Boimy się miłości

Po przeczytaniu artykułu „Nie bójmy się mieć dzieci”, w którym padło sformułowanie, że w dużej mierze nie mamy dzieci z powodu chęci wygody, zaczęłam się zastanawiać.

Jak to jest w rzeczywistości? Myślę, że bogactwo motywów jest o wiele większe niż wymieniona wygoda. Spotkałam ostatnio pewną mamę, która twierdziła, że ma idealne dzieci. No i rzeczywiście wydawały się sympatycznymi, dobrze wychowanymi dzieciakami. Tyle że rodzi się pytanie: jeśli ktoś ma taką rękę do dzieci, to dlaczego nie decyduje się na więcej dzieci? Może by się okazało, że jednak ani dzieci nie są idealne, ani sami jako rodzice nie jesteśmy tacy idealni? Takie moje gdybanie.

Wielodzietność obnaża nasze wady. Niedawno oglądałam fotoreportaż „Duża rodzina niebo przypomina”. I od razu zrodziła się myśl: chyba raczej czyściec. Nie da się na dłuższą metę udawać kogoś innego. Poznajemy siebie jako grzeszników, ale też mamy szansę kształtować świętych.


komentarze 4 do wpisu “Boimy się miłości”

  1. J&N napisał(a):

    Dla mnie to uproszczenie, spłycenie problemu, zawężenie patrzenia tylko do tego, co ludzie mówią o sobie. A wiadomo, że nie zawsze mówi się to, co naprawdę siedzi w głowie. Czasem kłamiemy świadomie, czasem po prostu musimy się nad zagadnieniem głęboko pochylić, żeby dociec rzeczywiste przyczyny. Ja się nie boję utraty komfortu, czy niższego statusu materialnego, bo tak szczerze powiedziawszy dziecko nas kosztowało do tej pory jakieś… 1000 zł może w sumie. Nie za wiele. Boję się kolejnych dzieci, bo Mąż siedzi w pracy całymi dniami. Bo mieszkamy daleko od rodziny. Bo zdarza się mi stracić cierpliwość. Bo jestem tylko człowiekiem i czasem uciekam przed swoim dzieckiem, które chce mnie blisko, tak blisko, że czasem mnie to przerasta. Ale… Mimo, że się boję, to chcę, chcemy. Skończymy się karmić i razem spać w jednym łóżku i będziemy liczyć na powtórkę 🙂

  2. admin napisał(a):

    Rzeczywiście sondaże to ogromne uproszczenie, ale czasem można z nich skorzystać. Po wierzchu, ale mogą dotknąć problemu.

  3. admin napisał(a):

    Zastanawia mnie jednak, czy pozostawianie tego wyboru w rękach dziecka jest dobrym pomysłem: jak skończy ssać, jak skończy z nami spać. Lęki to nie jest dobry doradca: za parę lat mąż może mieć inną pracę, cierpliwości możesz mieć więcej przy kolejnym dziecku, a kolejne dziecko garnie się też do rodzeństwa, a nie tylko do mamy. Takie moje gdybanie, ale Twoje lęki to też gdybanie. Najczęściej się wydarza wcale nie to, czego się boimy, tylko zupełnie co innego.
    Ja też kiedyś źle znosiłam, gdy mój mąż dużo czasu spędzał poza domem. Ale teraz radzę sobie z tym o wiele lepiej. Zauważyłam, że wiele kobiet tak dojrzewa. I nie to, żebym mniej kochała męża: kocham go więcej.

  4. J&N napisał(a):

    Dziękuję, że myślała Pani o tym, co napisałam. Muszę spojrzeć na sprawę większej ilości dzieci z innej strony. I na swoje lęki też, bo to prawda, że to moje gdybanie. Jakoś ostatnio mało we mnie ufności w jutro, jestem w tej kwestii bardzo spięta – jakąś taką mamy sytuację, że trudniej mi zaufać.

    Zdałam sobie sprawę, że to tak naprawdę nie brak fizycznej obecności męża mi doskwiera, a brak osób w ogóle. Zaczęłam działać w tym temacie, staram się wychodzić bardziej do ludzi. Ciężko na początku, ale chyba dobra droga. Dziecko było wymówką do wycofania się, do zamknięcia się w sobie, ciężki czas, ale potrzebne mi to chyba było. Zima nastała w moim życiu na blisko dwa lata. Teraz obie potrzebujemy od siebie odpocząć i nabrać dystansu. Mam nadzieję, że nie piszę zbyt osobiście. Że nie zostanę odebrana przez to negatywnie. Tak czy inaczej, pozdrawiam i dziękuję 🙂

Zostaw odpowiedź