Granice

Po niemal dwunastu latach macierzyństwa, tudzież ojcostwa zapisaliśmy się z mężem na Szkołę Rodziców i Wychowawców. Najwyższy czas się czegoś nauczyć! Po pierwszym spotkaniu byłam pewna, że podjęliśmy dobrą decyzję ze względu na ciekawe osoby, które dane mi było w ten sposób spotkać, poznać. Po drugim jednak nabrałam pewności, że i ze względu na zawartość treściową, ciekawe ćwiczenia coś uda mi się skorzystać.

Tematem spotkania były granice, jakie stawiamy innym ludziom, a więc także naszym dzieciom.

Przeczytana rano arcyciekawa relacja, która i podczas tychże warsztatów odbijała się echem w moim umyśle:

poród asertywny w szpitalu.

Niby podstawy psychologii, dobrego samopoczucia we własnej skórze: wystarczające granice własnej intymności, poszanowania siebie samego. Zauważenie, że i inni mają takie granice, które trzeba respektować. Spotkanej po raz pierwszy czy drugi osoby nie będziemy pytać o kolor noszonej bielizny czy zaglądać jej do torebki.

Ale w tych naszych i cudzych granicach czasami z niewiedzy, nieświadomości, lęku, przyzwyczajeń i wdrożonych zasad robimy wyłomy.  Na przykład jak w opisanej relacji z porodu. Czy ten sam doktor, który chciał bez pytania, wiedzy i zgody rodzącej zbadać ją ginekologicznie odważyłby się na takie zachowanie w innej sytuacji? Czy to zachowanie jednego z przedstawicieli służby zdrowia nie obrazuje pewnej patologii, która niestety dalej drąży zwłaszcza tą szpitalną działkę okołoporodową?

Może nie miałabym takich podejrzeń, gdyby nie to, że stale się stykam z podobnymi relacjami. Świeżutka i pachnąca tygodniowym noworodkiem sytuacja ze szpitala. Rodząca dotarła w trakcie porodu pół godziny przed jego zakończeniem do szpitala. Skurcze już miała co minutę i częściej, a więc temperatura przeżywania bliska wrzeniu. Położna natomiast jak to standardy medyczne nakazują uparła się założyć jej wenflon (czyli ostre urządzenie zakończone igłą służące m.in. do zatrzymywania akcji porodu fizjologicznego). Ponieważ matka rodząca wiedziała, że założenie jej wenflonu jest i w normalnej sytuacji bardzo trudne, nie zgodziła się na to. Położna jednak nie wzięła sobie tego do serca i od tej pory poród wyglądał jak zabawa w kotka i myszkę, gdzie położna zaczajała się na rodzącą i mimo wszystko usiłowała się wbić jej w żyłę, a rodząca usiłowała uciekać przed nią i nie dać sobie przeszkodzić w swobodnym poruszaniu, co przynosiło jej największą ulgę na tym etapie porodu. Kilkakrotne próby dobrego umieszczenie wenflonu spełzły na niczym.

W końcu pod wpływem perswazji i manipulacji lekarza matka urodziła w pozycji żuczka (czyli wbrew sile grawitacji utrudniając dziecku wyjście na świat oraz wbrew własnym przekonaniom). Wtedy położna wreszcie dopadła leżącą matkę tuż po narodzinach i wkłuła się jej z satysfakcją w żyłę. I w tym momencie zalała jej krwią pół pościeli. Nietrudno się domyślić, że w tym momencie poczucie dobrze spełnionego obowiązku nieco zblakło.

Kobiety oczytane, mające świadomość, czym jest i powinien być poród naturalny coraz częściej kwitują swoje porody odbywające się siłami natury w tych przybytkach medycznych zwanych szpitalami: „to byłby taki dobry poród, gdyby mi nie przeszkadzano, nie niepokojono, nie zawracano głowy w trakcie porodu ankietami długimi na kilka stron, gdyby mi pozwolono rodzić tak jak tego potrzebowałam, a nie jak lekarzowi wygodniej mnie podglądać”.

Może i nie byłoby tak częstego łamania naszych kobiecych granic, gdyby nie to, że chyba już od kołyski nierzadko jesteśmy uczone, by być grzecznymi dziewczynkami, miłymi, zgodnymi. Dzieciom przykleja się naklejki „dobry pacjent”. Dobry? Co to znaczy? Wpajamy często naszym milusińskim, że dobry to znaczy uległy, a to przecież nie do końca prawda. Dobry to też potrafiący zawalczyć o to dobro, o to, co ważne.

Tak wyuczone spokojnie i grzecznie więc znosimy i po porodzie uwagi tym razem dotyczące naszego karmienia piersią wygłoszone np. przez przechodnia. Albo bierzemy sobie do serca negatywne uwagi męża, teściowej, babci, koleżanki dotyczące karmienia tak jakbyśmy to my matki nie były specjalistkami od karmienia własnym mlekiem własnych pociech. I nie chodzi o to, by być głuchą na uwagi bliskich czy innych osób, ale mieć na tyle dobrze wykształcone poczucie własnej wartości, żeby wiedzieć, że jest to sytuacja, kiedy należy nam się wsparcie, a nie podkopywanie naszej samooceny, podważanie naszych kompetencji.

Również dobrze wytyczone granice zewnętrzne i wewnętrzne pozwalają nam się obronić przed natrętnymi uwagami kulturalnie i zdecydowanie:

  • Nie prosiłam pana/panią o konsultacje laktacyjne;
  • Przepraszam bardzo, ale czy ja pani/panu zaglądam w biust i komentuję? Nie zgadzam się na podobne uwagi.
  • Drogi mężu, skoro znasz się tak dobrze na karmieniu naszego dziecka piersią, to może mnie dzisiaj zastąpisz? Oczekuję od Ciebie wsparcia. Tak samo jak zamierzam sama z siebie Cię wspierać w roli ojca, tak potrzebuję, byś popierał mój sposób bycia mamą itd., itp.

Jeśli pozwalamy przekraczać innym nasze granice, to potem często odreagowujemy to wewnętrznym niepokojem. Warto więc zastanowić się, dlaczego ich nie mamy, bądź nie bronimy skutecznie. Czy sam sens karmienia gdzieś tam wewnętrznie podważamy, nie mamy pewności w tym, co robimy? Czy tego typu uwagi uderzają w nasze ogólnie zaniżone poczucie wartości? Czy mamy jeszcze inny powód dla którego nie troszczymy się o własną spójność wewnętrzną, dobre samopoczucie?

Tak się nad tym zastanawiam…


komentarzy 10 do wpisu “Granice”

  1. monika napisał(a):

    cudowny wpis Izo! tym tekstem otworzyłaś mi oczy na moj problem ze sluzba zdrowia. kiedys bylam u psychologa po kolejnym koszmarnym kontakcie ze szpitalem i poprosiłam, zeby nauczyla mnie odmawiac lekarzom i reszcie, zebym umiala walczyc z nimi o swoje dzieci… pisz więcej

  2. Katarzyna napisał(a):

    Sytuacja walki z lekarzami jest niezwykle trudna, bo wymaga głębokiego przekonania o swojej racji. A jak utrzymać to przekonanie, gdy ktoś, z pozycji eksperta, jasno daje kobiecie do zrozumienia, że działa o na na szkodę własną i swojego dziecka? Nie mówię, że się nie da ale to bardzo trudne i wymaga wzięcia na siebie pełnej odpowiedzialności za podejmowana decyzje i działania. A jako wziąć na siebie odpowiedzialność, gdy człowiek czuje się niekompetentny, a lekarz do poczucie niekompetencji (czy jakiekolwiek wątpliwości) niecnie wykorzystuje?

  3. admin napisał(a):

    Wiesz, wcale nie zachęcam do żadnej walki z lekarzami, z personelem wbrew pozorom. Wydaje mi się, że otwarta walka, stawianie lekarzy w pozycji „nieprzyjaciela” może obrócić się przeciwko rodzącej i jej dziecku.
    Wydaje mi się, że zdecydowanie więcej, lepszych efektów można osiągnąć nie przez przyjęcie negatywnej nieprzyjaznej postawy, a postawy pewnej siebie, zdecydowanej, a jednak życzliwej, z humorem.
    Jeśli swoje cele osiąga się z humorem, życzliwością, to jednocześnie wytrąca się broń z dłoni lekarzy „wiedzących lepiej”.
    Nie mówię, że to kobieta ma się wysilać na życzliwość, humor w trakcie porodu, bo to może być poza zasięgiem jej możliwości w ty czasie, ale że dużo zależy od towarzyszącej osoby-tu męża. Jednakowoż wymaga to dużej wiedzy męża, zgrania z żoną, poznania jej celów, życzeń.
    Pytasz, jak wziąć na siebie odpowiedzialność? Na pewno wymaga to dużej wiedzy, znajomości własnej psychiki, własnego ciała. Jeśli nie wysiliło się, by zapoznać się dogłębnie z tematem, nie dziwi brak możliwości wzięcia odpowiedzialności, łatwość zapędzenia w poczucie niekompetencji.

  4. admin napisał(a):

    Monika, Twój problem, jak go nazwałaś ze służbą zdrowia, zwłaszcza z odmawianiem jej, wydaje mi się bardzo powszechny. Dzięki za zachętę do pisania, bardzo mi się przyda.
    Wynika to z tego, że medycy działają i wypowiadają się z pozycji autorytetu, a jak wiadomo autorytet obdarza się zaufaniem, pozwala mu się na więcej niż innym osobom nie obdarzonym takim atrybutem. Także konfrontując się z lekarzem warto się zastanowić, ile autorytetu mu udzielam, w jakiej dziedzinie, czy ma moje zaufanie. Dla mnie np. autorytetem w również w dziedzinie porodu naturalnego był ś.p. prof. Fijałkowski. A znaczące gros pozostałych nie jest nimi, ponieważ poprzestają wyłącznie na szkoleniu się dotyczącym patologii. Ilu lekarzy jeździ na konferencje dotyczące naturalnych porodów, a ile położnych- wiecie? Nietrudno się domyślić. Lekarzy tam nie uświadczy, ci którzy się pojawiają są wyjątkami potwierdzającymi regułę.

  5. malucka napisał(a):

    Chętnie poczytałabym więcej o granicach. Wydaje mi się, że rodzicom brakuje świadomości swoich granic i przez to mają problem później z pokazaniem ich dziecku. A wiedząc, że mają to zrobić tworzą sztuczne 🙁
    Do tej pory mam w pamięci tekst położnej, że zabiję dziecko (gdy chciałam przyjąć pozycję kolankową). Gdyby nie moje przerażenie pewnie zabiłabym ją… śmiechem. Ale bałam się za bardzo i mimo, że wiedziałam, że robię dobrze nie potrafiłam się postawić do końca.

  6. admin napisał(a):

    W sytuacji porodu jesteśmy wyjątkowo bezbronne, stąd takie teksty „zabijesz dziecko” są czystą manipulacją przed którą rzeczywiście bardzo trudno się bronić. Tego straszenia w wykonaniu lekarzy, położnych z pozycji „mądrzejszych” jest dziwnie dużo. Uodparnia na nią na pewno w pewnej mierze wiedza, ale ona na pewno nie wystarczy.

  7. Ola napisał(a):

    Izo, Twój wpis zaistniał w dzień, kiedy miałam starcie z panią pediatrą w temacie suplementacji i mocno mnie podbudował. Ciekawe jest to, że stawianie granic spotyka się z dużą agresją ze strony służby zdrowia – niestety. I wcale nie trzeba być agresywnym, wystarczy po prostu mieć inne zdanie i dopytywać o powody takiej, a nie innej propozycji. Myślę, że ze strony lekarzy to, że jest dobry dostęp do informacji jest rzeczą bardzo trudną do przyjęcia.

  8. Katarzyna napisał(a):

    Izo, z mojej perspektywy, poważny problem stanowi fakt, że dla lekarza każde zachowanie pacjenta niezgodne z jego zaleceniem i oczekiwaniem jest jawną walką. Nawet jeśli pacjent zachowuje się nieagresywnie i z humorem, to rzadko trafia na lekarza, który chce go potraktować jak partnera. Dlatego piszę o „walce”. W naszej służbie zdrowia nie ma miejsca na partnerską relacją lekarz (personel)-pacjent – jest albo uległość (i wszyscy mają spokój) labo walka (i wtedy pacjent jest trudny i niepokorny, niezależnie czy zachowuje się agresywnie, czy asertywnie i z humorem).
    Wiem, że generalizuję i bywają wyjątki, jednak rzadkie na tyle, że pozwalam je sobie pominąć.

  9. admin napisał(a):

    Kasiu,
    niestety coś w tym jest, o czym piszesz. Ale jednak założenie z góry postawy wrogości, negatywnego nastawienia od razu nieprzyjaźnie nastawia personel.
    W Zosinej Szkole Rodzenia, w której czasem prowadzę część zajęć (ostatnie kilka spotkań- całość) jest zwyczaj, że przychodzą rodzice po porodzie i opowiadają: o porodzie, karmieniu, swoich rodzicielskich przemyśleniach. Od mniej więcej 7 lat mam więc doświadczenie słuchania tych wielce pouczających historii.
    Większość rodziców wybiera najprostszą sytuację zgody na wszystkie szpitalne rutynowe badania-podpisy-leki. Ci, którzy wybierają pójście własną drogą przyjmują różne postawy, m.in.:
    -od początku zaznaczenie, że jesteśmy na „nie”, że się nie zgadzamy, np. nie podpisanie karteluszka, że się na wszystko zgadzamy (wartość prawną przedstawia on zerową), z góry przedstawianie, że się nie zgadzamy na nacięcia, kładzenie- i tu postawa personelu jest często od początku jawnie wroga, bo jest to zerwanie z góry z szablonami szpitalnymi „koniecznie obowiązującymi”; jeśli sami z góry zakładamy, że mamy do czynienia z osobami nieżyczliwymi, wrogo się nastawiając, to trudno się spodziewać spotkania życzliwości; nasze emocje, postawy się udzielają;
    -przeprowadzanie swojej woli bez robienia wstępów, uprzedzania, założenia, że „ci lekarze tylko czyhają na mnie”- w ten sposób czasem udaje się coś osiągnąć spokojniej; co prawda też personel patrzy na Ciebie jak na ufoludka, ale niekiedy przynajmniej nie musowo długo znosić przykrej atmosfery niezrozumienia; nie spotkałam się z sytuacją, żeby np. kobietę na siłę kładziono na łóżku porodowym; ostatecznie to ona sama się kładzie (po perswazji, przy braku wsparcia męża); jeśli się nie kładzie i rodzi np. na stojąco, to personel narzeka, kwęka, ale ostatecznie przyjmuje i tak poród; ma wyjście? używać siły nie ma prawa, bo tak jak pisałam, ubezwłasnowolnione nie jesteśmy.
    Bardzo delikatny temat. Wiem, bo rodziłam też w szpitalu i wspomnienia wciąż żywe, choć to było 11 lat temu 🙂

  10. Katarzyna napisał(a):

    Izo, a ja znam przypadki przywiązywania rodzących do łóżka porodowego 🙁 Choć, jak sama wiesz, większości nie trzeba przywiązywać ani kłaść z pomocą siły fizycznej – zazwyczaj wystarczy umiejętnie postraszyć 😕
    A z tym nieuprzedzaniem o swoich zamiarach – generalnie, dobra myśl, tylko jak, na ten przykład, uniknąć nacięcia krocza w sposób inny, niż zastrzegając odpowiednio wcześnie, że nie chce się tego zabiegu? Można nie zdążyć uciec przed położną (lekarzem) z nożyczkami, gdy przyjdzie, co do czego ;-), ba, można w ferworze akcji porodowej wcale nie zauważyć, że nożyczki są już w gotowości… Niestety, polski personel nie zawsze uważa za stosowne informowanie o tym, co zamierza robić 😕
    Żeby nie było wątpliwości, też uważam, że kobiety powinny walczyć o swoje prawo do decydowania o sobie i swoich dzieciach. Tyle tylko, że napatrzywszy się trochę na praktyki szpitalne i przychodniane w naszym kraju wiem, że to wcale nie łatwe i że zazwyczaj oznacza to walkę a nie współpracę na zasadach partnerskich.
    Jeśli możemy wspierać mamy w ich dążeniu do samostanowienia w sytuacji ciąży, porodu, opieki nad dzieckiem czy dbałości o swoje zdrowie, to róbmy to, bo naprawdę warto!

Zostaw odpowiedź