Wielki brak

Przedwczoraj zaopatrzyłam mojego ośmiomiesięcznego młodzieńca w zapas witaminy D3- czyli dużo przebywania na słońcu. Łapiemy takie słoneczne dni jak radosne podarunki przed długą zimą.

Nam mamom też niejednokrotnie brakuje tej czy innej witaminy, jakiś mikroelementów. Zamartwiamy się i o dzieci, i o siebie. Że włosy nam wypadają (po 3-4 miesiącach od urodzenia zazwyczaj wypadają w większej ilości), że się odwapnimy, że zgrubiejemy, że schudniemy nadmiernie, że kształt piersi będzie zmieniony itd., itp. Lista jest o wiele dłuższa. No i mając na uwadze jakiś ideał zdrowia i urody psioczymy na to karmienie piersią, że czegoś nam samym może zabraknąć, że coś może nam popsuć ta laktacja.

Są też mamy inne. Np. afrykańskie, cierpiące suszę i głód, a karmiące z wdzięcznością swoje dzieci. Często nienajedzone, ale zadowolone, że mają czym karmić swoje dziecko. Same spragnione, ale noszące blisko przy piersi swoje dziecko, żeby chociaż ono mogło natychmiast zaspokajać swoje pragnienie.

My jesteśmy najedzone, a karmimy często tak jakbyśmy żałowały naszym dzieciom własnego pokarmu. One są głodne, więc lepiej rozumieją małe dzieci, czym jest głód. Są spragnione, więc zaspokajają pragnienie swoich dzieci, jak tylko mogą, nie czekając aż będą płakać z pragnienia. Wystarczy im, że zauważą jak dziecko szuka piersi, kręci głową, tuli się- śpieszą mu z pomocą. My najedzone, napite mamy często czekamy aż dziecko zacznie płakać, nerwowo szarpać nas za ubranie, żeby podać mu pierś.

Mój proboszcz opowiadał ciekawą historię jakiś czas temu.

Pewien młody człowiek wstąpił do zakonu. Przydzielili mu w nowicjacie zadanie palenia w piecu, musiał to robić przez długi czas. Był tym zajęciem zmęczony, znudzony i rozgoryczony: „Czy po to wstępowałem do zakonu, żeby palić w piecu? Przecież miałem się modlić, rozwijać jako zakonnik, a nie uczyć się na palacza!” Podzielił się tymi rozterkami z Karolem Wojtyłą, wówczas jeszcze biskupem, który wizytował jego klasztor i zapytał o radę.

Co usłyszał? „Rób, to co robisz dalej, ale wkładaj w to swoje serce.”

Często jesteśmy znużone naszą codziennością. Jednej mamie doskwiera najbardziej karmienie czy piersią czy butelką, zupką, innej przewijanie, innej starsze dzieci dają się we znaki. No i jednak często zaczyna nam brakować tej najważniejszej witaminy M jak miłość.

Dołożenie witaminy M do obowiązków rodzicielskich sprawia, że stają się mniej uciążliwe. Radość uskrzydla 🙂

Tyle że my jesteśmy grzesznikami i zawsze na jakimś etapie naszego życia tej witaminy M brakuje, choćbyśmy się nie wiem jak spinali, starali, wychodzili ze skóry. No i wtedy łatwiej zauważyć, że Bóg pokornie puka z pomocą. Stoi u naszych drzwi. Gotowy zaspokoić ten wielki brak naszego serca, wybaczyć  i wlać nową miłość, nie tak powierzchowną jak wcześniej graniczącą z egoizmem.


Zostaw odpowiedź