„To tylko oksytocyna…”

„To tylko oksytocyna… To pani pomoże szybciej urodzić…” „To nie ma skutków ubocznych…”

Czy na pewno?

Ależ ma.

Miałam możliwość porównania na własnej skórze porodu ze sztuczną oksytocyną w kroplówce i bez. Różnica była mniej więcej taka, że poród z tym sztucznym hormonem przypominał kilkugodzinny skurcz od początku do końca podczas gdy poród bez sztucznych dodatków to krótkie skurcze z długimi przerwamy i jedynie „mocna” końcówka.

No wiadomo. U każdego skutki leku mogą być inne.

Tylko pytanie: czy zdrową kobietę i zdrowe dziecko trzeba leczyć?

Czy poród jest czymś, co trzeba leczyć?

Weźmy pod lupę ten lek „bez skutków ubocznych” czyli sztuczną oksytocynę.

 

Oto jakie w ulotce Oksytocyny są wymienione „niegroźne” skutki uboczne dla dziecka:

No to może chociaż dla matki niegroźne?

Przeczytajmy sobie:

Ojoj!

No to może taki cud-miód dla przebiegu porodu?

To może jednak warto i cierpliwie czekać na samoistny poród, i cierpliwie pozwolić dziecku się rodzić bez prób wykurzenia go wcześniej?

Czy którąkolwiek matkę poinformowano o chociaż połowie możliwych skutków ubocznych???

No to gdzie są nasze prawa pacjenta?

Pozdrawiam serdecznie, wiosennie

-doula Fizula


komentarze 2 do wpisu “„To tylko oksytocyna…””

  1. Kasia napisał(a):

    Pierwszy poród z oxy był właśnie jednym kilkugodzinnym skurczem. Do tego faza ze skurczami partymi dość gwałtowna, dziecko wystawiło nieoczekiwanie rączkę i było dość duże – nacięcie, pęknięcie, osłabienie mięśni.

    Rodziłam w pozycji leżącej, bo mimo iż generalnie jakoś sobie radziłam z bólem, nie poddawałam się, szłam dzielnie przez ten poród, to w pozycji wertykalnej nie miałam już siły się utrzymać mimo męża obok i naprawdę pomocnej położnej, która stwierdziła na koniec, że mam talent do porodów (szkoda tylko, że połóg był tak ciężki – nie wiadomo było, jak siedzieć, jak wstać do maleństwa, jak chodzić).

    Drugi poród prawie bez oxy (tamten wywoływany, bo 10 dni po terminie, tym razem tydzień przed). Spokojnie. Między skurczami były przerwy, w trakcie których można było naprawdę odpocząć (nie spałam, ale wierzę teraz, że to możliwe). Prawdziwy ból poczułam dopiero w trakcie skurczy partych. Źle piszę – wcześniej to też był prawdziwy i mocny ból, ale taki, w którym czułam zgodę w sobie na niego, zrozumienie, że idziemy do przodu, że to proces. W pierwszym porodzie nie miałam szansy tak pomyśleć. Wtedy położna musiała mnie odłączyć od oxy, żeby podać glukozę, bo nie byłam w stanie nawet pić. Teraz musiałam się upewniać położnych, czy aby na pewno rodzę, bo jest tak spokojnie (czyli jednak coś rozpraszało ten spokój, były to niewłaściwe wspomnienia).

    Koniec znów na łóżku, bo nie było męża obok, który by pomógł (brak sal do porodu rodzinnego), ale i tak wspominam to wszystko dość dobrze. Szkoda, że maleństwo nie przyszło na świat w obecności taty, ale cieszę się, że stało się to bez oxy i tego poczucia, że wszystko pędzi. Moje nowe bobo jest w ogóle spokojniejsze. Myślę, że to nie tylko zasługa mojego większego doświadczenia jako matki, nowego losowania z puli genów , ale i porodu. Po porodzie dostałam oxy, bo macica była podobno za leniwa…

    Nie wiem, czy będę jeszcze kiedykolwiek rodzić. Chyba już nie… Ale jeśli miałoby się tak zdarzyć, chciałabym urodzić w domu. Taka myśl towarzyszyła mi w sumie od dawna, że pierwszym razem coś dzwoniło w głowie, ale zbyt mało o tym wiedziałam, za drugim razem byłam dużo bliżej takiej decyzji, ale ciągle działo się coś z moim zdrowiem i że zdrowiem maluszka. Myślałam, że w szpitalu będzie bezpieczniej, zresztą, na koniec trafiłam na oddział patologii ciąży. Jeśli miałby być trzeci raz, byłoby jednak pięknie uniknąć szpitalnych atrakcji.

    Oczywiście o tym, jakie jak wspaniala jest sztuczna oksytocyna wiem z własnej lektury, nie z informacji od personelu medycznego.

    PS W latach osiemdziesiątych mam wrażenie, że jej stosowanie było standardem. Moja mama rodziła trzy razy, za każdym razem z oxy. Nie były to łatwe porody. Jeden z krwotokiem z pępowiny… do tego za każdym razem lekarz zapraszał mamę do szpitala na dwa tygodnie przed terminem. Bo przecież potem maluszek już tylko tyje… Co prawda mama czuła już za każdym razem zbliżający się poród, ale czy na pewno był on aż tak blisko?

  2. Fizula napisał(a):

    Dziękuję za podzielenie się swoją historią. Co ciekawe w Stanach Zjednoczonych sztuczną oksytocynę uznano za jeden z 10 najbardziej niebezpiecznych leków.

Zostaw odpowiedź