Archiwum kategorii ‘Do poczytania- książki i nie tylko’


Bardzo dobre i bardzo złe

Dawno nie czytałam książki, która wywołałaby tyle ambiwalentnych uczuć we mnie i to bardzo sprzecznych: zarówno bardzo pozytywnych jak i bardzo negatywnych.

Chodzi mianowicie o pozycję „Duchowe położnictwo” Iny May Gaskin.

Dużo pozytywów: przywrócenie porodowi jego miejsca wśród wydarzeń rodzinnych, należących do sfery fizjologii, intymności. Zwłaszcza ukazanie jak pieszczoty małżonków: wzajemne otwarcie się na obdarowywanie się pocałunkami, dotykiem itd. sprzyjają otwieraniu się kobiety na swoje dziecko- bardzo cenne.

Jednak dużo widzę też negatywów: zwłaszcza w sferze duchowej. Autorka dzieli się religijnością swoją i swoich rodzących, która operuje jakimś synkretyzmem, operuje imieniem Jezus i Budda, mam wrażenie, zamiennie. To jest bardzo niebezpieczne duchowo. Opisy poszczególnych porodów w większości należą do hipisów, którzy mówią o jakiejś niezidentyfikowanej energii i otwieraniu się na nią, co mi osobiście na pewno nie odpowiada.

Strona merytoryczna jest nieco przestarzała: opisywane sytuacje, medyczne interwencje, których się obecnie unika w czasie porodów domowych lub sytuacje, które nie powinny mieć tam miejsca.

Jedna z rad wydaje mi się nietrafiona: „Podczas fali skurczu miej oczy otwarte i zwracaj uwagę na ludzi wokół ciebie i na to, co się dzieje.”

Może komuś rzeczywiście pomagać utrzymywanie kontaktu wzrokowego z położną, mężem czy inną osobą wspierającą, ale nie wydaje mi się to konieczne. Nie każda matka skorzysta z kontaktu wzrokowego i go potrzebuje. Michel Odent w swych publikacjach zdaje się inaczej sugerować: otwarcie w czasie porodu na działanie starszej części mózgu, zdaje się nie iść w parze z otwarciem na pilne rejestrowanie bodźców zewnętrznych. Mi osobiście w porodach zawsze bardziej pomagały oczy raczej przymknięte, nie pilnowanie tego, co na zewnątrz, a skupienie na wnętrzu, modlitwie, na tym, co czuje dziecko.

Kiedy towarzyszę w czasie porodu jako doula w szpitalu, niekiedy widzę, że to, co dzieje się w szpitalu, to co tam widać- bardzo przeszkadza matce w otwarciu się na dziecko. Zdarza mi się więc zaproponować jej, że może wolałaby przymknąć powieki. Kobiety na dość zaawansowanym etapie porodu same zresztą nierzadko to robią. Przyjmując pozycję na czworaka, schylając głowę skupiają się na tym, co się dzieje w ich wnętrzu, nie zaś zewnętrzu.

Ina Gaskin zwraca naszą uwagę szczególnie na ekstatyczny charakter wydarzenia, jakim jest poród. Wejście w tę ekstazę umożliwia odważne otwarcie się na nie jako na łaskę, otwarcie się z miłością na osoby towarzyszące, położną, otwarcie z radością, a nawet humorem, przyjęcie narastającej fali skurczów jako błogosławieństwa, fali unoszącej nas miłości na spotkanie z wychodzącym na świat dzieckiem.

Piękny znajdziemy tu opis przyjęcia na świat z miłością dziecka ciężko chorego: z bezmózgowiem. Rodzice wypisują swoje umierające dziecko ze szpitala, żeby zapewnić mu godne odchodzenie, swoją obecność i kruchą miłość, z którą chcieli go pielęgnować, kochać. W szpitalu wiedząc, że dziecko i tak umrze nie zatroszczono się nawet, aby je karmić. „Żył jeszcze pięć dni. Nie był już dzieckiem, był jak stary mądry nauczyciel. Czuliśmy się szczególnie uprzywilejowani, że jest w naszym domu tak Święta istota.”

Piękne są również zdjęcia dzieci nowo narodzonych i już uśmiechniętych – wyraźny ślad, że one też brały udział w tej ekstazie, olśnieniu przychodzenia na świat.



Rozszerzanie diety

Karmienie piersią i rozszerzanie diety
Zalecenia Światowej Organizacji Zdrowia głoszą, ażeby karmić wyłącznie piersią do ukończenia pół roku, a więc bez dopajania i dokarmiania oprócz niezbędnych leków. Następnie powinno się karmić piersią wprowadzając równocześnie żywność uzupełniającą co najmniej do ukończenia dwóch lat lub dalej, jeśli tego dziecko potrzebuje. Alergolodzy znający się na karmieniu piersią (a nie wszyscy się znają) zalecają dla dzieci z alergią pokarmową nawet odraczanie wprowadzania żywności uzupełniającej do 10, a nawet 12 miesiąca po narodzinach.
Czy dziecko dojrzało do rozszerzania diety, świadczą następujące wskaźniki:

  • umie siedzieć (przecież jedzenie na leżąco pokarmów stałych grozi zachłyśnięciem -to nie ssanie mleka);
  • jest zainteresowane jedzeniem;
  • samo umie wkładać sobie jedzenie do buzi biorąc je w paluszki;
  • zjada z chęcią podawane mu jedzenie.

Dokładny opis tych wskaźników oraz dodatkowe argumenty znajdziemy w książce „Bobas lubi wybór” G.Replay, T.Murkett.

Z mojego doświadczenia wynika, że dzieci dorastają indywidualnie do rozszerzania diety. Tak jak nie wymaga się od zdrowego dziecka, żeby do wzrostu 97 cm dorastało w wieku np. 2 lat, tak ma sens pozwolenie dziecku na dojrzewanie w kwestii akceptacji dodatkowej żywności. Niektóre dzieci są rzeczywiście na nią gotowe około półrocza, ale są i takie, które dużo później zaczynają akceptować coś z trudniejszegoniż mleko menu. Naszą rolą nie jest więc zmuszać dzieci do jedzenia w tym lub innym wieku, ale im je proponować, dawać, oferować wartościowe posiłki bez przymuszania- jeśli będą gotowe, to z chęcią i zainteresowaniem zajmą się jedzeniem choćby niewielkich ilości pożywienia. Jeśli zaś będzie ono pełnowartościowe i urozmaicone- dziecko wybierze sobie to, czego akurat potrzebuje.

Jak wprowadzać to dodatkowe jedzonko:

  • powoli; czyli na początku proponujemy pół łyżeczki i taka ilość jest dla dziecka wystarczająca; stopniowo zwiększając ilość proponowanego jedzenia: np. kolejnego dnia całą łyżeczkę; obserwujemy przy tym dziecko, czy nie wystąpiły reakcje alergiczne, objawy nietolerancji (np. biegunka); powoli zmieniamy też konsystencję od tej w małych miękkich kawałkach do większych, twardszych;
  • zaczynając od pokarmów gotowanych, pieczonych– co ułatwia ich przyswajalność, zmniejsza właściwości alergizujące;
  • proponując w drugim półroczu wyłącznie produkty pochodzenia, krajowego, regionalnego; na cytrusy, czekolady, orzechy ziemne itp. dziecko może i powinno spokojne poczekać bez żadnej szkody;
  • w drugim półroczu nadal podstawą diety powinno być mleko mamy, a więc dodatkowe jedzenie proponujemy dziecku po karmieniu z piersi lub między karmieniami (a nie zamiast)- pozwala to uniknąć też niezrozumienia i ambiwalencji między matką a dzieckiem- kiedy maluch potrzebuje zaspokoić głód, to woła o pierś, podanie mu więc innego jedzenia- tylko dodatkowo go denerwuje; a my przestajemy rozumieć nasze dziecko i jego wołanie; dziecko, które potrzebuje dodatkowego jedzenia będzie chciało skosztować coś po karmieniu z piersi lub pomiędzy karmieniami z piersią;
  • cierpliwie– dziecko zwykle po okresie wzmożonego zainteresowania (zabawa na całego-niekoniecznie jedzenie w dużej ilości) będzie miało okresy odrzucania tej żywności; taka sinusoida zależna od zdrowia, humoru, poczucia bezpieczeństwa dziecka bardzo powoli i stopniowo przechylać się będzie w stronę dodatkowej żywności;
  • pamiętając, że dodatkowa żywność jest początkowo bardzo słabo trawiona albo i wcale (widać to wyraźnie w kupce dziecka), że dziecko dopiero uczy się gryźć, trawić, przyswajać, korzystać z żywności uzupełniającej; i przez pierwsze miesiące, a nawet lata w zależności od stanu zdrowia będzie sobie z tym radzić lepiej lub gorzej; w praktyce będzie to wyglądać tak, że dziecko chore (a może przechodzić bezobjawowo jakąś chorobę) będzie wracać do piersi jako wyłącznego lub podstawowego źródła pożywienia;
  • bez porównywania z innymi dziećmi, zwłaszcza należy unikać porównań z dziećmi karmionymi butelką; dzieci karmione przez smoczek niestety, ale mają rozepchane żołądki ze względu na niefizjologiczny wypływ mleka z butelki; jest to wypływ jednostajny: a dziecko jest przystosowane do wypływu, który początkowo byłby szybki, a następnie zwalnia aż do sączenia się, wypływania po kropli; dzieci karmione piersią zazwyczaj mają niewielkie żołądki (wielkości własnej piąstki), przyzwyczajone i dostosowane do posiłków częstych i niewielkich; dlatego wystarczają im zazwyczaj niewielkie ilości pokarmu.

Dlaczego więc tak często spotykamy się z zaleceniem rozszerzania diety od 4 miesiąca:

  • dawniejsze zalecenia rzeczywiście były takie, by wyłącznie karmić piersią do ukończenia 4 miesiąca; starsze jeszcze instrukcje np. WHO zalecały dopajanie, dokarmianie jeszcze mniejszych niemowląt; jednak zauważono „efekt dawki”- dłużej karmione wyłącznie piersią niemowlęta były zdrowsze (i było tych korzyści tak wiele, że nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że należało przedłużyć to zalecenie), dlatego przedłużono ten czas do 6 miesiąca- efekt dawki jest wówczas największy; efekt dawki, który zaobserwowano w stosunku do karmienia polega na tym, że im więcej mleka matki znajdowało się w diecie dziecka, tym rzadziej dziecko chorowało (na biegunki, zapalenia uszu, zapalenia płuc itd.); w drugim półroczu zaczynają się dziecku wyczerpywać rezerwy żelaza i cynku, a więc dodatkowa żywność mogłaby by wówczas odegrać tu swoją rolę w pewnym stopniu; jeśli lekarz lub położna pozostanie na etapie lat 80, 90 XX wieku, to będzie jednak zalecać wcześniejsze rozszerzanie diety; cóż, nie wszyscy się dokształcają; lekarze i położne to przede wszystkim ludzie- będą zalecać tak, jak sami karmili swoje dzieci; wśród nich bardzo wielu karmi sztucznie- karmienie piersią im się bardzo często nie udało- dlaczego więc ich rady miałyby być sensowne w tym temacie.
  • zalecenie rozszerzania diety dla dzieci 4 miesięcznych jest korzystne dla większości dzieci karmionych sztucznie, ponieważ jest to pokarm tak ubogi (proszek, syntetyczne witaminy i minerały mało przyswajalne), że dziecko zwyczajnie, żeby się dobrze rozwijać potrzebuje czegoś więcej niż tylko mleka modyfikowanego.
  • jeśli matka karmiąca piersią wraca do pracy i ma problemy z odciągnięciem odpowiedniej ilości swojego mleka, to może być korzystniejsze podanie dziecku podczas jej nieobecności dodatkowej żywności, niż mleka modyfikowanego, które jest w rzeczywistości dość szkodliwe (ma wiele skutków ubocznych, jak zaparcia, alergie, zapadalność na choroby infekcyjne, sprzyjanie otyłości, cukrzycy, itd.);
  • koncernom produkującym zarówno sztuczne mieszanki mleczne jak i dodatkową żywność dla niemowląt (to najczęściej te same firmy) jest na rękę, żeby matki jak najwcześniej wprowadzały dodatkową żywność, więc wprowadzają w błąd swoimi etykietami, broszurkami dla rodziców i dla lekarzy; zalecenie o tym, ile należy wyłącznie karmić piersią na ich produktach albo jest najmniejszym druczkiem albo w ogóle; poza tym jest najczęściej przeinaczone właśnie do tego dawniejszego zalecenia i dla dzieci karmionych sztucznie: do 4 miesiąca; co im się oczywiście niezmiernie opłaca; polecam książkę G. Palmer „Polityka karmienia piersią”- warto ją dokładnie przeczytać, żeby docenić własne karmienie, ale też żeby zrozumieć, dlaczego tak wiele jest promocji sztucznego żywienia na niekorzyść naturalnego.


Karmienie miłością zawsze potrzebne

Istnieje metoda uczenia nawet bardzo małych dzieci gry na skrzypcach. Metoda niezwykle łagodna, piękna i w gruncie rzeczy naturalna.

Jest to metoda, którą wymyślił zastosował i wydoskonalił Schinichi Suzuki, autor książki „Karmieni miłością. Podstawy kształcenia talentu”.

Czytałam tę pozycję i jestem pod jej wrażeniem. Drugi raz się będę raczyć lekturą.

Sięgnęłam po tę pozycję, gdyż jedna z moich córeczek marzyła, by grać na skrzypcach. Tak się pięknie złożyło, że akurat znajoma zaproponowała naukę metodą Suzuki. Okazało się, że ta metoda rozpoczyna się od małego podstępu. To rodzic zaczyna uczyć się grać na instrumencie: przez 6-8 tygodni pobiera sam naukę gry na instrumencie i przygotowuje się do koncertu na zakończenie samodzielnej edukacji (dziecko nie wie, że to ono będzie się mogło uczyć). Cóż za motywacja dla dziecka! Cóż za nauka empatii na przyszłość dla rodzica! Bardzo mi to odpowiada.

Sam autor S.Suzuki w swojej metodzie sięga przede wszystkim wychowania i uczy dobrego kształcenia: miłości, cierpliwości, łagodności, ale także niezwykle docenia wytrwałość, pokorę, sztukę motywacji.

Jest to przede wszystkim metoda nie przekreślająca nikogo, doceniająca każde dziecko, każdego dorosłego. Każdy może się uczyć grania na instrumencie, tak jak każdy może się uczyć i nauczyć ojczystego języka, a na pewno każdy może się cieszyć nauką własnego języka, gdy jest otoczony miłością nawet gdy mu to nie wychodzi i gdy rozwija się w wolniejszym tempie niż większość populacji.

Sztuka motywacji u dziecka to przede wszystkim robienie z każdego elementu nauki sposobu na zabawę oraz sztuka rozładowywania napięcia.

Jest to jednak książka nie tylko o kształceniu muzycznym- autor dzieli się swoim życiem i swoimi głębokimi przemyśleniami. Może kogoś innego też zainspirują fragmenty i sięgnie po całość.

O roli wytrwałego ćwiczenia w każdej dziedzinie, w której chce się być dobrym:

„Kiedy zrezygnowany zaczynasz dochodzić do wniosku, że to nie ma sensu, twoja cierpliwość zostaje nagle wynagrodzona”.

„>Nie mam zdolności<- jaki smutek i rozpacz towarzyszą temu bezsensownemu przeświadczeniu! Przez całe lata zgadzano się na takie myślenie, znajdując w nim wymówkę, żeby nie podejmować starań.” „Talent nie jest wrodzony, trzeba go w sobie ukształtować.”

Metoda Suzuki jest niezwykle optymistyczna- ćwiczymy bowiem nie dla sukcesu, ale dla dobrego rozwoju osobowości, dla nauki wytrwałości, dla poznania smaku przyjemności grania.

„Bądź cierpliwy, zmierzając do celu, nie śpiesz się, ale i nie czekaj. (…) osiągnięcie celu wynika z włożonej energii i cierpliwości, które muszą być ćwiczone, tak jak wszystkie inne umiejętności. (…) Od początku o losie człowieka decyduje wytrwałość i cierpliwość. Dlaczego? Ponieważ dążąc nieustannie do osiągnięcia celu, uczymy się niezbędnej cierpliwości, a to pomaga nam wytrwać. Tak nabyta umiejętność uprzyjemnia pracę, a jednocześnie wyposaża nas w energię i wytrzymałość. (…) Nie widzimy, kiedy zaczyna kiełkować. To jest sprawa natury. Musimy cierpliwie czekać. Nie możemy wykopać nasionka, by sprawdzić czy naprawdę rośnie, bo wtedy wszystko uległoby zniszczeniu”.

Wydaje mi się, że poddawanie się własnej niecierpliwości to takie wykopywanie nasionka i to w wielu wymiarach: możemy przecież odnieść to i do nauki, ale też do dojrzewania dziecka do zakończenia karmienia piersią i czekania na poród.

„Nie śpiesz się! To pierwsza zasada. (…)

Nie zatrzymuj się- to druga zasada.”

Jest to książka niezwykle motywująca- dlatego polecam ją przede wszystkim tym, którzy zbyt łatwo ulegają zniechęceniu:

„Jeśli chcesz coś zrobić, zrób to. (…) Muszę wykształcić w sobie nawyk realizowania zamierzeń. To żadna zasługa- myśleć o zrobieniu czegoś! Efekt jest taki sam, jakby się w ogóle o tym nie myślało. Tylko czyny się liczą! (…) jeśli się wyłącznie o czymś myśli, traci się niepowtarzalną szansę. od dzieciństwa wciąż słyszymy: zrób to, zrób tamto- najczęściej z ust rodziców. To budzi naturalny sprzeciw: albo robimy niechętnie to, co nam każą albo staramy się tego w ogóle nie zrobić. Ten opór utrwala się w naszej podświadomości i w końcu nie potrafimy zrobić nawet tego, co sami sobie nakazujemy”.

Nasuwa mi się myśl w związku z tym, jak ważne jest więc kształcenie w dziecku tak niedocenianego obecnie rozumnego posłuszeństwa (w erze „róbta, co chceta”)  opartego na radosnej, a zarazem serdecznej motywacji.

„Ponieważ nazbyt często ludzie nie przekuwają zamiarów w czyny, nie dają szansy swemu przeznaczeniu.”

 

 



Gdzie się mieści niecierpliwość?

Mam wrażenie, że wiele z kobiet uważa, że niecierpliwość mieszka w piersiach.

Jakich więc rad udzielają sobie i innym, gdy mają kłopoty z własną niecierpliwością wobec dziecka? Odstawić od piersi, to cierpliwość nie będzie potrzebna. Zmienić dziecko- siebie nie zmieniać.

Otóż prawda nie jest tak prosta. Kiedy się odstawi od piersi, problemy zostaną te same- straci się tylko pokarm dla dziecka, który zarazem dawał dziecku wiele wyciszenia, wiele zdrowotnych walorów.

Czy rzeczywiście niecierpliwość mieszka w piersiach i jak się odstawi, to będzie to rozwiązanie problemów z dzieckiem? Oczywiście, że nie. Niecierpliwość mieszka w sercu człowieka– taki banał, ale momentami jakbyśmy o tym zapominały i próbowały zwalać niecierpliwość na zewnętrzne okoliczności.

Gdy ktoś nie ma cierpliwości do dziecka karmiąc go piersią, to prawdopodobnie nie będzie też jej miał po odstawieniu od piersi. Bo cierpliwość nie jest nam dana raz na zawsze- trzeba nad nią pracować, trzeba pracować nad sobą.

Byłam niedawno u mamy dwutygodniowego człowieka- nie miała cierpliwości go karmić piersią. „Za często co 30 minut, ja już nie mam cierpliwości. Wolałabym zrobić butelkę”.

Cierpliwość jest też naszym wyborem, jest ćwiczeniem się. „Raz wybrawszy, codziennie wybierać muszę”.

Niedawno przeczytana przeze mnie książka „Karmieni miłością. Podstawy kształcenia talentu.” Autorstwa pana Suzuki. Niezła dawka lekcji cierpliwości. Co możemy własną cierpliwością osiągnąć, mądrym ćwiczeniem się w niej? Bardzo dużo. Niezła dawka optymizmu, zadanej cierpliwości i wytrwałości.

Lektura ta jest generalnie o kształceniu muzycznym, jednak ma ona ogólny wydźwięk. Kształcenie dobrego charakteru i cierpliwości dziecka głównie przez kształtowanie własnej cierpliwości i systematyczności, nauki poprzez zabawę i radość dają wspaniałe rezultaty.

Zwykle żeby dostać się do szkoły muzycznej, dziecko się przesłuchuje, bada jego słuch muzyczny. Suzuki nie robił tego- przyjmował do swojej szkoły wszystkie dzieci w bardzo młodym wieku. Jego rezultaty były zadziwiające, o wiele lepsze niż w klasycznych szkołach. Zresztą przeczytajcie i przekonajcie się.

Słyszałam młodego skrzypka uczonego tą metodą Suzuki- nie wygrał pierwszego miejsca (ech, te stosunki i stosuneczki), ale owacje zebrał największe, grał rzeczywiście najlepiej. Uczenie z pasją i miłością daje najlepsze rezultaty. Każdy człowiek zasługuje na to, by być uczonym z pasją i miłością ze względu na godność dziecka Bożego. Jeśli nawet ktoś nie wierzy, to powinien docenić samą ludzką godność.

Oczywiście łatwiej o tym pisać niż to robić 🙂

No cóż, ja się cierpliwie ćwiczę w pisaniu 🙂



Mleko o właściwościach pluripotencjalnych

Już parę lat temu odkryto, że w matczynym mleku znajdują się komórki macierzyste. Cóż to takiego? Hm, nie jestem biologiem, ale są to komórki, pokrótce mówiąc, takie jak w embrionach. W embrionach te komórki mają zdolność przekształcenia się w ok. 200 różnych typów komórek, np. nerwowe, mięśniowe, itd.

Kto chce może sobie po angielsku o tym poczytać:

Pluripotencjalne właściwości mleka

Teraz potwierdzono, że i te macierzyste komórki występujące w ludzkim mleku również mogą zmieniać się w wiele rodzajów komórek, m.in. w komórki nerwowe czy komórki wydzielające insulinę. W sumie można się tego było domyślić od początku: nie ma budowy bez funkcji.

Co stąd wynika:

  • nie da się już wciskać kitu, że badania na najmłodszych dzieciach (w fazie embrionalnej) są konieczne, żeby pracować na komórkach macierzystych; można to robić w sposób całkowicie etyczny korzystając z ludzkiego mleka;
  • jest to pole dla medycyny regeneracyjnej- może coś im się uda sensownego z tego wymyślić dla ratowania życia ludzkiego, dla leczenia; przewidują możliwość leczenia np. cukrzycy I typu; w końcu nie od dziś wiadomo, że karmienie sztuczne niesie ze sobą o wiele większe ryzyko właśnie tego typu chorób cywilizacyjnych;
  • dla dzieci oczywiście ma to znaczenie, choć być może jeszcze nie wiadomo, jak organizm dziecka z tego korzysta, prawdopodobnie pomaga to zachować odporność, zdrowie dziecku.

Oczywiście bacznie śledzą takie odkrycia koncerny mieszankowe, żeby instrumentalnie wykorzystać te i inne informacje w postaci reklamy: „Nasze mleko też jak mleko matki posiada …” Oczywiście, że posiada wiele cennych składników mleko krowie, które jest bazą do produkcji większości mieszanek (nawet ukochanego przez wielu Nutramigenu) dla niemowląt: są to oczywiście składniki cenne dla cielaka, np. do budowy drugiego, trzeciego czy czwartego żołądka albo rogów, itd. Chociaż po sproszkowaniu tegoż i tak wiele z tych składników zamiera, np. żywe komórki. Jednak firmy te są tak bardzo nastawione na zysk, że każdą informację są gotowe wykorzystać, przeinaczyć sprytnie, jeśli tylko daje to szanse na nowe pokaźniejsze zyski.

No cóż, ludzi się daje oszukać- już przemysł reklamowy się o to postara. Natury się jednak oszukać nie da.



Budowanie zdrowia

Po pobycie u Kasi zaczęłam oglądać filmy, chociaż generalnie tego nie robię, bo zabiera to zbyt dużo cennego czasu.

Jednak wzbudziły moje zainteresowanie poprzez:

  • to, że ich bohaterka jest cudowną bajarką- Tworzy niepowtarzalny klimat wokół swojej opowieści;
  • zachętę do tworzenia wartościowej diety;
  • naukę rozpoznawania, docenienia ziół, przypraw, elementów diety poprzez zachwyt nad nimi, barwne opowieści;
  • dzielenie się swoimi opowieściami o radzeniu sobie ze zwykłymi dolegliwościami, bolączkami.

Może ktoś poogląda ze mną:

Stefania Korżawska?



Czy karmienie piersią ma charater seksualny?

Człowiek współczesny jest bardzo pogubiony.

Dlatego potrzeba mu powrotu do głębokiej filozofii, która nie jest tylko naskórkowa, do prawdziwych mędrców, którzy widzą dalej i głębiej. Dla mnie taką osobą jest dr Wanda Półtawska. Fragment z lektury „Eros et iuventus”:

„Paroletnie dziecko otwiera szeroko rączki i pokazuje: „Tyle, tyle kocham mamusię” albo biegnie w ramiona i uściskiem gorącym pokazuje, że kocha. Już małe dziecko ma więc świadomość, że jest coś takiego jak miłość i coś takiego, jak gesty miłosne. Właściwie można powiedzieć, że małe dziecko ma intuicję tego uczucia, którą potem świat mu deformuje. Miłość w oczach dziecka jest układem osobowym, a nie seksualnym, dziecko jeszcze nie rozumie znaczenia seksualności, a już odczuwa miłość.

Chyba trzeba się uwolnić od freudowskiej deformacji i nie szukać w dziecięcej miłości koniecznie seksualizmu, ale przeciwnie – intuicyjne odczucie dziecka rozumieć jako istotę miłości. Istota miłości odnosi się do osób, a nie do płci, chociaż w miłości małżeńskiej kochają się osoby różnej płci i małżeństwo ma zadanie z płciowością związane”.

Niedawno spotkałam się ze świetnymi ludźmi, takimi, o których można by powiedzieć, że konie można by z nimi kraść. W jednej jednak rzeczy się nie zgadzaliśmy. Otóż oni uważali, że nie powinno się karmić przy innych, nawet przy starszych dzieciach, ponieważ jest to czynność seksualna.

Poczułam się skonsternowana takim rozumieniem zupełnie nienaturalnym karmienia piersią. Do tego stopnia, że nie podałam żadnych kontrargumentów. Czy jest to czynność seksualna- karmienie piersią? Jeśli będziemy to rozumieć jako związana z płcią, to tak- bo w istocie karmienie piersią jest związane z byciem kobietą, matką. Jednak czy bycie matką należy do czynności seksualnych, tak jak się to zwykle rozumie? Oczywiście, że nie. Jest to odniesienie osobowe, naznaczone więzią miłości, ale ta należy do więzi rodzicielskiej, a nie płciowej. Nie mówię tu w ty momencie o wynaturzeniach, choć niestety człowiek w swojej grzeszności potrafi niemal każdą rzecz wykoślawić, zniszczyć jej dobro i piękno.

To, że karmienie piersią należy właśnie do wymiaru rodzicielskiego miłości, nie seksualnej widać szczególnie w pewnych kulturach, gdzie jest ono pełniej akceptowane niż w naszym kręgu kulturowym. W prymitywnych plemionach piersi kobiece nie są często nawet obiektem seksualnych westchnień- tak jednoznacznie bywają zakwalifikowane do wymiaru macierzyństwa.

Wydaje mi się, że tak opaczne rozumienie karmienie piersią, które nakazuje chować się z tą czynnością, jak gdyby była ona wstydliwa wynika z nieuświadomionego nawet przeseksualizowania naszego myślenia, na pewno kultury, w której żyjemy.

Potrzeba zaspokojenia głodu, pragnienia, bliskości u małego dziecka, jakie to zaspokaja karmienie piersią powinna wrócić na swoje miejsce jako naturalny element macierzyństwa, którego nie tylko nie tylko nie musowo ukrywać, ale z którego można się otwarcie cieszyć, wybierać jako zwyczajny sposób postępowania, nie naznaczony seksualnością.

Kiedy dziecko zaczyna dojrzewać płciowo karmienie piersią nie powinno mieć miejsca- ono miało wystarczająco czasu, by dorosnąć do rozstania z matczyną piersią. 6-7 latek, jeśli nadal jest karmiony piersią, to najwyższy czas, by pomóc mu rozstać się z tym etapem życia:

-dobrą dietą;

-wsparciem emocjonalnym;

-dbałością o odporność dziecka.

Nawet jednak tak długie karmienie piersią, jeśli mamy do czynienia z normalną rodziną, nie powinno i zazwyczaj nie ma charakteru seksualnego: dziecko pozostaje dzieckiem, a jego odczucia są pozaseksualne, a matka pozostaje matką, a nie kochanką, choć odczucia tych dwojga mają prawo być przyjemne tak jak pozytywnym doświadczeniem może być więź z dzieckiem, rodzicem.

Jeśli byłoby inaczej rzeczywiście mogłoby mieć miejsce wypaczenie.

Jednak z góry nie należy się dopatrywać czegoś chorobliwego w karmieniu piersią, tak jak nie ma niczego chorobliwego w byciem ssakiem. Z natury jesteśmy ssakami, więc jako dzieci potrzebujemy mleka. Zadziwiające jest, że wpiera się ludziom, że nawet jako dorośli potrzebują mleka, podczas gdy kwestionuje się tę potrzebę u dzieci. Jest tu jakieś odwrócenie myślenia, wprowadzenie fałszu.

Ani dzieci, ani dorośli nie potrzebują mleka krowiego. Potrzebują go cielęta. Wiedziałam o tym od dawna, jednak przyzwyczajenie robiło swoje: ulubione serki, jogurty itp. kusiły. Dopiero jedno z dzieci ze względu na swoją alergię wymogło na mnie odstawienie całego nabiału. Okazało się, że i jego zdrowie uległo poprawie, ale i moje własne: pozbyłam się paru kilogramów, minęła mi alergia, rozwijająca się astma.

Tak jak macierzyństwo nie ma charakteru seksualnego, erotycznego, w tej samej mierze nie ma go karmienie piersią będąc przede wszystkim KARMIENIEM. I tak jak wszyscy jedzą przy stole, tak karmić piersią również można, a moim zdaniem nawet należy publicznie. Dlaczego należy? jesteśmy zwyczajnie odpowiedzialni za innych. Jeśli będziemy ukrywać ten aspekt macierzyństwa jako „wstydliwy”, nie dziwmy się, że coraz mniej kobiet będzie go wybierać.



Paluszki do buzi czas brać

Często niepokoi matki to, że kilkutygodniowe niemowlę zaczyna brać do buzi paluszki, ba, nawet całą pięść i próbować je ssać. Obawiają się, że przerodzi się to w nawyk ssania palców, że dziecko będzie miało zły zgryz od tego itd.

Czy więc z tym walczyć?

Hm, zanim odpowiem na to pytania, może warto się zastanowić, skąd to się bierze, czemu to służy.

Czy nie cieszy wielu rodziców słodki widok rosnącego w macicy maleństwa, które ssie sobie palce? Które wkłada sobie rączkę do buzi? Czy to źle, że dziecko ma najwięcej zakończeń nerwowych właśnie na wargach, a w następnej kolejności na opuszkach palców? No cóż, tak po prostu jest. Na zdjęciach USG widzimy, że dziecko trenuje tą drogę usta-palce bardzo wcześnie- od 4 miesiąca od poczęcia bodajże. Jednak przychodzi ono na świat i trochę jakby o tym zapomniało, choć trenowało to przez wiele miesięcy.

Nie wiem dokładnie z czego to wynika. Czy z powodu odwróconego widzenia- dziecko po urodzeniu widzi wszystko do góry nogami, czy z powodu dominowaniu odruchowych zachowań, w każdym bądź razie nie jest to bardzo czytelne po urodzeniu, a wraca dopiero po kilku tygodniach z większą jakąś siłą.

Z perspektywy neurologii należałoby się z tego wyłącznie cieszyć: podstawowe połączenie nerwowe jest nieuszkodzone. Od tego właśnie rozpoczyna się mnóstwo poznawczych procesów: od poznawania własnego ciała, ust, palców. Bez tego nie ma ani dobrego trzymania, ani nawet umiejętności wkładania sobie czegokolwiek do buzi, np. w celu poznania, ale też potem w celu zjedzenia.

Można zauważyć, że dziecko zaczyna intensywnie wpychać paluszki do buzi pewien czas przed tym, jak rozpoczyna naukę dotykania przedmiotów, przytrzymywania ich, żeby w końcu całkowicie trzymać je w ręce. Palce z perspektywy dziecka są niezmiernie ciekawe: jest to zabawka ruchoma, wieloczęściowa, będąca dostępna w dowolnym czasie, znikająca i pojawiająca się w zasięgu wzroku, miła w dotyku, pod względem emocjonalnym dwufunkcyjna: i emocjonująca, i uspokajająca w zależności od potrzeby.

Nałogowe ssanie palców nie bierze się z potrzeby poznania własnego ciała. Droga do tego kompulsywnego ssania palców wiedzie którędy indziej:

  • braki w  noszeniu dziecka, przekładaniu go, masowaniu, dotykaniu czyli byciu w kontakcie z ciałem dziecka; co w zależności od rodzaju noszenia, dotykania może być bądź uspokajające bądź pobudzające;
  • braki w ssaniu odżywczym i nieodżywczym, które jest zdolny zaspokoić pobyt przy piersi;
  • zostawianie dziecka samotnego w sytuacji zmęczenia (chyba, że jest starsze i potrzebuje odpocząć od nas), usypiania;
  • samotne spanie maleństwa;
  • gwałtowne lub zbyt szybkie, zakończenie przez rodziców ssania czy to przez przedwczesne odstawienie od piersi czy to przez zabranie smoczków dziecku karmionemu sztucznie.

Nie znam dziecka, które śpiąc z rodzicami, będąc noszone w chuście (a więc wystarczająco często), będąc karmione według potrzeby piersią wystarczająco dlań długo, bez jakiejś ogromnej traumy ssałoby własne paluszki w sposób kompulsywny, nałogowy, trwający jakoś szczególnie długo.

Pora więc docenić niemowlęce zabawy paluszkami. Czy potem sami nie potrzebujemy tego wykorzystywać w dalszym rozwoju dziecka.

Polecam: Dagny Ślepowrońskiej  „Teatrzyk paluszkowy”. Coś dla przedszkolaka na poprawienie nastroju!



Obecnie, gdybym miała komuś polecić książkę najbardziej dodającą wiary i siły w różnych macierzyńskich perypetiach- począwszy od noszenia dziecka pod sercem, przez poród, karmienie- wychowanie- zachęciłabym go do przeczytania książki Moniki Staszewskiej „Bez lęku”.

Czytam ją właśnie z wypiekami na twarzy i z wdzięcznością z sercu, że tak wieloma uwagami Monika zechciała się ze mną podzielić. Dawno nie czytałam tak życiowej, sercem pisanej książki.

Właściwie nie wiem, którym cytatem mogłabym się podzielić – tak ich wiele.

Jeśli podoba Ci się mój blog, to jeszcze bardziej do serca przypadnie Ci ta pozycja- pisana z większym bagażem doświadczeń, z wielkim sercem, z większą perspektywą czasową, bo autorka jest już babcią.

Lektura obowiązkowa!



Recepty na płakanie?

Dzieci afrykańskie nie płaczą, bo matki „czytają” swoje dzieci, a nie książki.

Jednak karmione piersią przez mamy, które mają szybki wypływ płaczą więcej– a tak jest w naszym zachodnim społeczeństwie, jeśli nie umiemy sobie radzić z tym szybkim wypływem, odbijaniem, odczytywaniem potrzeb dziecka  itp.

Podsumowując polsku: częste noszenie + karmienie piersią według potrzeby + wspólne spanie = mniej płaczu.

Wspieranie mamy to też mniej płaczu, kultura sprzyjająca macierzyństwu to też bardziej zrelaksowana mama, a więc bardziej zrelaksowane dziecko.

Piękne mi powyżej wyszły równania, jednak z własnego doświadczenia wiem, że mimo noszenia, karmienia, odczytywania sygnałów wysyłanych przez dziecko może się ono żalić i płakać w sposób nieutulony. Najmłodszy okaz naszej rodziny jest tego przykładem (na szczęście po 2 miesiącu życia z tego wyrósł). A więc tolerancja dla płaczu dziecka musi być wpisana w nasze życie. Dziecko ma prawo być dzieckiem, a więc również płakać, gdy je coś boli, gdy czuje się niezrozumiane, smutne.