Pierwsze trzy miesiące życia dziecka są szczególnie ukryte. Często za porannymi mdłościami, wymiotami, sennością, czasem nawet za nieświadomością matki i ojca. Dziecko mówi do swojej matki przez te sygnały jej ciała: potrzebuję twojego odpoczynku, zatrzymania się, zwrócenia uwagi na to, co jesz, co robisz po to, żeby w tej sferze zaprowadzić pewien porządek, zadbać o zdrowie. Potrzebuję zacisznej kołyski w Twoim łonie, twojej ciszy, czułości.

Czasami te wymioty, osłabienia są tak dojmujące, że matka zza nich niemal nie widzi dziecka, tak jakby była tylko ona i jej wymioty, jej gorszy nastrój. I to błąd. Bo to jest pierwsza lekcja jej oderwania się od swojego „ja”, od swojego tylko „chcę”.  Lekcja niezbędna, choć wymagająca, czasem bardzo trudna. Po urodzeniu dziecka nie da się dalej żyć tylko swoim „chcę”, bo „potrzebuję” maleństwa jest o wiele głośniejsze, bardziej żywiołowe, częstsze niż to planujemy. Taka pierwsza zaprawa do późniejszych zmagań ze swoim egoizmem, egocentryzmem.

Gdy w tym pierwszym trymestrze często się źle czujemy, wymiotujemy, jesteśmy rozdrażnione, to nasze dziecko też potrzebuje pocieszenia. Nie zostawiajmy go wtedy samego! W tym czasie, kiedy wszystkie narządy jego ciała intensywnie się tworzą, potrzebuje tym większego wsparcia. Gdy nam bardzo niedobrze, przytulmy nasze dziecko, pogłaszczmy je. Po tym się poznaje kochające serce: że umiemy się cieszyć nawet z naszego „niedobrze”, jeśli oznacza to dla ukochanej osoby „dobrze”. Te poranne (i nie tylko) wymioty oznaczają zazwyczaj dostatecznie wysoki poziom progesteronu, hormonów ciążowych- więc właściwie, jeśli dobrze życzymy naszemu dziecku, możemy być za nie wdzięczne. I zadowolone z własnego „niedobrze”, bo dzięki temu nasze dziecko jest z nami, organizm si go nie pozbywa.

Cuda się zdarzają. Wystarczy popatrzeć na dziecko. Cud miłości. Nie dziwię się, że szatan tak nienawidzi kobiet w stanie błogosławionym. Raz, że przypominają mu Wyjątkową Matkę, która urodziła Zbawiciela. Druga sprawa, że nienawidzi on każdego z cudów miłości i nadziei. On się zwyczajnie boi dziecka, bo jego Anioł Stróż w dzień i w nocy wielbi nieustannie Boga.

Niektóre matki i ojcowie starają się jednak o poczęcie bezskutecznie. Zastanawiam się nad sensem tego bolesnego czekania, tej tęsknoty. I myślę, że Pan Bóg stworzył nasze ciało, ale też naszą duszę stęsknioną za dzieckiem, za dziećmi, żebyśmy byli w pełni rodzicami. I tym, których nie obdaruje fizycznym darem macierzyństwa, ojcostwa jest gotów dać duchowy dar rodzicielstwa. Ta tęsknota za dzieckiem nie jest więc czymś przypadkowym, nieprzydatnym, gdy dziecko się nie rodzi wbrew staraniom. Tylko trzeba się na dar duchowego rodzicielstwa otworzyć, że Pan Bóg chce dać nam więcej niż Go prosimy.

Moje dzieci co prawda już większe, ale ta refleksja z myślą o Paulince, o której się dowiedziałam, że nosi pod sercem skarb. Również z myślą o cierpieniu pewnej mamy czekającej na dziecko bezskutecznie.

I jeszcze nie odmówię sobie podzieleniem się moją lekturą, która jest paląca i żywa:

„Bóg jest hojny i nikomu łaski swojej nie odmawia – więcej daje, aniżeli my Go o to prosimy. Wierność w wypełnianiu natchnień Ducha Świętego – to najkrótsza droga.”

Polecam gorąco: „Dzienniczek” s. Faustyna Kowalska.


Zostaw odpowiedź