„Mama, weź się w garść!”

Karmienie piersią dla weteranki jaką jestem czasami wydaje się czymś tak oczywistym, korzystnym i działającym uspokajająco na mnie i na dziecko, że zaczynam się zachowywać, jakbym nie musiała za to dziękować, jakby to mi się należało, jakby cierpliwość miała być moją drugą naturą i dziwię się, gdy tak nie jest, gdy ona wyparowuje jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Brak wsparcia w karmieniu piersią (konkretnej pomocy czasem) i brak cierpliwości do niego, do siebie, do dziecka- to wydaje mi się dwa najważniejsze powody, dla których za mało matek karmi swoje dzieci naturalnie. 99% kobiet byłoby w stanie to robić, jeśli chodzi o to, w co natura je wyposażyła. Cóż kiedy brakuje wsparcia, wiedzy, cierpliwości. Brakuje rozumienia karmienia piersią jako elementu zdrowia, leczenia, rekonwalescencji. Nie brakuje natomiast na półkach puszek z mlekiem modyfikowanym, smoczków, butelek, nie brakuje osób, które je usłużnie podsunął.

Sąsiadka ze wsi nieopodal opowiedziała mi dziś o sytuacji, gdy matkę po porodzie chcą wypisać ze szpitala, zostawić natomiast jej nowonarodzone dzieciątko ze względu na podejrzenie infekcji. Właściwie nie powinno mnie to dziwić- wiem, że jest to powszechne postępowanie w szpitalach, byłam tego świadkiem. Jednak pomimo że jest to powszechne, zarazem jest niezmiernie szkodliwe pod każdym względem dla dziecka i jego matki. Gdy dziecko jest niemowlęciem, zwłaszcza będącym w całości bądź niemal w całości matkożercą, nie może i nie powinno być traktowane w oderwaniu od swojej mamy, tylko jako naczynia połączone. Monika więc w odsieczy cudownie poradziła, że po prostu nie można się w takiej sytuacji pozwolić wypisać bez dziecka. Należy stanąć na głowie, by do tego nie dopuścić.

Również z psychologicznego punktu widzenia dziecko do pół roku nie odróżnia siebie od swojej rodzicielki. Oddzielenie od mamy jest dla niego tragiczne. My mamy to czujemy całym sercem.

Rozkleiłam się trochę na początku ujawniając, że ledwo ciągnę z moim karmieniem piersią, jak to zwykle bywa w końcówce ciąży. Tym bardziej widzę, że to karmienie to taki dar tymczasowy, który należy przyjmować z wdzięcznością. Z wdzięcznością do Stwórcy, który coś takiego wymyślił.

Dla mnie ekspertami od laktacji są moje starsze dzieci wykarmione piersią. I jak mi się nie chce karmić mojego maciupka dwulatka (nie bez powodów), to oni nade mną pracują: „No mama, weź się w garść i nakarm go!”

Chyba najbardziej po stronie młodszego brata jest Tosia- najdłużej karmiona piersią z rodzeństwa, osóbka, która najczęściej jeździła ze mną na odsiecz laktacyjną do nowo upieczonych mam i ich dzieci. Przysłuchiwała się i przyglądała zawsze z ciekawością. Teraz z mądrością właściwą sześciolatkowi może mnie pouczać 🙂


komentarze 3 do wpisu “„Mama, weź się w garść!””

  1. Ewa napisał(a):

    Fajna ta Tośka 🙂

  2. admin napisał(a):

    Tak, zdarza jej się być fajną 😉

  3. Ewa napisał(a):

    „Tatuś mówi, że w naszym domu było całkiem spokojnie, zanim pojawiły się dzieci. Dopiero potem zrobił się taki harmider” – Astrid Lindgren „Dzieci z ulicy Awanturników”.

    Chyba warto mieć harmider 😉

Zostaw odpowiedź