Wyzwoleni rodzice- przez kogo?

Rok temu na konferencji o porodach domowych na mojej Alma Mater Bogusia opowiadała o swoich trzech porodach domowych. Mówiła cała rozpromieniona o tym, że rodząc czuła się jak królowa. I to nie z tego powodu, by brakowało jej w czasie tych porodów trudu, bólu, zmagania się ze sobą. Zapewne miało to dużo wspólnego z wyrazem szczęścia, spełnienia, które dało się wyczytać z jej twarzy.

Cytat z pewnej lektury i to bynajmniej nie o porodach, a o wychowaniu dzieci, radzeniu sobie z nimi, a może przede wszystkim z sobą samym:

„Byłam Królową Matką, od której kondycji zależy stan całego ula, siłą, która scala jego życie. I biada nam wszystkim, jeśli potrzeby królowej są lekceważone.”

Jak bardzo doceniać trzeba własną rolę, potrzeby, a przede wszystkim własną osobę, by pozwalać sobie być właśnie Królową Matką. Pozwalać innym troszczyć się o siebie samą, uczyć ich tej troski.

I rodzi, i karmi się później dobrze własne dzieci, gdy doświadcza się wsparcia, gdy pozwala się sobie na bycie obsłużoną, gdy umie się o to prosić, a niekiedy nawet domagać się tego.

Czasem mówię do młodych tatusiów, że oni też mogą i powinni karmić piersią swoje dzieci. Mogą to robić podając podczas karmienia swojej żonie herbatę czy wodę, troszcząc się o jej komfort. Karmią wówczas piersią swojej żony i jest to właśnie to, czego w tym momencie potrzebuje cała trójka: związanie miłością, gdzie każdy jest każdemu potrzebny.

Powyższy cytat pochodzi z książki „Wyzwoleni rodzice, wyzwolone dzieci” autorstwa A. Faber, E. Mazlish.

Gdzieniegdzie wyczytać można tam takie banały jak: Rodzice nie są odpowiedzialni za szczęście swoich dzieci. Są odpowiedzialni za ich charakter.

Niby oczywiste, ale na pewno nie dla wszystkich, bo rozglądając się wokoło nie trudno zauważyć rodziców, którzy zachowują się jak babcie i dziadkowie własnych dzieci, jak dobre wróżki gotowe spełniać każde życzenie własnego dziecka. Po co dziecku same babcie i dziadkowie? Potrzebni są mu też rodzice, którzy będą je uczyć stawiania wymagań sobie samym i innym, którzy będą uczyć też pokonywania trudności, a nie tylko zaspokajania zachcianek. Ale znów same wymagania bez dozy czułości i zadowolenia byłyby trudne do zniesienia.

I jeszcze jedna z rad zawartych tam:

„Dla własnego zdrowia psychicznego rodzice nie powinni poddawać się nastrojom dzieci. (…) Nie byłoby żadnego pożytku z lekarzy, gdyby zarażali się chorobami pacjentów.”

Łatwiej doradzić tego typu zachowanie, trudniej zrobić, gdyż wymaga to dojrzałości, czasu, zdystansowania się. I zdaje się, że o wiele trudniej o taki dystans może być rodzicom jedynaków, bo jedyne dziecko stanowi dla nich pewien wzór i wyrocznię. Fora internetowe pełne są rad rodziców jedynaków: radzą oni innym, jak wychować, opiekować się cudzymi dziećmi na wzór i podobieństwo swojego jedynaka. Cóż stąd, że inne dzieci mają inne temperamenty, inną wrażliwość, inne doświadczenia życiowe, innych rodziców! Rady narzucają się same, skoro tak dobrze udaje się nam „pokierować” własnym jedynym dzieckiem.

Przez całą lekturę wisi nade mną pytanie o tytuł. Wyzwoleni rodzice? Książka ta jest w zasadzie świadectwem, że takie wyzwolenie jest na dobrą sprawę do końca niemożliwe. Jak bumerang wracają utarte przyzwyczajenia, wrodzone czy wyniesione z domu sposoby wyrażania się, postępowania, pomimo ćwiczeń, starań, przemyśleń. Więc może nie warto się starać? Oczywiście, że warto, bo tego potrzebujemy i my sami, i nasze dzieci. Brakuje jednak kropki nad „i”: wyzwolić w pełni nas jednak może jedynie Ten, który sam jest Wyzwoleniem.


komentarze 2 do wpisu “Wyzwoleni rodzice- przez kogo?”

  1. Ewa napisał(a):

    Nie do końca zgodziłabym się z tym. Poniekąd rodzic jest odpowiedzialny za szczęście dziecka. Może nie w 100%, ale…
    Gdy rodzice okazują sobie wzajemną miłość, szanują się, wspierają – dają podwaliny, fundament pod przyszłe szczęście dziecka. Dziecku z rodziny patologicznej trudniej jest walczyć o szczęście. Trudniej jest być szczęśliwym, gdy np. nie wiadomo, w jakim stanie wróci tata.
    Podobnie jest z charakterem. Rodzice wychowują, wymagają. Przekazują pewne normy. Także wiarę.
    Dziecko może jednak porzucić te normy, w których wyrosło. Żaden rodzic w 100% nie odpowiada za charakter swojego dziecka. Na charakter mają też wpływ geny, środowisko rówieśnicze i różne wydarzenia losowe.

  2. admin napisał(a):

    Ewa, słusznie. To wychowanie to skomplikowana sprawa, w jednym cytacie jej się nie zamknie.

Zostaw odpowiedź