Jesienniejemy…

Zaobserwowałam na swoim podwórku co najmniej dwa typy zjadaczy:

  • zjadacz konserwatywny– najchętniej zjadałby to, co znane już, typowe, ulubione; nie jest fanem eksperymentów kulinarnych; zjadacz konserwatywny trzyma się przepisów ściśle i metodycznie, uważając odstępstwa za dyshonor;
  • zjadacz entuzjastyczny: inwestuje swój czas, ew. nawet pieniądze, a na pewno pomysłowość w nowości kulinarne; skoro można do jakiegoś dania sypnąć płatki owsiane, to zawsze można spróbować, czy ziarna słonecznika również etc.; skoro można skosztować ośmiornicy, to czemu by się na to nie odważyć- zawsze to jakieś nowe inspirujące doświadczenie, bo można się zastanowić, czy macki są jadalne, czy inni członkowie rodziny też podzielą entuzjazm zjadania głowonoga; zjadacz entuzjastyczny niekoniecznie zjada wielkie ilości nowych bądź ulepszonych potraw, ale przystępuje do konsumpcji z wigorem i zainteresowaniem. Czasami tylko skubnie albo wypluje z odrazą, ale jeśli nie jest zniechęcany, zmuszany do prób, to inne „razy” również będą interesujące.

Wszystkie małe dzieci są zjadaczami entuzjastycznymi dopóki rodzice, dziadkowie, opiekunowie nie zniechęcą w ten lub inny sposób młodej osoby.

Sposobów zniechęcania do jedzenia jest bowiem ilość ogromna:

  • wkładanie jedzenia do buzi dziecka, wyręczanie go w obsłudze własnego talerza, łyżeczki; warto zwrócić uwagę, że już półroczna osoba chwyta we własne paluszki z zainteresowaniem jadło, obraca nim, wkłada je sobie do paszczy w celach poznawczych (niekoniecznie konsumpcyjnych); poznaje dzięki temu różną strukturę jedzenia, różne smaki, twardość-miękkość, różne właściwości produktów i może to być dla dziecka źródłem fascynacji; wyręczając malca we wkładaniu pożywienia do jego jamy ustnej robimy niedźwiedzią przysługę; to paluszki i usta dziecka mają się bowiem uczyć, co da się bezpiecznie zjeść, skosztować; to dziąsła, zęby, podniebienie i język muszą mieć wystarczającą ilość czasu na poznanie, ew. rozdrobnienie pokarmu do takiej formy, którą bezpiecznie można by połknąć; gdy dziecko samo podnosi kawałek jedzenia: najpierw je poznaje, a dopiero potem decyduje o zjedzeniu bądź niezjedzeniu i jest to bardzo ważne dla jego rozwoju; właściwie to nasza kultura jest w tym karmieniu wyjątkowo nielogiczna: najpierw karmimy dziecko, gdy ono jest tak bardzo chętne, by samo sobie transportować rączką jedzenie do paszczy aż do chwili, gdy nabywa ono przekonania, że karmienie go to rola i interes rodzica, nie zaś jego samego; potem zaś oduczamy dziecko tego procederu; roczny maluch zazwyczaj może też skutecznie korzystać z wynalazku zwanego łyżeczką, choć jest przy tym marnotrawny;
  • zabawianie podczas jedzenia; znam mamę, która nawet twierdziła, że musi z dzieckiem jeździć autobusem komunikacji miejskiej, bo wtedy dopiero udaje jej się solidnie załadować małą paszczę; jest to tzw. stawanie na głowie podczas konsumpcji pociechy: włączanie mu TV, czytanie bajek, śpiewanie; generalnie uczenie nieświadomego żywienia: bo coś tam jest transportowane do buzi, ale nie wiadomo co, bo umysł dziecka krąży wokół postaci z bajek, akcji filmu, interesującym pasażerom miejskiej komunikacji; tego typu karmienie uczy przede wszystkim podjadania, ale nie jedzenia; podjadania w trakcie oglądania, czytania, grania, ale nie uczy jedzenia podczas posiłku;
  • zmuszanie do jedzenia– już powyższy sposób jest zakamuflowanym sposobem zmuszania do jedzenia, ponieważ wykorzystuje się tu nieuwagę dziecka; zaczyna się jednak od mniejszych rzeczy: karmienie dziecka pomimo braku jego zainteresowania  jedzeniem, odwracania głowy, wypluwania; młoda osoba karmiona przez rodzica potrafi niekiedy wymiotować, żeby dobitniej pokazać swój stosunek do określonej potrawy; proszę mnie dobrze zrozumieć: wcale nie jestem miłośniczką karmienia dziecka wyłącznie serkami Danone tylko z tego powodu, że dziecko chce je wyłącznie zjadać; wręcz przeciwnie: podajemy urozmaicone pożywienie, wracamy do różnych smaków; młoda osoba niekiedy potrzebuje kilkunastu bądź więcej prób z danym smakiem, żeby go zaakceptowała;
  • nagradzanie za jedzenie– ten sposób skutecznie potrafi odebrać apetyt, ponieważ utrudnia dotarcie do zwykłej prawdy, że to samo jedzenie jest swoistym wzmocnieniem, czynnością życiową, która pomaga zachować życie i zdrowie; nagroda, np. zabawka lub cukierek skutecznie potrafi zaciemnić tę prawdę, przenosi bowiem akcent z samego jedzenia na nagrodę; jedzenie staje się więc przeszkodą bądź etapem, by coś wartościowego uzyskać; samo jakby w ten sposób traciło na wartości.

 

To, że pomimo tych powszechnie stosowanych metod zniechęcających do radosnej konsumpcji, dzieci dalej pozostają pospolitymi zjadaczami świadczy o sile instynktu samozachowawczego. Choć niewątpliwie pozostaje on mocno nadwątlony: wystarczy popatrzeć na te wszystkie dzieci spożywające kilka paczek chipsów dziennie, batoniki i czekoladowe rogaliki na drugie śniadanie, obiady i kolacje.

Mamy więc do wyboru co do jesiennego jedzenia:

-kolorowo, radośnie, rozmaicie;

-bądź jak staruszkowie: pod przymusem, zniechęceni, wybierając pokarmy skutecznie przybliżające jesień życia.

O żywieniu dzieci polecam „Bobas lubi wybór”- książka terapeutycznie działająca też na nasze myślenie, własne przeżycia związane z tą sferą.

No i jesienniejemy, bo ogarnia nas ta wyjątkowa pora roku swoim wrzeniem barw, temperaturą, niespodziankami przyrody. Wchodząc w tryb pośpiechu, zawożenia-odwożenia do szkół, przedszkoli można się po niej prześlizgnąć nie zauważywszy całego piękna, którym dzieli się z nami przyroda o tej porze roku. Dzieci nas tu uczą zatrzymania się i pochylenia nad jednym listkiem, który za to potrafi obdarzyć nas całą plejadą kolorów.


komentarze 2 do wpisu “Jesienniejemy…”

  1. Ewa napisał(a):

    Prawda Iza, świat jest piękny. Spacerując z psem czasem nie mogę wyjść z podziwu. Tak pięknie są pokolorowane drzewa. Dziś na niebie nie było ani jednej chmurki.
    A jak cudnie jest patrzeć nocą na rozgwieżdżone niebo i przypominać sobie słowa Kanta „Niebo gwiaździste nade mną…”

    A odnośnie jedzenia – czytałam kiedyś artykuł o dziwnych potrawach. Była tam też mowa o małych dzieciach. O tym, że tomy je uczymy norm żywieniowych, o tym, że niektóre potrawy są wstrętne. Jako przykład było podane niespełna dwuletnie dziecko, które podszedło do dziadka z dżdżownicą w buzi 😉

  2. Aga napisał(a):

    Oj Izuniu, jakże do tego (świadomego karmienia dziecka)trzeba dorosnąć, dziś już wiem, że maluch nie da się zagłodzić na śmierć, ale kiedyś dzień bez jedzenia był nie do pomyślenia. Życzę wszystkim cierpliwości i odwagi w codziennej konsumpcji.

Zostaw odpowiedź