta nachylenia dziecka w czasie oklepywania, więc trochę stchórzyłam. Z tym 38,6, że to niska gorączka dla dziecka, troszkę bym polemizowała, ale tylko dlatego, że kiedyś konsultowałam moją córkę z lekarzem po 3 dobach wysokiej gorączki i powiedział mi, że są takie dzieci, które przy 37,5 mają drgawki gorączkowe, więc to chyba jednak cecha osobnicza. I na koniec taka refleksja, wynika ona z wydarzeń, o których ostatnio opowiedziała mi przyjaciółka. Nie mogę pisać nawet ogólnie, ale koniec historii tragiczny, tzn. dziecko odeszło. Tam także była temperatura. Był również plan Jezusa.

  2. Fizula napisał(a):

    Bardzo ciekawa refleksja! A może byś zorganizowała takie spotkanie? Sama chętnie bym pogadała, a wiem, że niektóre mamy wielodzietne również. Im więcej dzieci, tym więcej problemów, refleksji, pytań.

Zostaw odpowiedź