Archiwum kategorii ‘ogólne zamyślenia’


Dlaczego?

Józef Flawiusz, żydowski historyk napisał, że ukrzyżowanie było „najbardziej wstrętną ze śmierci”.

(…)

Jezus schodzi aż tak nisko. Po nas!

(za: „Gościem Niedzielnym”)



Do więzienia z nim!

Świętego ojca Pio teraz by wsadzili do więzienia, gdyby żył w Polsce. Oczywiście ci od poprawności politycznej.

Taką historię o tym świętym czytałam (z książki „Radość i uśmiech ojca Pio”). Otóż przyszedł do niego pewien ksiądz i wyznał, że ma problemy z codziennym odmawianiem brewiarza, zdarza mu się go opuszczać. Ojciec Pio zachował się wówczas okropnie: nie dość, że spoliczkował delikwenta, to jeszcze nakrzyczał „okradasz Kościół!”. O dziwo, ów ksiądz od tego czasu przestał już opuszczać swój brewiarz.

Pomyślałam sobie o tej historii w kontekście „mądrości” sądu, urzędników socjalnych odbierających dziecko rodzicom (Bajkowscy), dlatego że ci popierali i stosowali kary fizyczne i przyznali się do tego nieuczciwym terapeutom.

Nie to, żebym specjalnie popierała metody wkładania dzieciom do głowy przy pomocy paska, ale jednak… Jednak i rodzice, i ich dzieci są grzesznikami i nie raz robią rzeczy, których się później wstydzą, za które potrzebują potem się nawzajem przepraszać. Nie jest to powód do odbierania rodzicom dzieci. Zwłaszcza jeśli ci przychodzą po pomoc, szukają jej.

Niektórzy rodzice uważają, że należy stosować kary fizyczne, bo jest o tym napisane w Biblii, w Starym Testamencie. No cóż, jest też napisane o tym, że należy kamienować za niektóre grzechy. Jednak nasze dzieci potrzebują karcenia, choć niekoniecznie w postaci klapsów czy innych kar fizycznych. To jest meritum sprawy, że dzieci potrzebują korekty zachowania, bo rodzą się grzesznikami i są nimi. A Pan Bóg za wychowawców wybrał im właśnie również grzeszników- ich rodziców.

Niektórym paniom terapeutkom albo innym osobom prowadzącym kursy dotyczące efektywnego wychowania, terapie zdaje się, że zjadły wszystkie rozumy, że metoda Faber i Mazlish (bez karania, bez kar fizycznych itd), itp., załatwia wszystkie sprawy, jest idealna dla wszystkich i zawsze. Jestem tu pewną kontestatorką. Od początku uważałam, że owszem jest to metoda przydatna. Jednak życie jest ciekawsze, nie wszystkim ludziom da się zmienić wszystkie przyzwyczajenia, rodzinne uwarunkowania- i wcale to nie musiałoby być najlepsze. Owszem warto sobie pomóc w wychowaniu, ale czasem nawet zdawałoby się zupełnie kiepskie metody okazują się o wiele lepsze od tych „idealnych”.

W sytuacji wymienionej na początku- współczesny terapeuta nauczałby ojca Pio, że powinien użalić się nad biednym kapłanem: „Ach tak, to naprawdę sprawia Ci trudność. Ten brewiarz to dla ciebie rzeczywiście problem. To budzi twoje poczucie winy i smutek”. Na szczęście ojciec Pio okazał się ojcem dla tego kapłana i otrzeźwił go, zajął się nim po ojcowsku dając terapię wstrząsową. Zdaje się, że wbrew poprawności politycznej niekiedy i dzieciom potrzebna jest dawka wstrząsowa jakiejś nauki póki nie jest za późno.

Nigdy bym nikogo nie zachęcała do dawania klapsów, ani policzkowania nikogo. Jednak dostrzegam, że ze względu na to, że jesteśmy tylko słabymi ludźmi, nie jesteśmy idealni, jesteśmy czasem bezradni, bezsilni, nieracjonalni również jako rodzice- takie zachowanie zdarzają się nawet wspaniałym rodzicom.

Rozmawiałam na ten temat z pewną mamą dorosłej już gromadki młodych ludzi- oświadczyła mi, że jej w obecnych czasach powinni zabrać wszystkie dzieci. Wydaje mi się, że promuje się współcześnie pewien mit idealnego rodzica i idealnego dziecka podczas gdy nie ma ani jednego ani drugiego na tej ziemi. Nawet po przejściu wszystkich możliwych szkoleń na teat wychowania. Ale mimo wszystkich swych grzechów Pan Bóg wybrał właśnie tych rodziców dla tych dzieci. Konieczna jest modlitwa o Ducha Świętego- wtedy Pan Bóg jest w stanie nami kierować ku lepszemu, ku lepszym metodom, ale niekiedy wykorzystuje nawet te nasze błędy, porażki rodzicielskie ku pożytkowi dzieci. A niekiedy te nasze „błędy” wcale nie bywają błędami, jak z zewnątrz by się wydawało.

Odbieranie rodzicom dzieci powinno być ostatecznością. Nawet dzieci w domach dziecka pochodzące ze zdeprawowanych, alkoholowych, patologicznych rodzin, gdzie istnieje zagrożenie ich zdrowia i życia bardzo często uciekają właśnie z powrotem do tych rodziców. Nauczone życiem spodziewają się znaleźć tam więcej uczucia niż w instytucji domu dziecka. Niestety w sytuacjach zagrożenia zdrowia i życia dziecka taka decyzja bywa uzasadniona i sensowna. Oczywiście urzędnikom socjalnym trudniej wybrać się do takich rodzin, bo jest ryzyko otrzymania butelką w głowę.

Zrównywać zwyczajnych rodziców, „którym nie wychodzi” z taką patologią to zaczyna być rodem z horroru. Nie zachwalam metody klapsa, ale też nie potępiam rodziców stosujących ją. Będąc z zewnątrz o wiele łatwiej jest osądzić. Będąc w skórze drugiego człowieka mogłoby się okazać, że nie umielibyśmy sobie w ogóle poradzić z tymi dziećmi.



Projekcja filmu „Uwolnić poród” w Lublinie- zapraszam!

IFMSA czyli Międzynarodowe Stowarzyszenie Studentów Medycyny i Fundacja Rodzić po Ludzku organizują projekcję filmu „Uwolnić poród” 9 kwietnia o godzinie 19.00 w SPSK4 na ul. Jaczewskiego 8 w sali kinowej na 5 piętrze. Wstęp wolny, po wyświetleniu filmu przewidziana jest dyskusja. Zostałam zaproszona do dyskusji, zamierzam się więc stawić, ponownie obejrzeć film i rozmawiać 🙂

Dla mnie zdumiewającą rzeczą jest, że akurat takiego dnia jest to przewidziane. W dzień takiej drugiej rocznicy, która cudownie pasuje do takiego filmu 🙂

Zachęcam do obejrzenia filmu, do podyskutowania. Ciekawe, jakie będą pytania w takim miejscu jak szpital na Jaczewskiego. Mi się osobiście ono kojarzy bardziej z trybem więziennym niż szpitalem. Chociaż niektórzy tak lubią- dopiero co rozmawiałam z mamą, która sobie bardzo chwaliła to, że nie ma odwiedzin na salach w tym szpitalu (jest tylko jedna sala widzeń- dla wszystkich położnic).



Wolność w przeżywniu rodzicielstwa

Czasem się spotykam z takim stwierdzeniem: „Odstawiłam od piersi- wreszcie czuję się wolna”.

Gdzie jest nasza wolność? Czy w niezależności od dziecka? W tym, że nie musimy mu służyć sobą, swoją obecnością? Jaki to rodzaj wolności?

To może najbardziej wolni są ci rodzice, którzy najszybciej się pozbędą dzieci z domu i nie decydują się w żaden sposób im pomagać? A jeszcze bardziej wolne osoby samotne- nie mające dzieci?

Jakie to puste i płytkie pojmowanie wolności: otrząsanie się z drugiego człowieka-dziecka jak z uciążliwego balastu.

Można być wolnym i czuć się wolnym karmiąc piersią- bo dziecko nie jest balastem, kimś, kogo należy się pozbyć możliwie szybko, ale darem miłości. Karmienie piersią jest takim naturalnym darem- przydatnym na pewnym etapie rodzicielstwa. Otrząsanie się z tego daru karmienia piersią z niecierpliwością i bezrefleksyjnie bywa nierozsądne.

Niekiedy mamy karmiące dzieci powyżej roku skarżą się, że nie mogą nigdzie wyjść bez dziecka- bo ono płacze bez piersi. Myślę, że tu problem nie leży w karmieniu piersią, ale w czymś innym, ponieważ takie dziecko zazwyczaj jada już inne jedzenie, potrafi się z innymi dorosłymi bawić, wytworzyć więź.

Częściej problem leży:

  • w nieumiejętności zaufania osobom, z którymi zostaje dziecko;
  • w braku pokornego spojrzenia, że z nami matkami dziecko również płacze i to nierzadko- jest w końcu dzieckiem;
  • w tym, że za mało dbamy, by nasze dziecko miało też dobrą, bezpieczną relację z innymi osobami; to też wymaga naszego zaufania im;
  • w nas samych- niekoniecznie i nie zawsze w dziecku.

Gdzie leży nasza wolność? W tym, że umiemy wybrać dobro, choć ono niekiedy kosztuje wiele trudu. Dobro nie zniewala, ono uwalnia, uzdalnia do dawania, przyjmowania, czerpania radości z daru.

Taką prawdziwą  wolność daje Chrystus- wolność dziecka Bożego.

Mentalność- „nie muszę robić tego i tego, i wtedy jestem wolny”, „nie karmię piersią- więc jestem wolna, nie pomagam swojemu dziecku, więc jestem wolna”- to mentalność niewolnika. W tym wypadku rodzica-niewolnika, który jest tak zniewolony, że aż mu się nic nie chce, jak nie musi. Taki rodzic-niewolnik tylko czeka na oswobodzenie, kiedy wreszcie „nie będzie musiał” czegoś robić.

Matka w wolności wychowująca swoje dziecko- chce być matką, ciesząc się przemijającymi chwilami tej roli. Daje sobie ten czas i spokój, żeby obserwować jak dziecko dojrzewa, co mu jest potrzebne w tym  rozwoju, a z czego już wyrosło.

Szukam więc wyzwolenia w Ranach Chrystusa- i je znajduję. Poszukajcie i Wy 🙂



Jestem prochem i w proch się obrócę- pokrzepiające

Mam takie wrażenie, że obecnie rzadko można usłyszeć na rozpoczęcie Wielkiego Postu podczas obrzędu posypywania głów popiołem: „Prochem jesteś i w proch się obrócisz”. Grzeczniejszą, mniej kontrowersyjną formułką jest „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”.

Dlaczego nie przypominają nam o tym, że jesteśmy prochem, słabością, że rozsypujemy się, bo taki nasz los?

Dla chrześcijanina ta prawda z pozoru mroczna i smutna jest w gruncie rzeczy optymistyczna: skoro Pan Jezus za taki proch oddał życie- to jak wielka jest Jego miłość! Skoro jestem prochem w Bożych rękach, to cóż może mi jeszcze zagrozić, już nic gorszego mnie spotkać nie może!

Pamiętam sytuację w moim życiu, gdy dusiłam się i w głowie zaczynało mi kołatać: „uduszę się czy się nie uduszę?” i „ratuj, Panie Jezu”. To był krótki epizod, ale dodał mi odwagi w życiu: „Skoro Pan Bóg podtrzymuje mnie przy życiu, to znaczy, że ma dla mnie jakiś plan, że wystarczy, że będę się go trzymać, a nie muszę się niczego bać”.

W ręku Bożym warto być nawet prochem, dać się skruszyć, rozsypać- bo On mnie wskrzesi w Dniu Ostatecznym.

I skoro taki proch robi różne rzeczy:  wykonuje różne prace, spotyka się z ludźmi, karmi piersią, prowadzi aktywne życie- to do tych wszystkich rzeczy nie ma się co zbytnio przywiązywać- to jest małe i w gruncie rzeczy nieznaczące, rozsypie się prędzej czy później. Liczyć się będzie tylko Miłość, którą Pan Jezus wspiera nasze wysiłki, podtrzymuje każdą sekundę naszego życia „przy życiu”, liczyć się będzie odpowiedź na tą miłość, nasze nawet drobne wysiłki, by nią żyć.

W ramach naszej edukacji domowej uczę dzieci starej i pięknej pieśni „Krzyżu Chrystusa bądźże pochwalony”. Zwróciłam ostatnio moim dzieciakom uwagę na mocną ostatnią zwrotkę również o krzyżu Zbawiciela: „Z ciebie moc płynie i męstwo, w tobie jest nasze zwycięstwo”. Proch wczepiony siłą woli w ten krzyż, sięga po Zwycięstwo Zmartwychwstania.



Czas na randkę!

Dzień zakochanych- 14 lutego?

Bardzo dobrze. Ale jeśli jeszcze z mężem (żoną) z tej i innych okazji nie byłaś na randce, to najwyższy czas przedsięwziąć takie środki, żeby pójść i chodzić możliwie często.

Jeśli chcemy, żeby nasza firma się rozwijała- inwestujemy w nią.

Kiedy chcemy, żeby dzieci rozwijały nam się dobrze- dbamy o nie, staramy się o ich charakter, zdrowie, wykształcenie itd..

Kiedy chcemy, żeby nasz ogród piękniał, plewimy go, obsadzamy go, siejemy itd.- i zajmuje to nam wiele czasu, wiele trudu w to wkładamy.

Z małżeństwem jest podobnie: potrzebuje specjalnego czasu, dbałości, starania, inwestowania itd.

Czasem małżonkowie, a zarazem rodzice zasłaniają się dzieckiem, pracą, karmieniem piersią, że nie mogą zorganizować sobie randki, czasu tylko we dwoje. Jest to okłamywanie samego siebie. Jeśli nam na czymś rzeczywiście zależy- to znajdziemy na to czas, środki. Randkę przecież można urządzić niekiedy i we własnym domu. Czasem ktoś się zasłania karmieniem piersią. Ale ono w niczym nie przeszkadza, jeśli znajdą się chęci, starania, wybranie czasu i miejsca, zaplanowanie, staranie.

Miłość jest uroczym kwiatem- ale zaniedbana kurczy się i usycha, natomiast zadbana rozrasta się, pięknieje, rozwija się niezwykle.

Dedykuję to oczywiście mojemu najmilszemu mężowi.



Otwarcie na życie podstawą prawdziwego rozwoju

Czas wielkiego Postu to czas, kiedy szczególnie powinniśmy otworzyć się na plan Boga Ojca dla naszego życia- plan pełen miłości, a nie zguby. Czas słuchania, zaufania Bogu, zaczynania od początku.

Duża rodzina to błogosławieństwo



Dieta matki karmiącej piersią

Najprostsza odpowiedź na pytanie, jaka powinna być dieta matki karmiącej, brzmi:

Zdrowa i racjonalna, możliwie naturalna. Może być jak najzwyklejsza, jeśli dziecko i matka są zdrowi, dobrze się czują. Dziecko w pewien sposób jest przyzwyczajone do diety swojej mamy, gdyż „zna” już ją z okresu prenatalnego, kiedy zamieszkiwało jej ciało. Czasem właśnie stosowanie bezzasadne jakiś ograniczeń „na wszelki wypadek” niesie za sobą problemy u mamy i dziecka.

Zwróćmy uwagę, że dawniej nie wiedziano o żadnych szczególnych dietach- a wszystkie matki i dzieci delektowały się karmieniem piersią. Po prostu jedzono to, co było dostępne- i to służyło zdrowiu dziecka. Jedynie w okresie połogu opiekowano się szczególnie położnicą.

Mam wrażenie, że najwięcej mitów jest właśnie w tym zakresie: co do odżywiania się karmiącej mamy. Nawet z ust personelu medycznego możemy usłyszeć, że nie powinno się jeść: kapusty kiszonej, ogórków, pomidorów, mleka, surowych owoców, pestkowych owoców, cytrusów, ryb, czekolady itd, itp. Nie jest to prawdą. Zdrowa matka mająca zdrowe dziecko może jeść te wszystkie produkty oczywiście zachowując w tym wszystkim pewien umiar. Brak umiaru, brak wybierania sprzyjającej zdrowiu żywności (a np. same fast foody) może zaszkodzić nawet mającym się dobrze osobom.

Dopiero gdy dziecko „pokazuje” po sobie (wypryski alergiczne, silne kolki itp.), że być może coś z jadłospisu mamy mu nie pasuje, szukamy winowajcy i ew. eliminujemy go z własnej diety. Trzeba jednak przy tym pamiętać, że nie każdy płacz dziecka to wina diety mamy- nie wolno tak interpretować. Nawet najzdrowiej odżywiająca się matka karmiąca piersią powinna się spodziewać, że dziecko jest niedojrzałe i od czasu do czasu będzie płakać. Bo jest dzieckiem, a dzieci płaczą.

Dla dziecka mającego alergię mleko matki jest tym bardziej cenne i tym bardziej powinno być karmione piersią. Wówczas jest jednak uzasadnienie dla diety eliminacyjnej: zrezygnowania z tego produktu, ew. produktów, które szkodzą dziecku.

Czy są więc jakieś sensowne rady dotyczące odżywiania się mamy karmiącej piersią swoje dziecko? Co można by jej zalecić, gdy karmi piersią oprócz tego, co już wymieniłam (zdrowe jedzenie, umiarkowanie):

  • karmienie piersią według potrzeb dziecka i według własnych potrzeb (np. gdy ma przepełnione piersi) dostarczy dziecku właściwą ilość i jakość pożywienia; ew.herbatki, ziółka mają efekt placebo: najistotniejsze jest skuteczne (dobre przystawienie, prawidłowe ssanie dziecka) i częste karmienie;
  • na bieżąco należałoby zjadać produkty zawierające np. witaminy rozpuszczalne w wodzie, których organizm nie potrafi magazynować, m.in. C, z grupy B; za mało dostarczonych witamin najczęściej odbije się na zdrowiu mamy, a nie dziecka, ponieważ organizm na pierwszym miejscu „inwestuje” w potomstwo; ciało matki podczas laktacji pracuje na bardzo oszczędnych trybach- uczy się magazynować, wybierać z pożywienia to, co najwartościowsze- często więc wystarczy dla dwojga nawet niewielka ilość dobrego pożywienia;
  • nie należy stosować bardzo restrykcyjnej głodowej diety: dziecko co prawda dostanie wówczas pokarm dobrej jakości, ale może być go mniej, mogą się też wydzielać do mleka zanieczyszczenia uwalniane z tkanki tłuszczowej; odchudzanie się jest możliwe, ale lepiej bardzo stopniowe i powolne (max. 4 kg/m-c); szybsze może odbić się na zdrowiu dziecka ze względu na uwalnianie się toksyn z tkanki tłuszczowej;
  • uważa się, że dodatkowe 500 kcal zaspokaja potrzeby laktacyjne- jednak przy zapasach tłuszczu matki (z okresu ciąży lub wcześniej) może być mniej; jeśli z kolei matka jest bardzo szczupła, ma bardzo szybką przemianę materii, może potrzebować więcej kalorii; więcej kalorycznego jedzenia w diecie nie będzie skutkować większą ilością pokarmu- może jednak przyśpieszyć powrót płodności;
  • połóg (ok. 6 tygodni po porodzie) jest szczególnym czasem: nie tylko dziecko potrzebuje wówczas szczególnej ochrony, ale i matka, która wówczas ma regenerować siły; służy temu możliwie lekkostrawna dieta bogata w wartości odżywcze; noworodek ma także jelita bardziej „porowate”- więc warto wówczas zadbać o mniej alergizującą, lekkostrawną dietę; nie bez powodu w wielu tradycyjnych społeczeństwach matkę w połogu traktuje się szczególnie dając jej np. więcej gotowanego pożywienia (zmniejsza to efekt alergizujący żywności, zwiększa natomiast przyswajalność produktów); nie znaczy to oczywiście, że jeśli matka karmiąca skusi się na smażonego schaboszczaka, to jej dziecko w mleku będzie zajadało tego kotleta; znaczy to jedynie tyle, że będzie to przede wszystkim pewne utrudnienie dla jej organizmu (ciężkostrawne danie, zalegające w przewodzie pokarmowym); lepiej zjeść coś „niezbyt polecanego” i karmić dalej piersią niż odmawiać sobie ciągle i z tego powodu zrezygnować z karmienia piersią; na początek cytrusy, czekolady itp. specjały jedzmy w mniejszych ilościach, jeśli nie potrafimy sobie odmówić;
  • należałoby unikać niezdrowych dodatków do żywności typu: konserwanty, sztuczne barwniki, tłuszcze utwardzane itp., ponieważ szkodzą one zarówno matce jak i dziecku stanowiąc niepotrzebny balast; ponieważ jest to niełatwe- warto zdawać sobie sprawę, że podejrzane, nieprzebadane dodatki do żywności są też dodawane do mieszanek mlecznych i to w o wiele większym stopniu (jest to szeroko zakrojony eksperyment na dzieciach, ponieważ nikt tego nie bada właściwie); zanim organizm matki wytworzy mleko, pokarm przez nią spożywany przechodzi przez szereg zazwyczaj niezawodnych filtrów oczyszczających (choćby wątroba, która przeprowadza co najmniej 500 reakcji chemicznych- co za fenomenalne laboratorium!), stąd dziecko dostaje pokarm matki, który służy jego zdrowiu mimo mankamentów jej diety, w bardzo dużej mierze pozbawiony tych zanieczyszczeń;
  • dziecko dostaje wartościowy pokarm nawet wtedy, gdy dieta matki nie jest prawidłowa, o wiele zdrowszy niż jakakolwiek nawet najdroższa mieszanka mleka modyfikowanego; co więcej mieszanki niemal zawsze stanowią ogromne ryzyko dla zdrowia dziecka, jeśli nie życia; organizm matki umie natomiast zbierać w kościach,  szpiku, wątrobie, i innych narządach wiele wartościowych składników jakby spodziewając się, że pożywienie nie zawsze jest dostarczane równomiernie; jednak przez długi czas niedoborowa dieta może być przyczyną osłabienia sił odpornościowych matki; okresem, kiedy organizm matki intensywnie magazynuje wiele składników jest ciąża- wtedy w jej wątrobie odkładane są zapasy żelaza, witamin rozpuszczalnych w tłuszczach, w kościach gromadzony jest wapń itd.; mleko matki należałoby porównać z krwią (jest to „biała krew”)- ta służy naszemu zdrowiu, nawet gdy nasza dieta nie jest doskonała.

Podsumowując temat diety matki karmiącej. Karmienie piersią nie jest dla herosek, jest dla matek odżywiających się rozmaicie w różnych kulturach, o różnym statusie materialnym. Przede wszystkim dla własnego dobra należy zadbać, żeby to odżywianie było pełnowartościowe, gdyż organizm na pierwszym miejscu stawia potrzeby dziecka, a więc ono i tak dostanie wartościowy pokarm.

„Dyskusja nad tym, czy mleko kobiece jest doskonałym pokarmem dla niemowląt, jest jak zastanawianie się, czy nerki radzą sobie najlepiej z usuwaniem nieczystości z organizmu i sugerowanie, że powinno się je zastąpić maszynami do dializy”.- G.Palmer



Bycie w domu z naukowcem

Czasem uciekamy przed naszymi dziećmi z nudów. Widzimy swoje macierzyństwo jako ciąg kupek-karmień-gotowania-sprzątania-„tiutiania” czyli zajęcie mocno upupiające, nie dające pola do rozwoju dorosłej osoby. Mało płodne intelektualnie, gdy skupiamy się na tej samej otoczce, zewnętrzności.

Patrzę jednak na to zupełnie inaczej. Perspektywy nie nadają te powtarzalne czynności: owszem one są potrzebne, żeby było czysto, miło, przyjemnie, zdrowo. Jednak o ile ważniejsze jest to z kim jesteśmy, komu możemy służyć obecnością, pomocą.

Bycie dla dzieci zmienia perspektywę patrzenia.  Kim są te nasze dzieci? One są jak mali naukowcy, póki nie nauczymy ich nudy obkładając taką ilością zabawek, że nie są w stanie tego znieść. Spotkanie z małym listkiem potrafi być fascynującą przygodą: jak wiele można z nim zrobić, jak wiele odbyć podróży, jak bardzo się zachwycić jego kolorem, fakturą, zdolnością do latania, darcia itd.

Czy podzielamy ten zachwyt? Czy jesteśmy już tak wszechwiedzące, że nic nas już nie zdziwi?



Karmienie miłością zawsze potrzebne

Istnieje metoda uczenia nawet bardzo małych dzieci gry na skrzypcach. Metoda niezwykle łagodna, piękna i w gruncie rzeczy naturalna.

Jest to metoda, którą wymyślił zastosował i wydoskonalił Schinichi Suzuki, autor książki „Karmieni miłością. Podstawy kształcenia talentu”.

Czytałam tę pozycję i jestem pod jej wrażeniem. Drugi raz się będę raczyć lekturą.

Sięgnęłam po tę pozycję, gdyż jedna z moich córeczek marzyła, by grać na skrzypcach. Tak się pięknie złożyło, że akurat znajoma zaproponowała naukę metodą Suzuki. Okazało się, że ta metoda rozpoczyna się od małego podstępu. To rodzic zaczyna uczyć się grać na instrumencie: przez 6-8 tygodni pobiera sam naukę gry na instrumencie i przygotowuje się do koncertu na zakończenie samodzielnej edukacji (dziecko nie wie, że to ono będzie się mogło uczyć). Cóż za motywacja dla dziecka! Cóż za nauka empatii na przyszłość dla rodzica! Bardzo mi to odpowiada.

Sam autor S.Suzuki w swojej metodzie sięga przede wszystkim wychowania i uczy dobrego kształcenia: miłości, cierpliwości, łagodności, ale także niezwykle docenia wytrwałość, pokorę, sztukę motywacji.

Jest to przede wszystkim metoda nie przekreślająca nikogo, doceniająca każde dziecko, każdego dorosłego. Każdy może się uczyć grania na instrumencie, tak jak każdy może się uczyć i nauczyć ojczystego języka, a na pewno każdy może się cieszyć nauką własnego języka, gdy jest otoczony miłością nawet gdy mu to nie wychodzi i gdy rozwija się w wolniejszym tempie niż większość populacji.

Sztuka motywacji u dziecka to przede wszystkim robienie z każdego elementu nauki sposobu na zabawę oraz sztuka rozładowywania napięcia.

Jest to jednak książka nie tylko o kształceniu muzycznym- autor dzieli się swoim życiem i swoimi głębokimi przemyśleniami. Może kogoś innego też zainspirują fragmenty i sięgnie po całość.

O roli wytrwałego ćwiczenia w każdej dziedzinie, w której chce się być dobrym:

„Kiedy zrezygnowany zaczynasz dochodzić do wniosku, że to nie ma sensu, twoja cierpliwość zostaje nagle wynagrodzona”.

„>Nie mam zdolności<- jaki smutek i rozpacz towarzyszą temu bezsensownemu przeświadczeniu! Przez całe lata zgadzano się na takie myślenie, znajdując w nim wymówkę, żeby nie podejmować starań.” „Talent nie jest wrodzony, trzeba go w sobie ukształtować.”

Metoda Suzuki jest niezwykle optymistyczna- ćwiczymy bowiem nie dla sukcesu, ale dla dobrego rozwoju osobowości, dla nauki wytrwałości, dla poznania smaku przyjemności grania.

„Bądź cierpliwy, zmierzając do celu, nie śpiesz się, ale i nie czekaj. (…) osiągnięcie celu wynika z włożonej energii i cierpliwości, które muszą być ćwiczone, tak jak wszystkie inne umiejętności. (…) Od początku o losie człowieka decyduje wytrwałość i cierpliwość. Dlaczego? Ponieważ dążąc nieustannie do osiągnięcia celu, uczymy się niezbędnej cierpliwości, a to pomaga nam wytrwać. Tak nabyta umiejętność uprzyjemnia pracę, a jednocześnie wyposaża nas w energię i wytrzymałość. (…) Nie widzimy, kiedy zaczyna kiełkować. To jest sprawa natury. Musimy cierpliwie czekać. Nie możemy wykopać nasionka, by sprawdzić czy naprawdę rośnie, bo wtedy wszystko uległoby zniszczeniu”.

Wydaje mi się, że poddawanie się własnej niecierpliwości to takie wykopywanie nasionka i to w wielu wymiarach: możemy przecież odnieść to i do nauki, ale też do dojrzewania dziecka do zakończenia karmienia piersią i czekania na poród.

„Nie śpiesz się! To pierwsza zasada. (…)

Nie zatrzymuj się- to druga zasada.”

Jest to książka niezwykle motywująca- dlatego polecam ją przede wszystkim tym, którzy zbyt łatwo ulegają zniechęceniu:

„Jeśli chcesz coś zrobić, zrób to. (…) Muszę wykształcić w sobie nawyk realizowania zamierzeń. To żadna zasługa- myśleć o zrobieniu czegoś! Efekt jest taki sam, jakby się w ogóle o tym nie myślało. Tylko czyny się liczą! (…) jeśli się wyłącznie o czymś myśli, traci się niepowtarzalną szansę. od dzieciństwa wciąż słyszymy: zrób to, zrób tamto- najczęściej z ust rodziców. To budzi naturalny sprzeciw: albo robimy niechętnie to, co nam każą albo staramy się tego w ogóle nie zrobić. Ten opór utrwala się w naszej podświadomości i w końcu nie potrafimy zrobić nawet tego, co sami sobie nakazujemy”.

Nasuwa mi się myśl w związku z tym, jak ważne jest więc kształcenie w dziecku tak niedocenianego obecnie rozumnego posłuszeństwa (w erze „róbta, co chceta”)  opartego na radosnej, a zarazem serdecznej motywacji.

„Ponieważ nazbyt często ludzie nie przekuwają zamiarów w czyny, nie dają szansy swemu przeznaczeniu.”