Archiwum kategorii ‘O wychowaniu siebie i wychowaniu dzieci’


Dzieci potrafią być cierpliwsze

FullSizeRender(1)fot.: I.K.

-No, chodź, ubierz się! Zaraz wychodzimy.- powtarza sfrustrowana mamuśka po raz czwarty.

I pomimo, że przerabiała z dzieckiem już różne metody ubierania:

  • rękawki i nogawki są tunelami, którymi mkną rącze koparki;
  • dźwigi wciągają  na różne piętra kalesony i spodnie, opuszczają podkoszulki;
  • króliki chowają się do nor, a potem robią „a kuku” z wylotu jamy-mankietu itd.,

to on i tak na drzewo mamie ucieka.

Nie ma to jednak jak mieć rodzinę wielodzietną. W takiej patologicznej 😉 rodzinie już 6-latek umie ubierać 3-latka. A 10-latka umie zachęcić swojego braciszka, żeby nałożył „swoją sierść, jak przystało na drapieżnika” lub, żeby „zmienił karoserię, bo poprzednia musi iść do blacharza”.

Dzieci w wymyślaniu zabaw dla dzieci są nie do pokonania. Chyba że już uważają się za nastolatki lub dorosłe.

Wszyscy potrzebni wszystkim.



Słowo Boże- płonie, a nie niszczy

zdjecie2

„Zbierzcie lud,

zwołajcie świętą społeczność,

zgromadźcie starców,

zbierzcie dzieci

i ssących piersi!

(…)

Niech mówią:

Przepuść, Panie, ludowi Twojemu

i nie daj dziedzictwa Twego na pohańbienie,

aby poganie nie zapanowali nad nami.” Jl 2, 16-17

 

Kto jest potrzebny na wspólnej modlitwie?

I my staruszkowie 😉 i ssący piersi, i dzieci małe i duże.

I w niczym modlitwa małego nie jest gorsza niż starszego skostniałego z powagi- każdą słyszy i przyjmuje Pan Bóg.

A małe dzieci z taką radością przyjmowały popiół na swoją głowę- miały ochotę fiknąć koziołka z tego powodu. Tak sobie myślę, że to z powodu zaufania- przecież Pan Bóg nie daje im złego popiołu! Nie jest czarownicą z zakrzywionym nosem, który czyha tylko jak by nam dopiec. Jest tym, który daje same dobre rzeczy. I popiół nawrócenia, zniszczenia tego, co stare i radość ze Zbawienia.



Bałwany są wśród nas

zdjecie4

-Piękny bałwan ze mnie, nieprawdaż? I cieplutko ubrany, żebym się nie przeziębił.

 

Gdy przeczytałam ten artykuł, mruknęłam pod nosem: „No, pewnie!”

Nie raz dało mi w kość, że dziecko/dzieci zachowywało się przy mnie paskudnie. Tym bardziej to uwierało, gdy osoba opiekująca się/babcia/dziadek mówiła, jak grzecznie to moje dziecko się zachowuje. Łatwo więc przyjąć usprawiedliwienie-uspokojenie, że to normalne, że dziecko przy matce musi się wyżalić/wyszaleć/wyzłościć/pokazać prawdziwą twarz (niepotrzebne skreślić). Dziecko dopiero przy matce jest sobą.

Ale, ale…

Ładne i miłe wytłumaczenie. A nawet takie prawdziwe. Może nawet w 50%? Na pewno dużą część prawdy zawiera.

Nie dajmy się zwariować. Odkrywam jeszcze co najmniej 3 powody, dla których dzieci zachowują się źle, dołująco w obecności swych mam, a przy innych osobach znośniej.

  1. Ja idealna nie jestem. Także mają dzieci z kogo brać przykład złego zachowania, nie oszukujmy się. (No, ale ktoś z czytelników może już unosi się ponad ziemią…);
  2. Naturalna konsekwencja: jak się zostawia dzieci pod czyjąś opieką, gdy są wypoczęte, a przychodzi po nie, gdy już „padają”, to nie należy się dziwić ich zmęczeniu, żalowi, złości (że nas nie było, gdy nas potrzebowały- np. do uśpienia, uspokojenia); jak opiekunka/babcia nie umie dziecka uśpić w porę,wyciszać, gdy tego potrzebuje, to maluch będzie skonany po naszym przyjściu; zwłaszcza jeśli nasza nieobecność jest długotrwała, a dziecko małe; tak jest np. gdy dziecko chodzi do przedszkola i tam nie śpi, choć potrzebowałoby jeszcze snu; o wyciszenie w przedszkolu czasem też niełatwo;
  3. Osoby opiekujące często wymagają za mało, egzekwują za mało, oczekują za mało, a mama ma od dziecka duże oczekiwania, duże wymagania- jeśli kocha. No to dziecko się buntuje- tu miało łatwiznę (nic od niego nie oczekiwano, nie wymagano), a tu nagle jakieś wymagania.

Jeśli dajemy wiarę takim łatwym wytłumaczeniom, to dajemy zrobić z siebie trochę „bałwana”.

Prawda wyzwala. Też z bałwaniastości.

To były zapiski mamy-bałwanicy, jak by ktoś nie zauważył.



Jak drzewo

Blaski i cienie- idąc do światła

Co to jest?

 

Taki obrazek rodziny.

Rodzice są jak pień.

Dzieci jak gałęzie.

Czytając współczesne „recepty” na wychowanie dzieci mam wrażenie, że niektórzy wierzą w bajki, np. że gałęzie mogą dobrze funkcjonować, gdy podkopuje się pień, udaje, że do niczego nie jest potrzebny w całości. Że można go przerąbać na pół, a gałęziom nie będzie to przeszkadzać.

Lubię dosyć nurt tzw. rodzicielstwa bliskości. Jednak jest to bardzo ograniczony nurt- właściwe zastosowanie ma on w niemowlęctwie. Może trochę jeszcze później. A potem odwraca uwagę od meritum sprawy.

A co jest owym meritum? Istotą wychowania?

Jedność w małżeństwie.

Jak u muszkieterów: „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”.

Niektóre dzieci są bardzo sprytne. Już jako małe brzdące uczą się wykorzystywać ten brak jedności dla własnej korzyści czyli nieposłuszeństwa. Co oczywiście wychodzi im na niekorzyść.

Kiedyś byłam głupia jak but (no i coś tam mi zostało z tego) i myślałam, że właściwie nie da się uzyskać jedności w małżeństwie (skoro małżonkowie nie myślą i nie mówią tak samo). Stąd udawanie jej tym bardziej nie ma sensu.

Ale niestety na własnej skórze odczułam, jak negatywne skutki to spowodowało.

Cierpkie i gorzkie owoce.

Nieposłuszeństwo rozdzierające serce.

Dziecko rozdarte od wewnątrz.

 

zdjecie

 

Jak wrócić do jedności?

  • „furtka pokory”- mówiła o tym prof. Wanda Półtawska cytując Karola Wojtyłę; jeśli źle się dzieje w małżeństwie, to nie ma niewinnych- trzeba być pierwszym w proszeniu o wybaczenie, rozmawianiu, otwieraniu serca;
  • „tak mi dopomóż Panie Boże Wszechmogący w Trójcy jedyny i wszyscy święci”- czyli sięgnięcie do korzeni małżeństwa; jaką wielką siłę, radość, twórczą moc  ma sakrament małżeństwa-                                   nieodgadnioną! nieogarnioną!

zdjecie1

Dół korzeniowy (zdjęcie powyżej)



Mieć nastolatka i przeżyć

zdjęcie(6)

Mój sąsiad mawia, że faceci wchodzą w stan zawałowy po czterdziestce nie z powodu wieku, tylko dlatego, że ich dzieci zmieniają się w nastolatki. No i niełatwo to przeżyć 😉

Wracam jeszcze raz do książki T. Rożka „Człowiek”. Pozycja popularnonaukowa, pięknie wydana. Można się tam zapoznać również z badaniami na temat wieku przepoczwarzania się- dojrzewania. Otóż w wieku nastu lat w niektórych rejonach mózgu człowiek w tym okresie życia traci nawet 80% połączeń mózgowych. Po prostu jak po ciężkim urazie mózgu! Dla mnie to odkrycie epokowe 🙂

Dlaczego?

  • Bo takiej osobie należą się wyrazy współczucia i wyrozumiałości;
  • Z drugiej zaś strony należy jej się olbrzymi trening mózgowy: rehabilitacja po urazie mózgu to trening umysłowy i wzrastająca trudność zadań; wymagania, wymagania i wymagania- to jest wyraz prawdziwej miłości dla nastolatka; a więc pracy fizycznej i umysłowej nastolatek potrzebuje mieć pod dostatkiem, żeby jednak coś pod czaszką zostało 😉

Nie jest łatwo- bo czasem/często chciałoby się odpuścić i nie wymagać. Ale warto. Ja już czasem widzę wykluwające się z poczwarki piękne motyle.

 



Kołderka z kasztanów i przesuwanie ściany

zdjecie-33

 

Kołderka z wszytymi 3 kilogramami kasztanów

 

Czy znacie takie dzieci:

 

-które zachowują się jak na torturach podczas smarowania kremem, mycia mydłem lub szorowania gąbką?

-które za torturę uważają ubieranie lub rozbieranie?

 

Terapeutka integracji sensorycznej zaleciła dla takiego okazu:

  • dużo bujania/huśtania;
  • dużo masażu, ale za to silnego np. drewnianymi „kręciołkami” z kolcami;
  • przykrywanie ciężką kołderką stanowiącą 20% wagi ciała (na krótko: 20 minut);
  • zabawy typu: przepychanie ściany.

 

Inny okaz dziecka z kolei za ujmę uważa nakładanie skarpetek, zachowując się przy tym jakby mu te nogi odkrajano.

Rada terapeutki?

  • dużo chodzenia na bosaka: po trawie, kamieniach, piachu itp.

 

Co w tych radach jest wspólnego? To jest powrót do pewnej twardości w postępowaniu z dzieckiem, do wymagania od niego znoszenia tego, co zdaje się mu trudne.

Jesteś nadwrażliwy? Znoś to, co wytrzymują twardziele.

Masz nadwrażliwość stóp? To pochodź sobie na bosaka po kamyczkach, po śniegu, zimnej wodzie.

Masz nadmiar energii? To podźwigaj sobie ciężary, pookładaj się z bratem/kolegą, posiłuj z psem, wykonaj kawałek ciężkiej pracy ojca czy matki itd.

Masz nadwrażliwą skórę na dotyk? Nie wycieraj się mięciutkimi ręcznikami, a szorstką jutą, surowym płótnem.

Rozpychasz się i przesuwasz innych? Znoś ucisk starszych, spanie z rodzicami, którzy się rozpychają, zapasy ze starszym bratem, który nie daje pierwszeństwa.

 

A w tych radach zwraca jeszcze uwagę nadrabianie zaległości z niemowlęctwa: bo czas na bujanie młodego człowieka jest wtedy, gdy się go nosi, bo sam nie umie jeszcze chodzić.

Te rady to: oddaj dziecko w silne ręce taty, który oklepie, będzie się siłował aż do zadyszki, pomasuje aż dziecko dostanie wypieków.

To tatusiowie oduczają nadwrażliwości. I to skutecznie. Tylko nie można bronić dziecka przed tatusiem, bo ono go bardzo potrzebuje. Ani zniechęcać tatusia do dzieci narzekaniem na nie.

 

Ładną kołderkę uszyłam?

Ładna czy nie ładna, ale na pewno ciężka 🙂



Dziękowanie – ducha odmładzanie

zdjecie-3

Naukowcy odkryli, że narzekanie niszczy mózg. Podczas notorycznego narzekania niszczy się m.in hipokamp- ta część mózgu, która ulega również degeneracji przy chorobie Alzhaimera.

No i narzekanie niszczy atmosferę w rodzinie.

Pan Bóg już dawno nam o tym mówił i ostrzegał.

„Zawsze dziękujcie!”–  Słowo Boże skutecznie konkretyzuje tę sprawę.

A my żony i matki powinnyśmy szczególnie pracować nad sobą, żeby nie narzekać na dzieci. Zwłaszcza do męża tuż po jego przyjściu z pracy.

Niezłe zadanie, co?

Są czasem starsi ludzie, którzy są młodzi duchem. Oni właśnie nie narzekają, mają tyle powodów do radości. Nawet jak ich nie mają.



Dzieci w kościele na wagę złota

zdjecie-5

Dzieci rozrabiają w kościele- to fakt.

Jednak są tam na wagę złota. Bo jak już się modlą, to szczerze i z wiarą.

A ich aniołowie nieustannie uwielbiają w wielkiej bliskości Boga.

Dlatego papież Franciszek wstawia się tak pięknie za każdym płaczącym dzieckiem, o czym tu pisałam.

Z drugiej- mojej rodzicielskiej strony.

Dzieci tak szybko rosną.

Jako maluchy (wiek poniemowlęcy 12-36 miesięcy) i przedszkolaki, (od biedy jeszcze młodszy szkolny) chętnie słuchają rodziców, chłoną ich słowa jak gąbka. A później pod górkę.

Trzeba zdążyć nauczyć, podzielić się tym co ważne póki nie kontestują. Póki to, co podane z życzliwą miłością przyjmują radośnie. Póki przyjmują uwagi do serca.

Dzieci tak bardzo potrzebują usłyszeć więc w kontekście przychodzenia do Kościoła:

  • Jak bardzo Pan Bóg na nich tu czeka;
  • Jak wiele mogą wymodlić, jak uważnie każdej ich modlitwy wysłuchuje Zbawiciel;
  • Jak wielki cud dzieje się w czasie Eucharystii;
  • Potrzebują to poczuć, jak wielki majestat i cześć należy się Bogu.

I to wszystko w atmosferze wielkiego spokoju i akceptacji.

No i z całą pewnością trzeba się wyrobić przed wiekiem buntu i kontestacji.

Przed Mszą trzeba i warto modlić się z dzieckiem i za dziecko.

Ja bardzo słaba jestem w dopilnowywaniu moich dzieci na Mszy, więc „zatrudniam” ich Aniołów Stróżów i przypominam im o ich obowiązkach względem moich dzieci.

Efekt jest, nie powiem. Oni się na tym znają, bo mają bliskie układy z Górą.

A jak i to nie pomoże, to wszystkich Świętych jeszcze trzeba zatrudnić. W kupie siła.

A jak to nie pomoże, to znaczy, że sama bardzo przeszkadzam naszym dzieciom w uważnym (jak na ich wiek) uczestnictwie we Mszy Świętej.

No i trzeba się nawrócić.

I jeszcze odnowić znajomość z własnym Aniołem Stróżem.

I własną znajomość ze świętymi, choćby kruchą.

O tym, że czasem trzeba zostawić dziecko w domu, dać sobie czas na skupienie: druga strona medalu.

zdjecie-31



„Smaczny jak pokrzywy”

„Smaczny jak pokrzywy!”- zaanonsował najmłodszy drapichrust z nieukrywanym entuzjazmem wypijając w oka mgnieniu dzisiejszy eksperyment swojej mamy.

zdjęcie(12)

A zaczęło się tak niewinnie od ściągniętych z netu wielce skomplikowanych i złożonych koktajli:

Bagienny i pokrzywowy- pochłaniane bez odmowy

Ponieważ zaniemogły mi ostatnio dzieciaki, szukałam więcej sposobów, by je wzmocnić.

Najpierw więc wynalazłam sok jabłkow0-pokrzywowy (na powyższym zdjęciu).

Wystarczy sok jabłkowy (ze świeżo wyciśniętych owoców lub wersja na łatwiznę- ze sklepu) zmiksować z listkami pokrzywy i witaminą C (lewoskrętną- a jakże!).

Pokrzywa jest ziółkiem mocno się brudzącym i żylastym. Stąd wynikają 2 sprawy: myć ją trzeba co najmniej 2-3 razy. Po zmiksowaniu z sokiem, jak się jest leniwym i się wrzucało listki z nieoberwanymi łodyżkami, to trzeba sok przecedzić przez sitko (jak na załączonym obrazku).

„Mi dolej! Mi!”- jak się już zrobi i da do skosztowania, to się można napawać takimi oto okrzykami. Co bardziej wybredne nastolatki udają, że im nie smakuje: „Taki tam jabłkowo-trawny smak!”

Pokrzywowy kunszt w dniu dzisiejszym rozwijałam więc dalej.

I oto mój smaczny pomysł:

3-4 bardzo dojrzałe banany

1 szklanka czerwonej porzeczki

1 szklanka listków pokrzyw (bez łodyg tym razem!)

1 szklanka wody

Po zmiksowaniu wyszedł intrygujący różowo-zielony kolorek, a z gardzieli młodych latorośli westchnienia: „Dokładkę! Mi! Dolej!”

Pokrzywy chodzą za mną, bo one najlepiej wychodzą mi w ogródku 🙂 Chodzą, parzą i pouczają o wychowaniu dzieci.

Bo jak się je wyrywa i idzie lekko, to znaczy, że do kitu. Okazuje się wtedy, że w ziemi został cały korzeń- żółte żylaste bydlę – kłącze czyli coś co się z łatwością rozrasta. Natomiast jak się pokrzywę wyrywa i człowiek się namęczy, namocuje, uff, sięgnie głębiej, to efekt jest wybitnie antypokrzywowy. Żeby natomiast wyhodować całe łany pokrzywy, można je np. kosić- pozostawione w ziemi kłącza skorzystają z okazji i rozrosną się wspaniale i bujnie.

Mam przeczucie, że podobnie jest z wychowaniem dzieci. Jak nam tak za łatwo idzie i obrastamy w piórka, to zazwyczaj coś nie tak, gdzieś tam hodujemy wielkie błędy, wielkie wady. Obserwować można czasem rodziców, ile się namęczą, natrudzą z wychowaniem jakiegoś dziecka, a potem wspaniały człowiek wyrasta.

Czytałam pewien czas temu na blogu artykuł pewnej mamy o tym, że >wraz z narodzinami dziecka, rodzi się strach<. Że matka o to dziecko niemożebnie zaczyna się martwić chcąc nie chcąc. Czy będzie zdrowe, czy dobrze wychowane, czy będzie się chciało uczyć, czy nic mu się nie stanie… Powody do strachów, niepokojów, obaw, lęków matki potrafią mnożyć zadziwiająco.

Skąd ja to znam? Sama też potrafię.

Ale po przeczytaniu tego wpisu, poczułam bunt: tak się nie da żyć. To nie życie- to stawanie się martwym (czyli z-martwienie).

Z każdym dzieckiem rodzi się nadzieja. Na szczęście nadzieja. Że jest sens się trudzić dla tego człowieka. „A nadzieja zawieść nie może, albowiem miłość Boża rozlana jest w sercach ludzi”.

I tak nawet mała pokrzywka okazuje się nie taka znowu beznadziejna.



O karaniu dzieci- zwyczajnie

Niech sobie papież Franciszek pogada- ja odpocznę ;P

Chętnie jeszcze bym sobie jakąś dobrą duszę „pożyczyła” do wprowadzenia tego w czyn 🙂