Archiwum kategorii ‘O wychowaniu siebie i wychowaniu dzieci’


Jak drzewo

Blaski i cienie- idąc do światła

Co to jest?

 

Taki obrazek rodziny.

Rodzice są jak pień.

Dzieci jak gałęzie.

Czytając współczesne „recepty” na wychowanie dzieci mam wrażenie, że niektórzy wierzą w bajki, np. że gałęzie mogą dobrze funkcjonować, gdy podkopuje się pień, udaje, że do niczego nie jest potrzebny w całości. Że można go przerąbać na pół, a gałęziom nie będzie to przeszkadzać.

Lubię dosyć nurt tzw. rodzicielstwa bliskości. Jednak jest to bardzo ograniczony nurt- właściwe zastosowanie ma on w niemowlęctwie. Może trochę jeszcze później. A potem odwraca uwagę od meritum sprawy.

A co jest owym meritum? Istotą wychowania?

Jedność w małżeństwie.

Jak u muszkieterów: „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”.

Niektóre dzieci są bardzo sprytne. Już jako małe brzdące uczą się wykorzystywać ten brak jedności dla własnej korzyści czyli nieposłuszeństwa. Co oczywiście wychodzi im na niekorzyść.

Kiedyś byłam głupia jak but (no i coś tam mi zostało z tego) i myślałam, że właściwie nie da się uzyskać jedności w małżeństwie (skoro małżonkowie nie myślą i nie mówią tak samo). Stąd udawanie jej tym bardziej nie ma sensu.

Ale niestety na własnej skórze odczułam, jak negatywne skutki to spowodowało.

Cierpkie i gorzkie owoce.

Nieposłuszeństwo rozdzierające serce.

Dziecko rozdarte od wewnątrz.

 

zdjecie

 

Jak wrócić do jedności?

  • „furtka pokory”- mówiła o tym prof. Wanda Półtawska cytując Karola Wojtyłę; jeśli źle się dzieje w małżeństwie, to nie ma niewinnych- trzeba być pierwszym w proszeniu o wybaczenie, rozmawianiu, otwieraniu serca;
  • „tak mi dopomóż Panie Boże Wszechmogący w Trójcy jedyny i wszyscy święci”- czyli sięgnięcie do korzeni małżeństwa; jaką wielką siłę, radość, twórczą moc  ma sakrament małżeństwa-                                   nieodgadnioną! nieogarnioną!

zdjecie1

Dół korzeniowy (zdjęcie powyżej)



Mieć nastolatka i przeżyć

zdjęcie(6)

Mój sąsiad mawia, że faceci wchodzą w stan zawałowy po czterdziestce nie z powodu wieku, tylko dlatego, że ich dzieci zmieniają się w nastolatki. No i niełatwo to przeżyć 😉

Wracam jeszcze raz do książki T. Rożka „Człowiek”. Pozycja popularnonaukowa, pięknie wydana. Można się tam zapoznać również z badaniami na temat wieku przepoczwarzania się- dojrzewania. Otóż w wieku nastu lat w niektórych rejonach mózgu człowiek w tym okresie życia traci nawet 80% połączeń mózgowych. Po prostu jak po ciężkim urazie mózgu! Dla mnie to odkrycie epokowe 🙂

Dlaczego?

  • Bo takiej osobie należą się wyrazy współczucia i wyrozumiałości;
  • Z drugiej zaś strony należy jej się olbrzymi trening mózgowy: rehabilitacja po urazie mózgu to trening umysłowy i wzrastająca trudność zadań; wymagania, wymagania i wymagania- to jest wyraz prawdziwej miłości dla nastolatka; a więc pracy fizycznej i umysłowej nastolatek potrzebuje mieć pod dostatkiem, żeby jednak coś pod czaszką zostało 😉

Nie jest łatwo- bo czasem/często chciałoby się odpuścić i nie wymagać. Ale warto. Ja już czasem widzę wykluwające się z poczwarki piękne motyle.

 



Kołderka z kasztanów i przesuwanie ściany

zdjecie-33

 

Kołderka z wszytymi 3 kilogramami kasztanów

 

Czy znacie takie dzieci:

 

-które zachowują się jak na torturach podczas smarowania kremem, mycia mydłem lub szorowania gąbką?

-które za torturę uważają ubieranie lub rozbieranie?

 

Terapeutka integracji sensorycznej zaleciła dla takiego okazu:

  • dużo bujania/huśtania;
  • dużo masażu, ale za to silnego np. drewnianymi „kręciołkami” z kolcami;
  • przykrywanie ciężką kołderką stanowiącą 20% wagi ciała (na krótko: 20 minut);
  • zabawy typu: przepychanie ściany.

 

Inny okaz dziecka z kolei za ujmę uważa nakładanie skarpetek, zachowując się przy tym jakby mu te nogi odkrajano.

Rada terapeutki?

  • dużo chodzenia na bosaka: po trawie, kamieniach, piachu itp.

 

Co w tych radach jest wspólnego? To jest powrót do pewnej twardości w postępowaniu z dzieckiem, do wymagania od niego znoszenia tego, co zdaje się mu trudne.

Jesteś nadwrażliwy? Znoś to, co wytrzymują twardziele.

Masz nadwrażliwość stóp? To pochodź sobie na bosaka po kamyczkach, po śniegu, zimnej wodzie.

Masz nadmiar energii? To podźwigaj sobie ciężary, pookładaj się z bratem/kolegą, posiłuj z psem, wykonaj kawałek ciężkiej pracy ojca czy matki itd.

Masz nadwrażliwą skórę na dotyk? Nie wycieraj się mięciutkimi ręcznikami, a szorstką jutą, surowym płótnem.

Rozpychasz się i przesuwasz innych? Znoś ucisk starszych, spanie z rodzicami, którzy się rozpychają, zapasy ze starszym bratem, który nie daje pierwszeństwa.

 

A w tych radach zwraca jeszcze uwagę nadrabianie zaległości z niemowlęctwa: bo czas na bujanie młodego człowieka jest wtedy, gdy się go nosi, bo sam nie umie jeszcze chodzić.

Te rady to: oddaj dziecko w silne ręce taty, który oklepie, będzie się siłował aż do zadyszki, pomasuje aż dziecko dostanie wypieków.

To tatusiowie oduczają nadwrażliwości. I to skutecznie. Tylko nie można bronić dziecka przed tatusiem, bo ono go bardzo potrzebuje. Ani zniechęcać tatusia do dzieci narzekaniem na nie.

 

Ładną kołderkę uszyłam?

Ładna czy nie ładna, ale na pewno ciężka 🙂



Dziękowanie – ducha odmładzanie

zdjecie-3

Naukowcy odkryli, że narzekanie niszczy mózg. Podczas notorycznego narzekania niszczy się m.in hipokamp- ta część mózgu, która ulega również degeneracji przy chorobie Alzhaimera.

No i narzekanie niszczy atmosferę w rodzinie.

Pan Bóg już dawno nam o tym mówił i ostrzegał.

„Zawsze dziękujcie!”–  Słowo Boże skutecznie konkretyzuje tę sprawę.

A my żony i matki powinnyśmy szczególnie pracować nad sobą, żeby nie narzekać na dzieci. Zwłaszcza do męża tuż po jego przyjściu z pracy.

Niezłe zadanie, co?

Są czasem starsi ludzie, którzy są młodzi duchem. Oni właśnie nie narzekają, mają tyle powodów do radości. Nawet jak ich nie mają.



Dzieci w kościele na wagę złota

zdjecie-5

Dzieci rozrabiają w kościele- to fakt.

Jednak są tam na wagę złota. Bo jak już się modlą, to szczerze i z wiarą.

A ich aniołowie nieustannie uwielbiają w wielkiej bliskości Boga.

Dlatego papież Franciszek wstawia się tak pięknie za każdym płaczącym dzieckiem, o czym tu pisałam.

Z drugiej- mojej rodzicielskiej strony.

Dzieci tak szybko rosną.

Jako maluchy (wiek poniemowlęcy 12-36 miesięcy) i przedszkolaki, (od biedy jeszcze młodszy szkolny) chętnie słuchają rodziców, chłoną ich słowa jak gąbka. A później pod górkę.

Trzeba zdążyć nauczyć, podzielić się tym co ważne póki nie kontestują. Póki to, co podane z życzliwą miłością przyjmują radośnie. Póki przyjmują uwagi do serca.

Dzieci tak bardzo potrzebują usłyszeć więc w kontekście przychodzenia do Kościoła:

  • Jak bardzo Pan Bóg na nich tu czeka;
  • Jak wiele mogą wymodlić, jak uważnie każdej ich modlitwy wysłuchuje Zbawiciel;
  • Jak wielki cud dzieje się w czasie Eucharystii;
  • Potrzebują to poczuć, jak wielki majestat i cześć należy się Bogu.

I to wszystko w atmosferze wielkiego spokoju i akceptacji.

No i z całą pewnością trzeba się wyrobić przed wiekiem buntu i kontestacji.

Przed Mszą trzeba i warto modlić się z dzieckiem i za dziecko.

Ja bardzo słaba jestem w dopilnowywaniu moich dzieci na Mszy, więc „zatrudniam” ich Aniołów Stróżów i przypominam im o ich obowiązkach względem moich dzieci.

Efekt jest, nie powiem. Oni się na tym znają, bo mają bliskie układy z Górą.

A jak i to nie pomoże, to wszystkich Świętych jeszcze trzeba zatrudnić. W kupie siła.

A jak to nie pomoże, to znaczy, że sama bardzo przeszkadzam naszym dzieciom w uważnym (jak na ich wiek) uczestnictwie we Mszy Świętej.

No i trzeba się nawrócić.

I jeszcze odnowić znajomość z własnym Aniołem Stróżem.

I własną znajomość ze świętymi, choćby kruchą.

O tym, że czasem trzeba zostawić dziecko w domu, dać sobie czas na skupienie: druga strona medalu.

zdjecie-31



„Smaczny jak pokrzywy”

„Smaczny jak pokrzywy!”- zaanonsował najmłodszy drapichrust z nieukrywanym entuzjazmem wypijając w oka mgnieniu dzisiejszy eksperyment swojej mamy.

zdjęcie(12)

A zaczęło się tak niewinnie od ściągniętych z netu wielce skomplikowanych i złożonych koktajli:

Bagienny i pokrzywowy- pochłaniane bez odmowy

Ponieważ zaniemogły mi ostatnio dzieciaki, szukałam więcej sposobów, by je wzmocnić.

Najpierw więc wynalazłam sok jabłkow0-pokrzywowy (na powyższym zdjęciu).

Wystarczy sok jabłkowy (ze świeżo wyciśniętych owoców lub wersja na łatwiznę- ze sklepu) zmiksować z listkami pokrzywy i witaminą C (lewoskrętną- a jakże!).

Pokrzywa jest ziółkiem mocno się brudzącym i żylastym. Stąd wynikają 2 sprawy: myć ją trzeba co najmniej 2-3 razy. Po zmiksowaniu z sokiem, jak się jest leniwym i się wrzucało listki z nieoberwanymi łodyżkami, to trzeba sok przecedzić przez sitko (jak na załączonym obrazku).

„Mi dolej! Mi!”- jak się już zrobi i da do skosztowania, to się można napawać takimi oto okrzykami. Co bardziej wybredne nastolatki udają, że im nie smakuje: „Taki tam jabłkowo-trawny smak!”

Pokrzywowy kunszt w dniu dzisiejszym rozwijałam więc dalej.

I oto mój smaczny pomysł:

3-4 bardzo dojrzałe banany

1 szklanka czerwonej porzeczki

1 szklanka listków pokrzyw (bez łodyg tym razem!)

1 szklanka wody

Po zmiksowaniu wyszedł intrygujący różowo-zielony kolorek, a z gardzieli młodych latorośli westchnienia: „Dokładkę! Mi! Dolej!”

Pokrzywy chodzą za mną, bo one najlepiej wychodzą mi w ogródku 🙂 Chodzą, parzą i pouczają o wychowaniu dzieci.

Bo jak się je wyrywa i idzie lekko, to znaczy, że do kitu. Okazuje się wtedy, że w ziemi został cały korzeń- żółte żylaste bydlę – kłącze czyli coś co się z łatwością rozrasta. Natomiast jak się pokrzywę wyrywa i człowiek się namęczy, namocuje, uff, sięgnie głębiej, to efekt jest wybitnie antypokrzywowy. Żeby natomiast wyhodować całe łany pokrzywy, można je np. kosić- pozostawione w ziemi kłącza skorzystają z okazji i rozrosną się wspaniale i bujnie.

Mam przeczucie, że podobnie jest z wychowaniem dzieci. Jak nam tak za łatwo idzie i obrastamy w piórka, to zazwyczaj coś nie tak, gdzieś tam hodujemy wielkie błędy, wielkie wady. Obserwować można czasem rodziców, ile się namęczą, natrudzą z wychowaniem jakiegoś dziecka, a potem wspaniały człowiek wyrasta.

Czytałam pewien czas temu na blogu artykuł pewnej mamy o tym, że >wraz z narodzinami dziecka, rodzi się strach<. Że matka o to dziecko niemożebnie zaczyna się martwić chcąc nie chcąc. Czy będzie zdrowe, czy dobrze wychowane, czy będzie się chciało uczyć, czy nic mu się nie stanie… Powody do strachów, niepokojów, obaw, lęków matki potrafią mnożyć zadziwiająco.

Skąd ja to znam? Sama też potrafię.

Ale po przeczytaniu tego wpisu, poczułam bunt: tak się nie da żyć. To nie życie- to stawanie się martwym (czyli z-martwienie).

Z każdym dzieckiem rodzi się nadzieja. Na szczęście nadzieja. Że jest sens się trudzić dla tego człowieka. „A nadzieja zawieść nie może, albowiem miłość Boża rozlana jest w sercach ludzi”.

I tak nawet mała pokrzywka okazuje się nie taka znowu beznadziejna.



O karaniu dzieci- zwyczajnie

Niech sobie papież Franciszek pogada- ja odpocznę ;P

Chętnie jeszcze bym sobie jakąś dobrą duszę „pożyczyła” do wprowadzenia tego w czyn 🙂



Karmienie piersią i ojciec

Czasem matki narzekają, że ojciec ich dziecka, mąż zamiast wspierać w karmieniu piersią, to je dołuje, namawia do odstawienia, ma zły stosunek do tej mlecznej więzi.

Różni bywają tatusiowie.

Jednak najczęściej uczą się oni, czym jest karmienie piersią właśnie od swoich żon. Facet jest prosty. Jak żona mówi mu, co jest nie tak, to on szuka rozwiązań, co zrobić, by stało się w porządku.

Powstaje zamieszanie.

Żona skarży się na trud wynikły z karmienia piersią, ale nie po to, by jej doradzano, odradzano kontynuację, by coś tu rozwiązywać. Bo to matka zna się na karmieniu piersią. Ona potrzebuje przytulenia, wyżalenia się. A mężowi się wydaje, że ona potrzebuje rozwiązania tego problemu.

Jesteśmy więc w jakiś sposób odpowiedzialne za to, na ile ojciec zrozumie to naturalne karmienie. Czasami w naszym własnym interesie jest wyżalenie się osobie na zewnątrz, innej karmiącej mamie. Ojciec bowiem czasem nie jest w stanie unieść naszych uczuć bez „rozwiązywania tego problemu”.

Jeśli chcemy być wspierane w karmieniu piersią przez własnego męża, warto mówić mu pozytywnie o tej mlecznej więzi. Mądry ojciec widząc w niej wartość, myśląc o niej pozytywnie, będzie wspierać matkę w ciągu dalszym tej relacji. Jeśli będzie widział w tym problem, kłopot, trudność życiową, będzie go „rozwiązywał”. A mężczyźni potrafią być skuteczni, gdy tego chcą.

Jeśli my matki same będziemy podważać, kontestować naszą część relacji z dziećmi, jej mleczne początki, to któż je doceni?



Miłość nigdy nie ustaje

Blaski i cienie- idąc do światła

Blaski i cienie- idąc do światła

Oglądałyście filmy o żołnierzach niezłomnych- wyklętych przez PRL, wywiady z tymi nielicznymi jeszcze żyjącymi?

Jeden z nich zrobił na mnie wielkie wrażenie.

Były żołnierz walczący w partyzantce antykomunistycznej opowiadał o torturach, których potem poddawano go po uwięzieniu. W pewnym momencie nie mogąc już ich znieść krzyknął: „Panie wybacz im, bo nie wiedzą co robią!”

Taka Jezusowa modlitwa wyrwała mu się z piersi.

I niezwykły jej efekt.

Oprawcy odskoczyli gwałtownie od swojej ofiary i zaprzestali dalszych tortur.

 

Ile razy własne dzieci dają w kość!

Zazwyczaj rodzic sobie z tym radzi. Ale przychodzi prędzej czy później taki moment, gdy wołamy (w środku lub na zewnątrz): Nie daję już rady!

I to jest dobry moment, by zacząć się uczyć tej modlitwy: „Panie, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią”. A dzieci rzeczywiście nie wiedzą, co czynią. Tej świadomości własnych uczynków dopiero się uczą: co one znaczą dla innych?

Miłość to wybaczanie. Nie rezygnowanie z drugiej osoby.



Miód i łyżka dziegciu

Więcej pszczół się zleci do łyżki miodu niż do beczki dziegciu.

Tak mówi przysłowie.

Miód w kontekście wychowania można interpretować jako nagradzanie.

Beczkę dziegciu- można potraktować jako dużo kar, negatywów.

Zasada jest taka- jesteśmy stworzeni w 6 dniu stworzenia, kiedy były stworzone zwierzęta. Nasze ciało więc działa na tych samych zasadach, co u zwierząt.

W wychowaniu więc tak jak w tresurze zwierząt sprawdza się w pierwszym rzędzie:

  • dobry przykład– naśladownictwo to jest to, co dzieci zwykle robią prędzej czy później;
  • zestaw nagród i kar czyli motywowanie.

Nie da się jednak przejąć zestawu nagród od sąsiadów, babki, praciotki, bo każde dziecko jest inne. I to, co dla jednego jest karą, dla innego może być nagrodą. Dla jednego nagrodą może być strzelanie z fuzyjki, dla innego to samo może być karą.

Artykuł o takim jednym, który przy pomocy strzelania z fuzyjki został nauczony czytania i pisania.

Im młodsze, słabsze intelektualnie dziecko- tym więcej nagród potrzebuje, i tym częściej.

Czasem nawet wychowanie przez wychowanka książką ma sens 🙂