Dziecko SIĘ rodzi

Kiedy Ignaś jeszcze cichcem przesiadywał sobie pod moim sercem, wpadła mi w ręce za sprawą mojego ulubionego męża książeczka „Dziecko – aktywny uczestnik porodu” pod redakcją E. Lichtenberg – Kokoszki, E. Janiuk, J. Dzierżanowskiego.

Z pasją połknęłam ową lekturkę, ale z pewnym niedosytem płynącym z faktu, że w niewielkim stopniu jej treść odzwierciedla ciekawie brzmiący tytuł.

Wydaje się, że w większości lektur o rodzeniu nacisk kładzie na rolę:

  1. Matki rodzącej- jak swoim zaangażowaniem, oddychaniem, ruchem, skutecznym parciem itd. może być aktywną uczestniczką porodu;
  2. Personelu medycznego- i tu najwięcej można się naczytać, jakby to niemal medycy rodzili, a nie matka, jakby to ich działanie było najistotniejsze.

Jakoś mało widoczna w tym wszystkim rola dziecka. Nie trzeba zaś być specjalistą, lekarzem czy położną, by zauważyć, że bez dziecka nie byłoby porodu. Zupełnie inaczej może rodzić się dziecko z żywiołowym temperamentem, inaczej to powolne, spokojne. Inaczej takie, które często i długo śpi, przejawia mało aktywności, inaczej takie, które jest burzą energii, inicjatywy.

W każdym bądź razie warto zauważyć, że to nie my same, to nie tylko matka rodzi, to również nasze dzieci rodzą się, angażują się mniej lub bardziej w poród, z większą lub mniejszą pasją. Te dzieci powolniejsze, jakby nieśmiałe w rodzeniu, może wrażliwsze na ból, na mocne odczucia towarzyszące porodowi nieruchomieją, mniej współpracują. Wtulone w mamę nie rwą się do wychodzenia naprzeciw przygodzie zwanej przychodzenie na świat.

Mamy przed porodem obawiają się nierzadko, jak sobie poradzą ze skurczami porodowymi. Jeśli mam szansę im towarzyszyć, to jestem skłonna zdejmować ten balast z ich ramion choć po części zwracając im uwagę, że nie cała praca do nich należy. Że dziecko w czasie porodu w pełni w nim uczestniczy i swoją aktywnością posuwa poród naprzód. To bardziej aktywne szybko i sprawnie kręci głową, wkręca się w kanał rodny, odpycha się nóżkami i rączkami, swoim kręceniem się przyśpiesza rozwieranie szyjki macicy. Jeśli dane jest mu naturalnie się rodzić, bez zaburzania wywoływaniem porodu, bez kładzenia matki na łóżko, bo tak wygodnie personelowi, to przychodzi z pomocą mamie sprawnie wstawiając się do porodu, swoją ruchliwością przyśpieszając poród.

To dziecko, które jest wolniejsze, spokojniejsze, mniej ruchliwe może rodzić się w swoim powolnym tempie. Takie maleństwo czeka, chowa się, jakby się wahało: urodzić się czy nie.

Oczywiście nie przekreśla to faktu, że w porodzie bardzo ważne są również inne warunki: przede wszystkim stan zdrowia rodzącej i rodzonego, czy matka jest spokojna, czy dziecko nie jest owinięte pępowiną, położnicze komplikacje.

Jednak gdy nie ma komplikacji, gdy poród odbywa się naturalną koleją rzeczy, świetnie można zaobserwować zachowanie dziecka, jeśli nie jest się skupioną tylko na sobie, na swoich bólach.

Małgorzata Klecka i Iwona Palicka w w/w pozycji zamieściły swój artykuł „Czynniki ryzyka okresu okołoporodowego i ich wpływ na dalszy rozwój dziecka”. Wymieniają w nim wrodzone odruchy, które posiada dziecko przychodzące na świat, ich pojawianie się, kształtowanie, zanikanie, kształtowanie dojrzalszych. Omawiają to jednak w kontekście zaburzeń rozwojowych, jakie może powodować niewłaściwe ich kształtowanie, zanikanie. Szkoda jednak, że tak ciekawy temat nie został również omówiony z perspektywy zdrowych dzieci. Niby wszystkie zdrowe dzieci przychodzą na świat z tymi samymi odruchami: ssania, szukania, chwytania- dłoniowy i podeszwowy, Moro, toniczne odruchy błędnikowe, asymetryczny i symetryczny toniczny odruch szyjny, grzbietowy Galanta. Odruchy te z pozoru są nieciekawe: przejawiają je wszystkie dzieci, tak jakby działały mechanicznie.

Niby takie same, ale jak różnie przejawiane! Od początku mają w sobie piętno indywidualności. Jedno dziecko przejawia odruch ssania tak zapalczywie jakby umierało z głodu (pomimo że jadło pół godziny temu), inne i po kilku godzinach bez mleka szuka spokojnie, wolniutko dając znać o swojej potrzebie ssania. Jeden maluch odruch Moro (reakcja na nagłe bodźce, np. lampa błyskowa) przeżywa tak jakby waliła się ziemia, inny zachowuje się niemal tak jakby od urodzenia był stoikiem. Niby odruchy takie same, a ile dzieci, tyle sposobów ich przeżywania.

I jest to widoczne już w czasie porodu, a nawet wcześniej, gdy umiemy nawiązać z nim kontakt.

Lidia pomimo że rodzona pod górę (na leżąco) urodziła się najszybciej, bardzo energicznie. Daniel rodził się dłużej, bez pośpiechu, powolutku. Z Tosi śmiejemy się, że wzięła inicjatywę w swoje ręce i tak skutecznie, energicznie kręciła głową w czasie skurczów i między nimi, że nie zaczekała na położną, choć początkowo rodziła się powoli. Ignaś chyba myślał, że poród go ominie jak się nie będzie ruszał, że uda mu się go przeczekać, skulić się, schować. Dopiero doprowadzony do ostateczność energicznie wyszedł na świat.

Każde dziecko ma swoją historię. Jednak nie każda mama ma możliwość skupienia się na dziecku w czasie porodu. Często rozprasza rodzącą zbyt głośne, nachalne zachowanie personelu, podłączanie do aparatury (KTG), rozmowy, narzucone pozycje ciała, zachowania itp. Znieczulenie dokręgosłupowe w ogóle ucina kontakt z dzieckiem, podany Dolargan (lek z grupy opiatów) sprawia, że matka w ogóle może słabo kontaktować, może się czuć jak pijana.

Artykuł ten zwraca  uwagę w pewnej mierze, jak nabyte doświadczenie może wpływać na owo zachowanie dziecka, niby odruchowe.

„Zaobserwowano, że u noworodków, które przyszły na świat w wyniku cięcia cesarskiego, odruch Moro jest nadal obecny po piątym miesiącu życia, podczas gdy w grupie niemowląt nieobciążonych ryzykiem okołoporodowym  i urodzonych naturalnie odruch ten zanika znacznie wcześniej.”

Przypadek, że akurat chodzi o odruch Moro, który wygląda jak reakcja przestrachu? Czym innym jest cesarskie cięcie jak nie wystraszeniem dziecka, które nie do końca przygotowane doświadcza przejścia, a wygląda to jak wyciągnięcie dziecka za głowę.

I jeszcze jeden cytat podsumowujący:

„Dbałość o jak najbardziej fizjologiczny przebieg porodu ze względu na dobro dziecka jest nie do przecenienia”.

Warto jednak sobie zdawać sprawę, że takie zdanie pada w Polsce, gdzie porodów naturalnych, według danych Fundacji Rodzić po Ludzku jest aż… 3%


komentarzy 14 do wpisu “Dziecko SIĘ rodzi”

  1. monika napisał(a):

    genialne izo. ja tez o tym nigdy nie pomyslalam. widzialam zaleznosc miedzy zyciem w brzuchu i zyciem poza brzuchem. coprawda moje doswiadczenia w temacie rodzenia sa mizerne, ale to co piszesz jest fascynujace i takie oczywiste. choc lekarze pewnie popukaliby sie w glowe 🙂

  2. admin napisał(a):

    Zapewne popukaliby się w głowę, ale nie szkodzi 🙂 Wiedza lekarska swoją drogą, a matczyna swoją. Oby więcej takich lekarzy jak był prof. W.Fijałkowski, gdzie ogromną wiedzę łączył z wrażliwością na konkretną matkę, konkretne dziecko.

  3. Katarzyna napisał(a):

    Anegdotka, która przyszła mi na myśl w związku z omawianym tematem:
    Studentkom położnictwa w ramach szkolenia zadaje się takie pytanie: „Jakie dwie osoby są niezbędne do porodu?” Przytłaczająca większość odpowiada bez wahania: „Rodząca i położna”. A to i tak nieźle, bo niektóre twierdzą, że lekarz i położna 😉

  4. Aneta napisał(a):

    Dzięki, Fizulo, za ten tekst.
    Nigdy nie myślałam w ten sposób o dziecku rodzącym się. A to przecież takie oczywiste, jak teraz zdałam sobie sprawę. Dlaczego wcześniej tego nie dostrzegłam? Pewnie za bardzo byłam skupiona na sobie; w końcu w dobie szkół rodzenia tyle mówi się o roli aktywnej kobiety podczas porodu.
    Chętnie bym się jeszcze dowiedziała od Ciebie, lub innych czytelniczek, czy faktycznie zachowanie się dziecka podczas porodu przełożyło się na jego zachowanie w pierwszych miesiącach (tygodniach) życia? Jak daleka zbieżność istnieje między sposobem przychodzenia na świat, jaki wybrało sobie dziecko, a jego usposobieniem?
    Ja niestety wiele nie mogę powiedzieć, bo miałam cc 🙁

  5. Aneta napisał(a):

    PS
    Fizulo, zaktualizuj sobie zakładkę O mnie. Bo przychówku przybyło, nie? 😉

  6. admin napisał(a):

    Nie znałam jej. Super wpisuje się w temat!

  7. admin napisał(a):

    To poproszę o podpowiedź, jak się to robi. Jaką zakładkę i gdzie?

  8. Aneta napisał(a):

    Oj, pomyliłam się. Nie chodzi o zakładkę O mnie (bo nie masz takiej na swoim blogu), tylko o Kim jestem – tam, gdzie opisujesz, czyja jesteś mamą. Tu, na tym blogu.
    🙂

  9. admin napisał(a):

    Tak myślałam 😉

  10. admin napisał(a):

    Droga Aneto,
    miej odwagę przekuć ten smutek z powodu cesarki na to, co będzie Was budować. Dziecko po trochu wybiera, to też nie jest tak, że od niego wszystko zależy. Jakaś część na pewno, odkrywam obecnie, że nasz młodzieniec Ignacy właściwie nie mógł wcześniej się urodzić, wieczór to jego czas największej aktywności. Jako noworodek pozostałe części dnia i nocy przesypiał. Na pewno próg bólu, czucie głębokie jest tu ważne- jak dziecko odbiera wrażenia porodowe, gdy ma niski próg bólu? Jak odbiera to, które ma wysoki?

  11. Agnieszka napisał(a):

    Chyba mogę cos powiedzieć na temat odczuwania progu bólowego przez dziecko. Otórz rok temu urodziłam swoje trzeci dziecko-dziewczynka. Zaczęło sie tak jak poprzednimi razami, najpierw wczesnym rakiem odeszły mi wody, potem zaczęły sie skurcze, ale bardzo pomału, tak że przez pierwze godziny w zasadzie do 15.00 mało dokuczające. Dopiero po 15.00 i ciepłym prysznicu akcja nabrała takiego tempa, że chwilami miałam wrażeni, że moje ukochane i oczekiwane niecierpliwie dziecko zaraz mnie rozerwie na strzępy. Starałam się zachowac spokój, oddychac głęboko i kołysac w rytmie najmocniejszych skurczy, to pomagało, ale młoda, jakby sie zatrzymała w mniejscu, jakby nagle już na końcu chciała sie wycofać. Połozna pomagała delikatnie rozciągając przedsionek pochwy. W końcu po 2 czy 3 mocnych parciach wyszła. Wielka, prawie 4 kilowa(lekarz dawał jej góra 3,5 kg), długa 58 cm i owinieta pępowiną, lekko przyduszona i sina, ale żywa. Rozpłakała się po chwili tak żałosnie, połozna położyła mi ją na brzuchu, a ta zaraz ucichła jakby zamarła. Przestraszyłam się, że przestała oddychać, a ona po prostu się uspokoiła. Szkoda, że zaraz mi ja zabrali, do tego koszmarnego mierzenia i ważenia, bo znowu zaczęła płakać i płakał, a raczej jakby skomlała i stękała, jakby z bólu, albo ze strachu prawie całe nastepne dwie godziny, kiedy bylismy razem na sali poporodowej. Próbowałm przystawic ja do piersi, tylko polizała brodawkę i dalej kręciła główką i jęczała, jakby była w poporodowym szoku. Zabrali mi ją niestety, na połoznictwie było obłożenie, więc wszystkie kobiety które akurat wtedy rodziły były porozrzucane po innych oddziałach kobiecych, ja trafiłam na patologię ciąży, bez dziecka, bo był już wieczór i jak mnie poinformowano, na tym oddziałe dzieci w nocy miec nie można, sa na nworodkowym. Pytam sie: to jak i gdzie mam nakarmić dziecko jak się zbudzi. A one na to, że nie trzeba jej karmić, bo ona cały czas spi i jest mocno zmęczona porodem, że mam przyjść o 6 rano, to ja sobie zabiorę. Byłam zła, ale nie miałam siły robic „scen”. Leżałam w łózku do 5 rano i poszłam się spytać, czy moge juz zabrać swoje dziecko, na co połozna, ze nie bo ona cały czas ulewa wodami płodowymi i trzeba ja obserwować i boi sie mi ja dać, bo jestem na innym oddziałe za daleko. Podeszłam do swojej córeczki, żeby ja zobaczyć, wyglądała jakby spała, ale kręciła główką wystawiając języczek, jakby szukała piersi, powiedziałam, że skoro nie mogę jej zabrać, to może chociaż ją nakarmię, przeciez od prawie 12 godzin nic nie jadła, ani nie piła, a na to połozna, ze nie bo ona wcale nie szuka piersi, tylko sie krzywi bo jej niedobrze, od tych wód płodowych co jej cały czas podchodza do gardła i jak zacznę ją karmić, to zacznie rzygac i sie krztusić i dopiero się zacznie. Mam sobie iść i przyjśc za 3 godziny. Poszłam i przyszłam o 9.00, dostałam córkę, a inna pielęgniarka w ogóle nie wiedziała o czym do niej mówię, jak zaczęłam o tych wodach czy nadal ulewa! Mała była spokojna i do wieczora ze mną, na noc z nowu musiałam ją zawieźć na ten chory oddział noworodkowy, i zawiozłam jak na skazanie. Na pewno w nocy płakała, na pewno nie raz, nie wiem czy dały jej jakaś butlę? Kiedy przyszłam skoro świt po nią nastepnego dnia po równie nieprzespanej nocy, widok mnie poraził. Była tak spłakana, jak jeszcze zadne moje dziecko, widziałam to po jej cierpiącej i zrezygnowanej buzi jescze mokrej od łez. Potem zauważyłam plaster na rączce, więc było jakieś kłucie, a mnie nie było przy niej żeby ja pocieszyć. Kiedy wzięłam ja na ręce była taka odrętwiała, a ja miałam ochotę sie poryczeć jak bóbr. Nie chciała piersi tylko wzdychała cięzko, jak stary człowiek co ma dosyć życia. Po wizycie pediatry w południe dowiedziałam się że nie wyjdziemy do domu, bo mała ma zapalenie ucha i zostajemy na oddziale patologii noworodka. W tym samym czasie córeczka sie obudziła i zaczęła tak przeraźliwie krzyczeć, nie mogłam w żaden sposób ja uspokoić, jej płacz zaczynał coraz bardziej przechodzić w pisk, to było trudne do zniesienia, piewszy raz słyszałam taki straszny krzyk. Nie wiem czy bolało ja to ucho, czy odreagowywała stres związany z cięzkim porodem i rozłaką ze mną, ale trwało to w zasadzie dzien w dzień przez kolejne trzy miesiące. Wszyscy mówili, że kolka, ja już sama nie wiem…Dzisiaj wiem, że córka jest bardzo mało odporna na ból i jakikolwiek dyskomfort fizyczny lub psychiczny, głosnym żałosnym płaczem domaga się zmiany swojej sytuacji. Ma też bardzo dużą potrzebę bliskości. Nadal chce być ciągle na moich rękach, płacze jak tylko na chwilę znikne jej z oczu, bo wyjdę np do toalety, nawet sie nie zamykam, raczkuje za mną i płacze zalewając sie łzami. Dużo ja noszę, karmię nadal piersią, spimy obok siebie, ona przy naszym łózku na tzw. dostawce. Nie pracuję zawodowo, więc jestem cały czas z nią, a ona wydaje się ciągle spragniona mojej obecności. Czy to cały czas konsekwencje tych pierwszych godzin i dni po porodzie, kiedy nie było mnie przy niej?Dopiero parę dni temu przeczytałam książkę „W głębi kontinuum” szkoda, że nie wpadła mi w ręce kiedy byłam jescze wciąży. Może gdybym nosiał jana okrągło w chuście przez pierwsze miesiące i nie odkładała do łóżeczka na spanie, to dzisiaj nie trzymałaby sie tak kurczowo mojej spódnicy?

  12. admin napisał(a):

    Łzy stanęły mi w oczach, jak przeczytałam Twoją relację. Ból rozdzielenia i bezradności jeszcze w Tobie tkwi i jakby jeszcze nie do końca nie był wyrażony, skoro tyle gdybań, dociekań, tak mi się wydaje. Nie dziwię Ci się, że ten żal i żałość jeszcze trawi Twoje serce. To jest nieludzkie rozdzielanie matki i dziecka po porodzie- zadawanie bólu nieopisanego dwóm osobom naraz. Jak wiele
    To jest nieprawda, że dziecko które ulewa wodami płodowymi nie może ssać. Troje z czwórki moich dzieci ulewało po porodzie wodami płodowymi, a nie przeszkadzało im to w ssaniu. Jest sporo takich reliktów myślowych u personelu, które pokutują.
    Skoro Twoja córcia ma roczek, to to jest właśnie wiek olbrzymiej bliskości i nie dziwi takie zachowanie Twojej córeczki. To, że możecie się sycić swoją obecnością, bliskością, karmieniem wiele dla niej znaczy- może być też plastrem na tą Waszą ranę początkowego rozstania, jeśli będziesz potrafiła się z tej zażyłości z córcią cieszyć.
    Dzięki za podzielenie się Twoją relacją- jest powalająca.

  13. Agnieszka napisał(a):

    Napisanie na Twojej stronie to był impuls-czułam, że muszę to zrobić i dobrze sie stało, bo podczas pisania i czytania tego po raz kolejny polało się morze moich łez. Sadziłam do niedawna, że uporałam się z tymi złymi doświadczeniami. Starałam sie sobie wmówić, że nie było aż tak źle, inne kobiety przeszły gorsze horrory i zyją, więc nie będę się nad sobą użalać-było minęło. Ale w ostatnich dniach coraz częściej zaczął przypominać mi się ten czas okołoporodowy i wszystko wróciło i dotarło do mnie, że było źle, nie tak jak powinno.
    Dzięki za wsparcie, że napisałaś, że zachowanie mojej córki, jej przyklejenie do mnie jest NORMALNE. Nigdzie tego do tej pory nie usłyszałam. Wszyscy zaraz radzą co zrobić, żeby przestała się do mnie kleić, albo wyrażają litość, że ona widac taka „przylepa” w domyśle, mazgaj, fajtłapa, mało rozwinięte i mało zaradne dziecko, cały czas przy spódnicy mamusi. Albo straszą mnie już problemami z posłaniem do przedszkola, że na pewno bedzie histeria jak ona taka jest teraz, mimo tego, że ze mną cały czas. Albo wzruszają ramionami, jak mój mąż, nie mając nic konkretnego do powiedzenia. Najgorsze jest to, że nawet koleżanka, która sama wykarmiła dwie swoje córki piersią około 2 lat, kiedy wyraziłam swoje zmartwienie jak Jula miała 9 miesięcy, że coraz mniej ssie, nie chce piersi, nie wiem co robić, bo to moim zdaniem za wcześnie na zakończenie, o co może chodzić, może zęby? A ona na to, że to dobrze, że się odstawia, będę miała spokój! I gada takie głupoty, że chce miec jeszcze jedno dziecko(czwarte), ale nie będzie juz karmic tak długo jak starze, pokarmi parę miesięcy i skończy, bo to męczące jest. Byłam w szoku. To po co jej w takim razie w ogóle to dziecko? Skoro świadomie chce nie dać mu tego co najlepsze? Nie rozumiem. Inne moje znajome nie karmią w ogóle i ciągle pytają, ty jeszcze karmisz, kiedy masz zamiar skonczyć?A więc jak widzisz nie mam z kim normalnie porozmawiać, one unikają mnie, bo podejrzewam, że czują sie gorsze jako matki, a ja ich, bo sieją we mnie tylko wątpliwości, czy aby na pewno słusznie postępuję ze swoim dzieckiem. Dlatego widac trafiłam na Twoją stronę:)

  14. admin napisał(a):

    Z perspektywy już mamy również dzieci szkolnych powiem Ci, że te właśnie wyściskane, przyklejone w wieku roku, półtorej, dwóch, którym pozwalano na tą dużą bliskość, pozwalano na nią jako starsze dzieci nie mają już problemów z rozstaniami w porównaniu z tymi, które na siłę odklejano od siebie, uniezależniano jako maluchy.
    Także bez kompleksów karm, przytulaj, pieść, bo dzieci szybko z tego wyrastają :o), żeby pobiec do koleżanki i kolegi.
    Można się zastanowić, czemu Twoi znajomi chcą Cię wpędzać w kompleksy wytykając inne sposoby postępowania niż ich własne. Jaki mają w tym interes? Dlaczego nie wystarczy im zadowolenie z własnego sposobu postępowania, że muszą okazywać niezrozumienie, niezadowolenie z Twojego dziecka? Masz prawo cieszyć się z Twojego dziecka, z tego jakie jest- nie pozwól sobie tego zabrać. Osobiście dostrzegam prawidłowość, że „każda myszka swój ogonek chwali”- każdy podsuwa innym rady, według własnego repertuaru. Jeśli Ci pasują- bierz, ale jeśli nie- warto nauczyć się od nich dystansować- czy to swoją wiedzą (warto poczytać książki o rodzicielstwie bliskości) czy poczuciem humoru czy w inny sposób. Przytul ode mnie swoją pociechę 🙂

Zostaw odpowiedź