Zastępca Anioła Stróża

Historia z życia wzięta.

Żona przewróciła niechcący mebel w domu.

O ten mebel mąż się poważnie potłukł.

Przez to zrezygnował z lotu samolotem na ważną dla niego uroczystość. Był naprawdę zły na żonę!

Do czasu.

Okazało się, że samolot rozbił się w katastrofie.

Niedawno (2 października) było święto Aniołów Stróżów.

Myślałam sobie o tym zajęciu Anioła Stróża i o tym, że my małżonkowie jesteśmy nawzajem dla siebie dodatkowymi aniołami stróżami. Nawet niechcący zdarza nam się nimi być (jak w autentycznej historii powyżej). Chociaż nie zawsze od razu to widać. Na pewno z perspektywy wieczności to zobaczymy, ale i teraz okruchy światła widać.



Bycie doulą-bycie na usługach królowej

Co znaczy dla mnie być doulą?

 

  • Być przezroczystą czyli nie zasłaniać sobą tak ważnego momentu jakim dla matki, ojca jest święto spotkania z własnym dzieckiem;
  • Dzięki tej przezroczystości pomagać oddychać atmosferą spokoju, cierpliwości, bezpieczeństwa;
  • Iść w tym samym kierunku czyli wspierać w tych wyborach, jakie podejmuje matka podczas porodu i po porodzie;
  • Ośmielać mamusię rodzącą do otwierania się jak przecudny kwiat;
  • Cieszyć się darem narodzin, rodzącą, a gdy trzeba razem się trudzić, smucić albo płakać;
  • Ochraniać dar naturalnego karmienia.

 

Być doulą to cieszyć się życiem, a nawet trudem otwierania na nie 🙂



Mleczne pogaduchy- śmiejące maluchy

Dobrych parę lat temu prowadziłam grupę wsparcia dla matek karmiących piersią. Było to bardzo budujące dla mnie osobiście, ale i dla mam, z którymi miałam przyjemność się spotykać. Do teraz z niektórymi z nich utrzymuję serdeczne kontakty, co bardzo sobie cenię.

Jak myślicie- jest obecnie zapotrzebowanie w Lublinie na „Mleczne pogaduchy”?

Na razie zapraszam na spotkanie 14 listopada (wtorek) o godzinie 10.30 w bibliotece publicznej w Lublinie przy ul. Relaksowej 25.

Jeśli ktoś jest chętny, to pytajcie (w komentarzu, mailu: fizula@gazeta.pl lub telefonicznie 501 218 388) lub śledźcie bloga. Zapytajcie też znajomych, czy chciałyby w czymś takim uczestniczyć lub przekażcie dalej.



Zło dobrem zwyciężaj!

Piękne kobietki :)

Wielu ludzi z Polski żyje sprawą rodziny z Białogardu:

Rzecznik Praw Rodziców

To wstrząsająca sprawa medycznego wszechwładztwa. Niby w Polsce minęły czasy totalitaryzmu, ale w niektórych miejscach życia społecznego zadomowił on się na dobre.

Takim miejscem jest niestety nadal wiele szpitali, jak pokazuje historia rodziny z nowonarodzonym dzieckiem.

Wstrząsająca.

Szczególnie dla mnie, bo przypomniało mi się dokładnie moje spotkanie z p. dr. P.Z.

Moje czwarte dziecko rodziło się najdłużej.

Szczęśliwe narodziny naszego synka na ręce moje, męża i położnej. Jednak byłam wówczas znacznie zmęczona porodem, a może poprzedzającymi go nocami. Czy ktoś się może dziwić mamie czwórki dzieci? Nie dałam więc rady urodzić łożyska w „obowiązkowym” okresie. Nawet nie miałam skurczy partych. Jak więc miałam je urodzić? Trudna decyzja położnej, że powinnam się udać do szpitala.

Jeszcze trudniejsza, że ja jadę, a nowonarodzony człowiek zostaje w domu z babcią, dziadkiem i rodzeństwem, aby nie być narażonym na szpitalne zakażenia, na zimno na dworze. Przed wyjazdem odciągam dla niego mleko, udzielam mojej mamie wskazówek, jak się ma opiekować maleństwem.

Z duszą na ramieniu i nadzieją w sercu na szybki powrót wyruszamy we trójkę do szpitala: ja, mąż i położna.

Podczas jazdy i spaceru z samochodu do izby przyjęć oddycham świeżym powietrzem. To mi daje siłę zaraz po przyjeździe wreszcie poczuć skurcz party i energicznie przeć. Co za szczęście! Urodziłam wreszcie to łożysko.

-Panie doktorze, proszę zbadać łożysko. Jeśli jest całe, będę mogła wrócić do mojego dziecka.

I zaskakująca odpowiedź lekarza:

-Nie będę badał odpadów medycznych!

Na szczęście byłam z moją nieocenioną położną, która na te słowa chwyciła szybko łożysko, umyła je błyskawicznie w umywalce, obejrzała i stwierdziła:

-Izuniu, całe jest! Łożysko całe!

Jak bardzo się ucieszyłam na te słowa! Oświadczyłam, że w takim razie wychodzę ze szpitala.

-Nigdzie pani nie wychodzi! Musi być zrobione łyżeczkowanie.

Moje życie, jakie się potoczyło, pokazało, że ten zabieg po urodzeniu całego łożyska byłby niepotrzebnym okaleczaniem mnie. To był mój najkrótszy, bardzo łagodny połóg.

Pan dr, żeby zmusić mnie do pozostania w szpitalu zaczął grozić policją. Na to mój mąż zaczął mu grzecznie tłumaczyć, że dzień wcześniej weszły w życie standardy okołoporodowe, które umożliwiają kobietom porody w domu. „Nie obchodzą mnie te standardy”- odpowiedź medyka.

„Dzięki” panu dr moje 4-godzinne dziecko musiało czekać na mnie dłużej niż to było potrzebne, gdyż musieliśmy jako „groźni przestępcy” oczekiwać na przyjazd policji.

Następnie policja odwiedziła chyba najmłodszego „podejrzanego”- kilkugodzinnego człowieka oraz nas wielce podejrzanych jego rodziców, którzy śmieli urodzić w domu i zwrócić się o pomoc do szpitala.

To jest króciutki fragment z mojej historii. Historii z happy endem, ale też historii, która pokazała mi, czym są nasze szpitale.

Nie wszystkie historie jednak kończą się dobrze. Nie zawsze z udziałem policji, bo my matki bohatersko, pokornie znosimy tak wiele bólu, niezrozumienia, że uginamy się w tym cierpieniu nierzadko. Jeszcze bardziej serce nam się kraje, gdy muszą doświadczać go po urodzeniu nasze dzieci.

Jestem jednak przekonana, że możemy zmienić polskie szpitale, polskich lekarzy i położne.

Mocą modlitwy!

Módlmy się za tych, którzy najbardziej nas i nasze dzieci dotknęli, skrzywdzili. Przebaczmy im i módlmy się za nich!

Modlitwa tego, kto wybacza, ma wielką siłę rażenia. Siłę miłości przemieniającej. Zwłaszcza Koronka do Miłosierdzia Bożego.

Dołączycie do niej?

Dołączcie i podajcie dalej!



Zdrowy i chory

Dwa dni wysokiej temperatury.

Trzeci dzień odpuszcza. Gorączka niska albo stan podgorączkowy.

Ufff!

Dziecko zwalczyło potwora chorobowego. Opowiadam o tym, jak bardzo się cieszę. A tu masz babo placek:

-Trzeba było pojechać do doktora!

Konsternacja z mojej strony. Skąd ta osoba wie, że trzeba było, skoro zdrowsze? Skoro widać, że człowiek będzie żył i miał się lepiej?

-Tak, lekarz lepiej ode mnie zna się na chorobach. Ale ja się znam lepiej na swoim dziecku.

Nie przeczę potrzeby korzystania z konsultacji lekarskich- sama z nich wiele się nauczyłam- zwłaszcza tego, że lekarze rutynowo przepisują to samo. Z ust lekarskich usłyszałam jednak krytykę rodziców:

-Rodzice zazwyczaj za wcześnie przychodzą do lekarza. Zazwyczaj przez pierwsze 3 dni objawy choroby dopiero się zaczynają rozwijać i nie ma sensu przywozić mi dziecka, bo po prostu diagnoza nie będzie rzetelna z tego powodu, że choroba się jeszcze „nie wykluła”, nie ma pełnego obrazu choroby.

No i tu oczywiście też są wyjątki, bo czasami warto rzeczywiście zadziałać szybko.

No, to zdrówka!



Poronienie to w niebie zaistnienie

– zdjęcie zrobione przez któreś z moich dzieci;

My matki, które poroniłyśmy bywamy załamane tą sytuacją utraty dziecka.

To boli.

To kusi do pogrążania się w smutku.

Rozstanie i tęsknota doskwierają, skoro się kochało. A może tym bardziej, gdy się nie kochało.

Ale prędzej czy później przychodzi ocknięcie.

Utrata dziecka?

Nie!

Gdy dziecko idzie do nieba, to się je zyskuje.

Jedni z naszych znajomych na grobie swojego maleństwa wygrawerowali napis: „Gromadźcie sobie skarby w niebie.”

Każdy dzień kochania tego maleństwa, gdy mieszkało z nami, był cenny.

O ile bardziej cenny jest każdy dzień w ramionach kochającego Boga Ojca.

Dzieci te żyjące na ziemi często się gubią- dosłownie i w przenośni.

Niebo to czas, kiedy żyją pełnią entuzjazmu i nic im już nie zagraża. Kiedy mają pełno czasu, by fikać radosne koziołki razem ze swoim Aniołem Stróżem. I nic nie jest w stanie oddzielić ich od Miłości, od oddychania nią, napełniania się nią.

Nie oszukujmy się: nawet bardzo kochając swe dzieci, zdarza się każdemu z nas być dla nich niedobrą, niecierpliwą, gniewliwą.

Gdy się ma dziecko na ziemi- to rodzic powinien być bardziej kochający. I zazwyczaj jest.

Gdy się ma dziecko w niebie- to od własnego dziecka można się uczyć miłości. Bo ono jest już zanurzone w jej oceanie.

I promienieje nią!



?Czy matki same się tną lancetami podczas porodu?

„Przypadki okaleczenia dzieci w trakcie cesarskiego cięcia zdarzają się raz na 100 przypadków.”

Cytat z:

Rozcięcie główki

No to jednym ratują cesarką życie, innych okaleczają na całe życie.

A jeszcze na dodatek zwalają winę oczywiście na kogo by innego- na mamusię! To oczywiście matka wzięła i skalpelkiem dziecko po głowie machnęła, bo co się będzie męczyć!

Bo ginekolog biedaczek nie umie zrobić badania ginekologicznego i wyczuć, że pękł już pęcherz. Spytać też nie umie matki, czy wody jej odeszły.

Historia tego dziecka woła: „Potrzebowałam wyciągniętych rąk matki i położnej, by się urodzić, a nie kaleczenia mnie i mojej matki!”



Podróż

FullSizeRender(4)Światełko.

Dzieci nie należą do nas, chociaż jesteśmy za nie odpowiedzialni.

Przychodzą i odchodzą.

Otwierają się i zamykają.

Ale te małe i duże są światłami od Boga.

(Chociaż duże potrafią zaćmić to światło, postawić w kącie).

Światełkami udającymi się we własną podróż.

Tup! Tup!- pierwsze własne kroczki.

„Nie chcę!”- pierwsze własne wybory.

„Wychodzę!”- wyjścia pierwsze, setne, ostatnie?

Archanioł Rafał chętnie pomoże w podróży,

łażenie, bieganie i jeżdżenie go nie nuży 🙂



Wędrowanie z domu…

IMG_1685

Przybyła do mojego domu na anielsko-ludzkich skrzydłach (czyli Anielka z rodzicami i bratem) książka „Dom w Bogu” Augustyna Pelanowskiego.

W sam raz na wakacje pozycja.

O wędrowaniu.

O wychodzeniu z domu. O przemianie serca, gdy odważymy się przekroczyć próg tego, co znane, zapraszając do drogi dobrego Anioła.

I o tym, jak to ważne, by wyjść z rodzinnego domu, żeby odnaleźć swoje życiowe powołanie.

Żeby przemienić się. Zadomowić w Bogu, a nie w starych schematach rodziny pochodzenia.

I smakowity fragmencik:

„Nie będziesz gotował koźlęcia w mleku jego matki” (Pwt 14, 21)

„Można go traktować dosłownie, ale może on mieć też znaczenie o wiele głębsze. Iluż ludzi cierpi z powodu uzależnienia i skarłowaciałej postawy wobec własnej matki, która zamienia swoje dziecko w ekwiwalent męża, gdy go zabraknie? Jeśli syn całe życie spędza w atmosferze „mleka” czyli jest nigdy nie dorastającym dzieckiem, czy nie staje się to hybrydalną krzywdą? Jest „przegrzany emocjonalnie”, jakby był latami gotowany w tkliwej substancji uczuć matki, a nawet „rozgotowany”! To samo dotyczy córki ojca, który nie pozwala jej się usamodzielnić.

Opuszczenie rodzinnego domu nie powinno być jedynie porzuceniem, lecz pierwszym krokiem do odkrycia zadomowienia się w Bogu, do odkrycia świątyni jako domu Boga, który chce być ojcem dla człowieka.”

Augustyn Pelanowski „Dom w Bogu”