Kładę przed tobą cierpliwość i niecierpliwość…

Macierzyństwo to sztuka cierpliwości.

Tej rozumianej w sposób pozytywny jako długomyślność czyli patrzenie przed siebie i zdolność czekania. Łatwiej znosić pewne trudy towarzyszenia własnemu dziecku, gdy widzi się jego rozwój w dalszej perspektywie.

Przykłady? Końcówka stanu błogosławionego i naturalne wówczas uczucie niecierpliwości, wydłużania się czasu do granic wytrzymałości psychicznej. Trzeba jednak widzieć ten etap życia dziecka jako bardzo przemijający. Choć dłuży się niemiłosiernie, jest potrzebny dziecku (ostateczny rozwój płuc, ostatnie tygodnie to intensywna migracja przeciwciał odpornościowych do organizmu dziecka jako prezent od matki). I gdy spojrzymy jak krótki jest ten czas oczekiwania na spotkanie twarzą w twarz, a jak długie „rozwojowe potem”, to może nie jest łatwiej oczekiwać na rozwiązanie, ale łatwiej docenić ten czas, dotrwać. Ten czas intensywnego oczekiwania jest też wbrew pozorom potrzebny matce: rozwojowi jej uczucia do maluszka, aby nie straciła tych cennych ostatnich tygodni, dni godzin tak ogromnej bliskości „serce-przy sercu”, która już nie wróci.

„Jedynym sensownym lekarstwem na tęsknotę jest cierpliwość.” Zazwyczaj od lekarzy, położnych dostają całkiem konkretną propozycję uśmierzenia tej tęsknoty, pozbycia się trudu cierpliwości, np. indukcję porodu. Stęsknionym rodzicom przekazuje jedynie świetlany obraz wyboru tej drogi niecierpliwości: szybsze spotkanie, ujrzenie ukochanego dziecka. Rzadko kiedy idą za tym jakiekolwiek medyczne wskazania: małowodzie, źle prosperujące łożysko, co sugerowałoby potrzebę takiej interwencji. Skutki uboczne tej decyzji najczęściej pomija się, bo kto by się tam chciał dowiadywać, że grozi mu w związku z tym pęknięcie macicy, bardziej bolesne nieefektywne skurcze, ostatecznie nawet cesarka. Wszystko ma swoją cenę. I cierpliwość czekania, i niecierpliwość, że „musi być tu i teraz”.

Cierpliwość ma też swój sens negatywny: może być rozumiana jako zdolność do czekania na dobro i znoszenia w związku z tym jakiegoś cierpienia, trudu. Jak wielką ma to wartość!

Obecnie rzadko kiedy się to docenia, że wielką wartością jest znosić trud, ból dla drugiej osoby. I nie chodzi wcale o żadne cierpiętnictwo, ale po prostu można z radością przyjmować np. skurcze porodowe, każdy przyjmując jako obietnicę spotkania. Każdy witając modlitwą- podziękowaniem Bogu, ale też dziecku za ten ogromny dar bycia matką.


Zostaw odpowiedź