Zatrzymywanie i popychanie rwącej rzeki

Wrażenie zrobił na mnie pewien artykuł:

Rzeki nie trzeba pchać, płynie sama…

Profesor Fijałkowski (ale chyba nie tylko on) wypromował ideę porodu jako rzeczywistości porównywalnej z wysiłkiem maratońskim, z wchodzeniem pod górę. Jednak kobiety, które doświadczyły naturalnego porodu (rzadko jest to możliwe w rzeczywistości szpitalnej) często kwestionują tego typu porównanie.

Pewna mama opowiadała mi o swoich porodach, które odbyła po lekturze książek profesora Fijałkowskiego (które generalnie bardzo sobie cenię). Otóż to, że była bardzo aktywna: chodziła, kucała, ruszała się na różny sposób w żaden sposób jej nie pomagało. Sprawiło natomiast, że nie miała sił na późniejszym etapie parcia. Ten scenariusz znam zresztą z niejednego porodu: mama tak bardzo jest aktywna w czasie fazy rozwierania szyjki macicy w czasie skurczów i między nimi, że traci potrzebne jej później siły do parcia.

Oglądając przebieg prawidłowych naturalnych porodów widać, że kobieta nie potrzebuje bardzo wiele ruchu w tej pierwszej fazie: delikatne kołysanie biodrami, rozluźnianie się, spokojne przykucanie od czasu do czasu są zazwyczaj wystarczające. Z moich doświadczeń wynika, że forsowanie się w czasie skurczów i między nimi nie przynosi dobrych efektów: niepotrzebnie wyczerpuje. Zamęczanie się chodzeniem po schodach, w ogóle chodzeniem, skakaniem i innymi czynnościami, na które mama rodząca nie ma ochoty najczęściej nic nie daje. Oczywiście oprócz nadmiernego przemęczenia.

Zwłaszcza ruch bez odpoczynku, bez wykorzystywania przerwy między skurczami na głęboki relaks może być niewskazany.

To może w czasie parcia należy jak najmocniej przeć stosując się do rad innych?

Otóż okazuje się, że aż do lat dwudziestych XX wieku kobiety w ogóle nie pouczano o tym: kiedy ma przeć, jak ma przeć, jak mocno, jak długo. A matki rodzące, mimo tego i tak wiedziały: jak, kiedy i w jaki sposób mają przeć i radziły sobie z tym świetnie.

Parcie bez skurczów partych i potrzeby parcia wypływającej z samej matki niesie ze sobą fatalne rezultaty: przemęczenie, ryzyko pęknięcia szyjki macicy, przedłużanie się porodu, negatywne skutki dla dziecka.

Również sytuacja odwrotna często bywa niekorzystna: niepozwalanie na parcie matce, która czuje taką potrzebę. To jak hamowanie rzeki, żeby nie płynęła w obranym przez siebie kierunku.

Niekiedy położna, która zna sztukę położnictwa może zachęcić podczas wyłaniania się główki dziecka do spokojnego spowolnienia parcia (np. przez dyszenie, zdmuchiwanie świeczek), żeby ochronić krocze rodzącej. Jednak to sama matka wybierająca pozycję pionową (stojącą, w kucki, siedzącą, klęczącą, w klęku podpartym) jest tu ekspertką od dobrego rodzenia. Dobra położna ochrania to dobro, którym posługuje się rodząca.

Czasami gdy dziecko jest bardzo duże cenne mogą się okazać jej zachęty do zmiany pozycji, gdy parcie idzie bardzo powoli.

Zastanawiam się jednak, czy personel medyczny nie boi się zbytnio tego parcia. Zazwyczaj tak przynagla do niego, tak pośpiesza matkę, jak gdyby poród był wyścigiem, a nie czynnością fizjologiczną, która ma właściwe sobie tempo, siłę, czas.

Z pewnych badań wynika, że samo parcie nie stwarza żadnego dodatkowego zagrożenia dla życia i zdrowia dziecka. Wyjątkiem jest sytuacja, gdy matka zatrzymuje oddech. Skuteczny wysiłek matki to również potrzeba skutecznego oddychania. Okazuje się więc, że wstrzymywanie oddechu, bezdech są niekorzystne i na tym etapie porodu. Najprostsze i najbardziej naturalne jest parcie połączone z oddychaniem, zwłaszcza wydechem.

Zaufanie i cierpliwość to przepis na dobry naturalny poród, z którego matka uczy się siebie, rodzenia i współpracującego z nią skutecznie dziecka.

Poród to akt miłości. Nawet gdy nie wyjdzie on po naszej myśli- zawsze może pozostać aktem miłości z naszej strony. Postawa naszego serca jest decydująca.


Jedna odpowiedź do wpisu “Zatrzymywanie i popychanie rwącej rzeki”

  1. Jacqueline napisał(a):

    W niektf3rych szpitalach zgoda na nacięcie jest poysnpdwaia przy przyjęciu i można wtedy odmf3wić podpisania. W większości szpitali jednak nikt nie pyta o zgodę i zdarza się nawet nacinanie bez uprzedzenia. Napisanie takiego oświadczenia, o jakim mf3wisz, jest moim zdaniem bardzo słuszne, ale w szpitalach jest niestety bardzo źle odbierane (odbiera się to jako podważanie kompetencji, wymądrzanie, niezdyscyplinowanie). W wielu krajach Europy standardem opieki położniczej jest pisanie w ostatnich tygodniach ciąży tzw. planu porodu, ktf3rego ja jestem zwolenniczką i bardzo chciałabym, żeby w Polsce przyjął się ten zwyczaj. Dokument ten sporządzany jest w formie otwartego listu, zawierającego zapis życzeń i preferencji dotyczących porodu (np. właśnie nacięcia krocza). Nikt nie prf3buje w ten sposf3b związywać rąk położnym ani lekarzom, bo wiadomo, przebiegu porodu nie da się przewidzieć i mogą wystąpić niespodziewane komplikacje, zmuszające do odstąpienia od planu.Radzę więc poszukać szpitala, w ktf3rym na taką listę „życzeń”, a właściwie jednego „życzenia” nie będzie wrogich reakcji. Warto wypytać telefonicznie, czy możesz przynieść takie oświadczenie i zobaczyć jakie będą reakcje. Jeśli nie masz za bardzo możliwości wyboru szpitala, powinnaś oświadczenie to przedstawić położnej, ktf3ra będzie się tobą opiekowała w czasie porodu. Ważne jest, żeby to zrobić spokojnie, ale z przekonaniem. Oświadczenie też, moim zdaniem, powinno mieć raczej formę życzenia (życzyłabym sobie ), a nie zakazu (nie zgadzam się ). Myślę, że w ten sposf3b można więcej osiągnąć, będzie to lepiej odebrane.Życzę pięknego porodu, oczywiście bez nacięcia )

Zostaw odpowiedź