Lubię nosić me dziecię na plecach. Chusta wiązana tkana spełnia swoją rolę.
Siedzi sobie człowiek na plecach, widzi, co chce, czuje mamę, ma darmowy transport. Jak chce, to się wtuli i sobie zaśnie. Jak mu się znudzi, że jest noszony, zgłodnieje etc., to od razu umie pokazać, żeby go zdjąć.
Od czasu do czasu ktoś daje wyraz swojej litości nade mną i nad moim dzieckiem: jak to ciężko tak nosić! jak to dziecku niewygodnie/ciasno/zimno/ciepło (wstaw dowolny przysłówek)! No i nawet nauczyłam się już nie dziwić tymi uwagami zbytnio. Dlaczego? Bo ludzie patrzą przez pryzmat swojego doświadczenia: zazwyczaj wożenia dziecka w wózku, noszeniago na rękach.
A co się takiego dzieje, kiedy nosimy na rękach:
- rzeczywiście jest nam ciężko: wysiada prędzej czy później kręgosłup (czasem skutki czujemy dopiero po latach), boli kręgosłup, ręce;
- mamy zajęte ręce, niewiele możemy zrobić, nie możemy się zająć starszymi dziećmi, ciężko ugotować obiad, rozwiesić pranie mając dziecię w objęciach itd.;
- obniżają się narządy dna miednicy, skutki tego również mogą się pojawić dużo później, m.in. mimowolne popuszczanie moczu, wypadanie moczu; im więcej dzieci, im więcej noszenia na rękach, im większe predyspozycje ku tym przypadłościom, tym większe szanse na te „atrakcje”;
- noszenie dziecka kojarzy nam się jako utrudnienie codziennego funkcjonowania, przy każdej okazji staramy się odłożyć malucha, ulżyć sobie.
Te utrudnienia nie występują podczas noszenia w chuście, zwłaszcza na plecach: kręgosłup nie boli, można większość rzeczy w domu zrobić, narządy dna miednicy wracają po porodzie na swoje miejsce, zaprzyjaźniamy się z dzieckiem i z chustą jako pomocnym narzędziem. Dziecku oczywiście nie jest ani niewygodnie, ani za ciepło, ani zimno, bo ciało matki nie jest kanciaste i dostosowuje się do potrzeb noszonego dziecka tak jak dostosowywało się podczas noszenia go 9 miesięcy pod sercem (czyli nie zauważając tego: np. obniżając albo podwyższając swoją temperaturę tak, żeby to było korzystne dla dziecka).
Nosząc w chuście nie widzimy potrzeby, żeby ulżyć sobie, a więc dostrzegamy, że noszenie przynosi ulgę dziecku w różnych sytuacjach i służy zaspokojeniu jego potrzeb fizycznych, emocjonalnych, poznawczych.
Jedno z moich dzieci lubiło zasypiać z główką schowaną do chusty („Czy aby się nie udusi?”), a pod koniec spania zwieszać ją swobodnie do tyłu („Proszę pani, główka dziecku wisi!”).
Niedawno zaczepiła mnie nieznajoma siostra zakonna, kiedy najmłodsze dziecię spało sobie spokojnie wywiesiwszy głowę:
-Czy ta główka dziecku nie odpadnie?
-Nie, nie odpadnie. Dobrze przymocowana przez Stwórcę. – i posłałam siostrzyczce radosny uśmiech i dalej konwersowałyśmy.
Nauczyłam się nie przejmować zwisaniem głowy dziecka, gdyż:
-dzieci mnie nauczyły, że im się tak wygodnie śpi;
-specjalistki od noszenia: matki w Afryce, Azji, tam gdzie się nosi dzieci w chustach od pokoleń też się tym nie przejmują, pozwalają dzieciom na takie spanie, a dzieci tam mają kręgosłupy dobrze zbudowane po takich doświadczeniach.
Ludzie mają z tym jeszcze problem, gdy zarzucam człowieka na plecy. Jako objaw życzliwości i troski przyjmuję, gdy chcą mi wtedy pomagać. Jest z tym jednak problem, że nie ma tu w czym pomagać: dziecko jest bezpieczne, nic mu nie grozi, ja z kolei umiem wrzucić sobie człowieka na plecy do chusty. Czuję się więc niezręcznie: doceniam życzliwość, a muszę odmówić, bo ewentualna pomoc raczej mi przeszkadza niż pomaga (kiedy mnie stresuje czyjś badawczy wzrok, robię więcej „niedociągnięć” w motaniu się chustą).
Ogłaszam więc konkurs na ciętą ripostę: Co odpowiedzieć takiemu życzliwemu, żeby nie poczuł się urażony, że odmawiam? A zarazem, żeby zrozumiał, że się to robi samodzielnie (no, może poza sytuacją, kiedy się dopiero uczy- czyli kilka pierwszych razy) i pozostało po tym doświadczeniu dobre wspomnienie.