Czy poświęcenie jest potrzebne?

Właściwie nie zamierzałam dziś pisać o poświęceniu. Wpadła jednak mi w ręce książka Marka Edelmana „I była miłość w getcie”.

Wpadła i wciągnęła. A są to słowa człowieka, który nie tylko przeżył getto, Powstanie w getcie i Powstanie Warszawskie, ale był ostatnim dowódcą Żydowskiej Organizacji Bojowej, starał się być autentyczny. Wiele by pisać, chcąc zaprezentować tę postać.

Prościej będzie podzielić się cytatem:

„Bo nienawiść jest dużo łatwiej wzbudzić, niż skłonić do miłości. Nienawiść jest łatwa. Miłość wymaga wysiłku i poświęcenia”.

W dziedzinie wychowania promowany jest teraz niestety zwłaszcza na łamach niektórych portali i niektórych gazet model typu: łatwo i przyjemnie, patrząc na doraźne korzyści.

Taki model prowadzi jak równia pochyła wyłącznie w dół człowieczeństwa. W rodzicielstwie potrzebne są i ból rodzenia, i nocne pobudki, i zmaganie się ze sobą, żeby nie walczyć z dzieckiem.

A więc trzeba walczyć ze sobą, ze swoim lenistwem, niechęcią, brakiem zrozumienia, ze swoimi wadami, żeby być po prostu wiarygodnym człowiekiem, a więc także rodzicem.

„(…) trzeba dziś znowu młodzież nauczyć, iż pierwszą i najważniejszą rzeczą jest życie, a potem dopiero jest wygoda.”

Ale czy dopiero młodzież? To o wiele za późno! Już bardzo malutkie dziecko można poprosić, żeby zrobiło coś, czego mu się nie chce ze względu na kogoś, kogo kocha: mamę, tatę, siostrzyczkę czy braciszka albo Pana Jezuska. I przede wszystkim dla Pana Jezusa. Wytłumaczyć, że zależy nam na tym albo komuś z rodziny, że Pan Bóg potrafi się cieszyć z usiłowań małego dziecka. Już niewielki rozmiarami człowiek może i powinien się wprawiać w przezwyciężaniu siebie, swojego „chcę” na tyle, na ile jest w stanie.

Oczywiście maluch powinien też odczuć, że to jego chcenie też jest ważne: dla mamy, taty, ponieważ on sam jest dla nich ważny itd. Ale równocześnie można pokazywać mu, że samo też może zrobić coś, co jest dla kogoś innego ważne, choć nie przynosi nam samym korzyści, przyjemności.

Ważniejsze jest życie niż wygoda- na te słowa przypomina mi się znajoma rodzina wielodzietna z 9 dzieci. Oni dla mnie są tego świadectwem. Ich głęboka miłość do tych dzieciaków procentująca w ich rozwoju.

Czytając te słowa niestety przypomniała mi się szkoła podstawowa, w której byłam na zakończeniu roku szkolnego moich dzieci. I słysząc, czym sycą dusze dzieci, utwierdziłam się w przekonaniu, że dobrze zrobiłam zabierając  stamtąd moje dzieciaki. Co takiego usłyszałam na akademii z okazji zakończenia roku? Niby nic takiego, znaną piosenkę: „Nic nie robić, nie mieć zmartwień, chłodne piwko w cieniu pić (…) nic nie robić, mieć nałogi, bumelować gdzie się da.”

Usłyszawszy to zastanowiłam się, czy ci pedagodzy myślą, komu taki przekaz przedstawiają? Piosenka jest w rzeczy samej humorystyczna i o tym ja wiem, ale 6-7-8 latki rozumieć tego nie muszą. Czy tym pedagogom się zdaje, że dzieci nie słuchają? Z mojej perspektywy widzę, że dzieci słuchają i to niesamowicie uważnie, zwłaszcza, jeśli zainteresuje je jakieś nowe słowo, coś odkrywczego. Co wezmą z takiego przekazu? Że nałogi mogą być fajne? Że leniuchowanie jest w porządku? Za taki przekaz wychowawczy ja dziękuję, nie chcę.

Oczywiście trud i poświęcenie zaczynają być pociągające, gdy nie zabraknie w tym wszystkim radości, ale to nie znaczy, że można z nich zrezygnować. One są po prostu nieodłączną częścią życia i prędzej czy później na nie natrafimy, jeśli będziemy chcieli iść dalej.

Nie wszyscy o tym wiedzą, ale w ogóle słowo „poświęcenie” jest bardzo pozytywnym słowem tak jak świętować, święcić. Bo poświęcić ma bardzo dużo wspólnego z uświęcić. Chociaż nam po ludzku trud, cierpienie, przezwyciężanie swoich wad może wydawać się bezsensowne, zbyt mozolne, to jednak Pan Bóg widzi lepiej. Bo on zawsze ma lepszą perspektywę.


Zostaw odpowiedź