Ubezwłasnowolnione czy świadome i podejmujące decyzję?

Przedłużam poprzedni wpis skoro znalazł oddźwięk, pisząc jego ciąg dalszy.

Poprzednio nadmieniłam już, że bycie kobietą, to, czego jesteśmy uczone jako dziewczynki poniekąd nas predysponuje, żeby te nasze granice uelastyczniać, naginać do potrzeb innych osób nawet za bardzo, tak żeby nie stracić m.in. pozytywnego image’u dobrej miłej dziewczynki i nie stać się jędzą na podobieństwo Baby Jagi, żeby nie stracić dobrych więzi z innymi ludźmi.

Myślałam o tym i myślałam… Wolno mi to szło co prawda z powodu moich ostatnich predyspozycji odmóżdżających, ale wywnioskowałam, że ma to jednak też swój sens. Takie właśnie cechy są bardzo przydatne przy wychowaniu małych dzieci szczególnie. Co by było gdybyśmy takie granice utrzymywały względem niemowlęcia? Czy pozwoliłoby to dobrze odczytywać jego potrzeby, karmić go według jego potrzeb, usypiać według jego kruchej fizjologii, a nie na rozkaz, nie wedle własnego widzi-mi-się? Dzieci rodzą się nie mając wokół siebie żadnych granic, a więc będąc szczególnie delikatne i wrażliwe na zranienia, bezbronne wobec innych, ale też wobec siebie samych. Stąd nasze naginanie się do nich, dyspozycyjność  jest dla nich dobroczynna. Są różne kobiety i różni mężczyźni.

Są różne związki. Znam takie pary małżeńskie, gdzie to ojciec jest bardziej matczyny: ma więcej wrażliwości, bardziej odczytuje bezsłowną mowę swojego dziecka, jest w swej cierpliwości bardziej oddany. Jednak najczęściej kobiety mają w sobie wiele tego „wychylenia” w stronę dziecka, otwartości, które wyrażają się w różny sposób, czasem zaskakujący dla nich samych.

Czyli zwalczać bezwzględnie tych cech nie ma sensu, bo są nam również bardzo potrzebne. Jednak jak widać jest ogromna potrzeba, by te cechy różnicować: bo o ile otwartość, dyspozycyjność względem własnego zwłaszcza maleńkiego dziecka jest bardzo potrzebna, o tyle w stosunku do przypadkowo spotkanego lekarza czy innej osoby mieć sensu już nie musi.

Stoi więc przed nami zadanie z jednej strony kształtowania własnej wrażliwości, opiekuńczości w stosunku do zaufanych osób, a z drugiej własnej wewnętrznej siły, pewności, odwagi, by wybierać to, co dla nas samych i dla naszych dzieci jest dobre, ważne, nie dając się zastraszyć autorytetom nawet tym groźnie patrzącym na nas z pozycji władzy np. szpitalnej, lekarskiej. Trzeba mieć tą siłę, by nie tylko świadomie zgodzić się lub sprzeciwiać zdaniu lekarza, ale by zacząć od zwykłego: „Dlaczego?” Stawiając to pytanie, wykorzystujemy prawo pacjenta do informacji o zdrowiu swoim i swoich dzieci, a zarazem równoważymy tą relację pacjent-lekarz. Lekarz mając obowiązek odpowiedzieć na nasze pytania dotyczące naszego zdrowia, badań, procedur medycznych, ich znaczenia, działania leków itp. musi się nam wytłumaczyć z sensowności swoich działań. My w ten sposób możemy dać sobie czas na przemyślenie sytuacji, skonfrontować to z własnymi przekonaniami, posiadanymi informacjami.

Właśnie bliska mi osoba poddała się serii bolesnych zastrzyków mających uśmierzyć jej ból. Niby zadziałało, ale dzięki temu dorobiła się interesującego skutku ubocznego: konieczności leczenia paskudnego zapalenia przyrannego. Brrr, nie opowiem Wam dokładnie, bo mnie ciary przechodzą jak sobie przypomnę.

A może dałoby się uniknąć tego typu typowo jatrogennych schorzeń, gdybyśmy się właśnie ośmieliły zadawać więcej pytań o możliwe skutki uboczne procedur leczniczych, badań, leków.

Z doświadczenia wiem, że choćby podczas rutynowego szczepienia dzieci lekarz ogranicza się do informacji o skutkach ubocznych „możliwa gorączka, możliwy obrzęk miejscowy” podczas gdy tychże w przypadku szczepień jest kilka stron (patrz: podręcznik „Wakcynologia”). Skąd więc taka oszczędność w informowaniu? Czy wynika ona wyłącznie z niechęci lekarza do wypowiadania się? Oczywiście, że nie! My też nie dopytujemy, poprzestajemy na małym, a więc zgadzamy się na bycie niedoinformowanymi, poinformowanymi w sposób niepełny, ograniczony bądź nawet rezygnujemy z jakichkolwiek informacji mając w zamian „święty spokój”.

O szczepionkach specjalnie nie zamierzam pisać, bo osobiście nie chcę zachęcać ani do szczepienia, ani do rezygnacji ze szczepień. Pisząc jednak o tym przykładzie łatwo zauważyć, że z wieloma badaniami, lekami jest podobnie.

Choćby KTG. Rutynowo podpinane do kardiotokografu rodzące matki muszą leżeć poprzypinane pasami najczęściej na plecach i przykute do łóżka na 20 minut, a czasem i cały poród, pomimo że często leżenie potęguje ich ból, a ponadto przyczynia się do niedotlenienia dziecka ze względu na ucisk naczyń krwionośnych doprowadzających tlen do dziecka. Ale czy pytamy dlaczego? „Żeby poznać pracę serca dziecka”- odpowie lekarz. „A przecież pracę serca można równie dobrze zbadać przy pomocy UDT-ki- przenośnego urządzenia, które nie wymaga leżenia, siedzenia. Po co więc ten uciążliwy kardiotokograf?” „W takim razie, żeby poznać częstotliwość i siłę skurczy macicy”- może argumentować lekarz. „Ale ja znam częstotliwość skurczy macicy, do tego potrzebny mi zegarek, a nie KTG!  A siłę skurczy czuję. Wystarczy mnie zapytać, a nie przywiązywać do łóżka!”

Z wieloma badaniami, procedurami jest podobnie. W szpitalach obowiązują procedury, standardy, ale zapomniana jest często sztuka położnicza, przedkładając nad nią wierność standardowej obowiązującej rutynie.

Katarzyna wpisując się do komentarzy stwierdziła, że zachęcam do walki z lekarzami. Jednak wcale nie taki jest mój cel. Jeśli to możliwe, to lepiej unikać walki, wrogości, nieprzyjaznych relacji. Personel medyczny to też ludzie z całym swoim bagażem zmęczenia, czasem wypalenia, a nierzadko mimo wszystko zachowujący wiele życzliwości, chęci pomocy. Stąd nie ma co z góry przekreślać tego typu pomocy, zwłaszcza że nie wiadomo, czy nie będzie nam rzeczywiście potrzebna.

Jednak swoje relacje z położną czy lekarzem lepiej opierać na relacji partnerstwa, a nie podległości. Dlaczego partnerstwa? Bo na czas porodu, ani jakiegoś leczenia nie stajemy się ubezwłasnowolnione, jeśli pozostajemy w kontakcie z własnym ciałem to pozostajemy ekspertkami co do własnej fizjologii czyli stanu zdrowia.

Typowa sytuacja podczas porodu. „Proszę się położyć do badania”- mówi lekarz. Często się jednak zdarza, że rodząca matka przeżywa wówczas skurcz. I jedna kobieta zaciśnie zęby i podda się grzecznie badaniu, pomimo że jest ono o wiele bardziej przykre w momencie skurczu, wszystko się w niej buntuje wobec tego. Ale inna kobieta przedstawi swoje stanowisko bez kompleksów: „Po skurczu. Teraz nie mogę się położyć, bo mam skurcz.” Lekarz dalej nalega na natychmiastowe badanie, ale kobieta rodząca jest nieustępliwa, choć przedstawia swoją decyzję przyjaźnie: „Za minutkę, bardzo proszę. Teraz nie mogę.”.

W szpitalu tak bardzo wchodzimy w rolę grzecznej pacjentki, że większość zaleceń przyjmujemy bezrefleksyjnie. A czy nie powinnyśmy być współdecydentami odnośnie własnego porodu, własnego dziecka? Rola „grzecznej pacjentki” w prosty sposób zdejmuje z nas odpowiedzialność. Potem powrót do domu bywa bolesny: bo się nagle okazuje, że niemal całkowita odpowiedzialność w rzeczywistości spoczywa na rodzicach i to oni i ich dzieci ponoszą skutki działań lekarzy, nawet jeśli w ogóle nie wnikali w ich sensowność, nie próbowali nawet o niej decydować. Taka zmiana bywa bardzo trudna, niepokojąca. Spotkałam się z relacjami matek, że były tym tak bardzo przytłoczone, że nie umiały sobie z tym radzić aż do popadania w stany depresyjne.

A czy nie byłoby sensowne od początku bardziej przejmować się rolą matki- osoby głęboko i aktywnie uczestniczącej w podejmowaniu decyzji dotyczących własnego dziecka niż być potem rzuconym na głęboką wodę? Oczywiście w różnych realiach może to być zadanie o różnym stopniu trudności. Są lekarze bardzo komunikatywni i chętni do współpracy z rodzicami, ale są i tacy, dla których są oni zawadą.

Tak więc nie zachęcam tu do żadnych walk na porodówce, ani na położnictwie, ale do zachowywania szacunku, wierności również dla siebie samej poprzez zachowanie wolnego wyboru, słuchanie przede wszystkim tego, co mówi nam własne dziecko, czego domaga się własne ciało, choć oczywiście może być to również we współpracy z personelem. Stając na porodówce nie stajemy się nagle ubezwłasnowolnione, niezdolne do decydowania o sobie- stąd narzucanie nam choćby pozycji do rodzenia jest przekroczeniem naszych praw. Warto o tym pamiętać idąc na porodówkę oraz o tym, że wiele położnych i położników zostało mistrzami w przełamywaniu naszych granic.


Jedna odpowiedź do wpisu “Ubezwłasnowolnione czy świadome i podejmujące decyzję?”

  1. Agnieszka napisał(a):

    Zgadzam się z Tobą w pełni. Będąc matką jest się w 100% odpowiedzialnm za swoje dziecko. Nie mozna tej odpowiedzialności oddawać w ręce lekarzy, nauczycieli, czy innych osób. Bo to my znamy najlepiej swoje dziecko, nawet to dopiero co urodzone, instynkt podpowiada nam co jest dla niego najlepsze.

Zostaw odpowiedź