Nie można zrozumieć dziecka…

Życie mnie ostatnio tak pochłonęło, że jego drobne reminiscencje w postaci pisania ledwie dochodziły do głosu i to niezbyt często. Sama potrzebując wsparcia innych wiele w ostatnim czasie, póki jeszcze tego nie „przetrawiłam”, nie potrafiłam się nim dzielić dalej. Tyle o mojej abstynencji blogowej.

Czasami każdemu z rodziców zdarza się dogadywać z dziećmi „pod górkę”, mieć trudniejszy okres w życiu, w pracy, w obowiązkach. Tak jakbyśmy zaczynali funkcjonować za jakąś zasłoną, oddzielającą nas od siebie.

I przychodzą do mnie słowa naszego ś.p. papieża Jana Pawła II: „Nie można zrozumieć człowieka bez Chrystusa”. Czyli nie można zrozumieć siebie samej bez Chrystusa, swojego męża bez Chrystusa. Nie można zrozumieć też swojego dziecka bez Chrystusa. W tych „łatwych” okresach naszego życia właściwe wydaje nam się, że sami sobie świetnie radzimy, że Szefa przez duże S nie potrzebujemy, że wystarcza nam nasza mała stabilizacja, sprawdzone sposoby, metody wychowawcze. Ale każdemu człowiekowi w końcu prędzej czy później otwierają się oczy, że jesteśmy bardzo ograniczeni, nasze życie jest ograniczone, zdolności, możliwości, zdrowie itd.

Te trudne okresy są więc na wagę złota, bo pozwalają zdać sobie sprawę, że nie przeżyjemy naszego macierzyństwa w pełni nie zapraszając do niego Tego, od którego je otrzymałyśmy.

Dzisiaj proboszcz w kazaniu dla dzieci zwrócił im uwagę, pokazując kromkę chleba, że takie miękkie świeże i wrażliwe powinno być nasze serce jak ten chleb. Moja refleksja idąca za tym: też nasze serce rodzicielskie dla dzieci, które przychodzą do nas na chwilę i odchodzą…


Zostaw odpowiedź