A jak coś się stanie…

Kiedy mówię lub inni mówią o porodzie domowym, często pada pytanie-wątpliwość:

„A jak coś się stanie…”

To „coś” staje na baczność jak jakiś strach na wróble, którym się grozi kobietom chcącym rodzić i rodzącym w domu.

Grozi się jakimś nagłym niespodziewanym „cosiem”, co spada jak grom z jasnego nieba.

Dlaczego więc poród w domu jest bezpieczny w większości sytuacji, gdy mama i dziecko są zdrowi:

  • bo sama otoczka szpitalna rodzi mnóstwo jatrogennych zaburzeń, np. dystocja szyjkowa (szyjka przestaje się rozwierać, bo matka jest sytuacją, szpitalem przestraszona, brak tam intymności);
  • wybierając na czas porodu szpital- udajemy się w obce miejsce, gdzie królują mikroorganizmy, na które nie musimy mieć odporności, np. bardzo silne uodpornione na antybiotyki bakterie- i one mogą być zagrożeniem, i dla mamy, i dla dziecka;
  • w domu mama rodząca, jeśli ma asystę położnej w o wiele większym stopniu jest doglądana niż w niejednym szpitalu, gdzie położna uwija się między kilkoma porodami jednocześnie lub czasem jest w ogóle wypalona zawodowo, więc głównie siaduje w dyżurce na kawie, czy przed komputerem, żeby wszystkie formalności obrobić;
  • w szpitalu stosuje się mnóstwo procedur medycznych niepotrzebnych w sytuacji zdrowia: sztuczna oksytocyna może skutkować nadmiernie mocnymi skurczami, a nawet pęknięciem macicy, przebicie pęcherza płodowego może być niebezpieczne dla dziecka- ze względu na ryzyko wypadnięcia pępowiny, na przyczep błoniasty pępowiny (wykrwawienie się dziecka), KTG, które utrudnia naturalny ruch matki wspomagający wstawianie się dziecka etc.

Dom jest więc miejscem rodzenia dla zdrowych. Szpital- dla chorych i tych, którzy zgadzają się na medykalizację porodu oraz dla tych, którzy ufają bardziej lekarzom niż Panu Bogu, który stworzył naturę.

 


Zostaw odpowiedź