I karmienie, i noszenie- tylko prostota nas uratuje

Punkty dla mam karmiących piersią:

Karmienie piersią jest normalne

W niektórych krajach kobiety karmiąc piersią zaczynają zakładać na siebie coś w rodzaju namiotu, żeby nie było tego widać. Link nawiązuje do tego bardzo dziwnego zjawiska, które następuje w końcu w miejscach, gdzie ludzie nie mają problemu z modą, która rozbiera kobiety na rozmaite sposoby. Z powodu tej mody, ale jeszcze bardziej zmiany mentalności niestety cierpią dzieci oraz ich mamy.

I jeszcze jeden link będący protestem przeciwko byle jakim (nieergonomicznym) nosidłom. Dobre nosidła lub chusty poznamy po tym, że sięgają dziecku aż do dołów podkolanowych. W nosidle firmy „krzak” dziecko będzie wisiało na kroczu, co przyjemne dla niego nie jest. Dla rozbudzenia wyobraźni:

„Nosidła” do d… dosłownie

 



Mała kropla działająca z wielką siłą

Dzieci rosną szybciej niż nam się wydaje.

Dziś taki bąbel ma kilka miesięcy, jutro już dziesięć lat, ani się obejrzymy, a będzie miał tyle, że się będzie chciał wyprowadzać.

Kropla drąży kamień nie siłą, lecz częstym spadaniem- znacie taką łacińską sentencję? Ile przez ten czas usłyszą od nas słów, upomnień, „kocham cię” i „mam cię dosyć”. Co drążymy tą małą codzienną kroplą?

Zbieramy te kropelki?



Czas chustowania

A to było tak: pomyślałam sobie, że przyjemnie byłoby wygrać chustę. Wzięłam więc udział w konkursie.

Konkurs polegał na tym, żeby dokończyć zdanie „Najlepszy rodzic to…”

Cóż było robić? W głowie pustki, a wygranie chusty nęciło, więc napisałam coś oklepanego, żeby nie było, że nie próbowałam:

„Najlepszy rodzic to ten, którego miłość daje korzenie i unosi na skrzydłach.”

No i wygrałam 🙂 

I wytłumaczyć się trzeba z mojej pazernej miłości do chust długich wiązanych:

  • Szczerze znienawidziłam wózki, gdy przeżyłam parę epizodów pt. „Dziecko z włączoną syreną okrętową na jednym ręku, a w drugim ręku prowadzony wózek”.
  • Wnoszenie, wciąganie wózka na piętra, do autobusów, sklepów czyli cyrk lub horror w odcinkach jak kto lubi;
  • Po przeżytej namiętnej miłości do chust kółkowych tak mi rąbnął kręgosłup z jednej strony, że przez jakiś czas nie mogłam chodzić (na szczęście krótko i węzłowato).
  • Nabyłam więc wreszcie przy trzecim dziecku chustę długą wiązaną za co codziennie mój kręgosłup odwdzięcza mi się wierną służbą; a że staram się nosić głównie na plecach, to i mięśnie grzbietu się wzmacniają i narzekam w związku z tym tylko z grzeczności bądź dla towarzystwa co na jedno wychodzi. A przy piątym dziecku mój kręgosłup czuje się raźniej niż przy pierwszym.

Uczyłam się więc tych chust głównie na własnych wózkowo- nosidełkowych błędach. Uczę się w dalszym ciągu. Obecnie przeżywam chyba najkrótszy okres noszenia młodego dziecka- bo 1o miesięczne chłopię już stwierdziło, że bycie noszonym po domu to kompletna nuda. Ewentualnie toleruje wyjście na spacery w chuście- ale tylko sprawnie i bez przestojów. Nie ma jak szybko wyrastać z noszenia! A niektórzy wróżyli mi, jak to się dziecko do dobrego przyzwyczai i będę nosić do końca świata. Koniec świata z takim myśleniem.



Przedszkole? a może dom i podwórko wystarczą?

Przedszkole to nie jest instytucja wymyślona dla wygody, potrzeby dzieci, ale dla dorosłych chodzących do pracy, nie mających co zrobić na ten czas z dziećmi. Jest taki mechanizm racjonalizacji „słodka cytryna”: człowiek sobie tłumaczy, jaki to wspaniały wynalazek, chociaż podskórnie czuje, jak dziecko cierpi w takim miejscu.

Dorosły sobie więc tłumaczy, żeby się usprawiedliwić:

  • jak to dziecko potrzebuje kontaktu z innymi dziećmi;
  • jak to wspaniale rozwija się w przedszkolu społecznie, poznawczo;
  • jakie piękne wierszyki recytuje, piosenki śpiewa w tym przedszkolu.

Jeśli dziecko z zaniedbanego środowiska, patologicznej rodziny trafi do przedszkola, to być może będzie to korzystne dla niego.

Jednak gdy z normalnej rodziny trafi do przedszkola, to zazwyczaj musi to mocno odchorować dosłownie i w przenośni:

  • trudno się dziecku dobrze rozwijać, gdy ciągle choruje, a taki jest zwykle pierwszy rok „chodzenia” do przedszkola;
  • po 8-godzinnym dniu pracy dorosły człowiek jest wymęczony: a cóż dopiero dziecko, którego układ nerwowy jeszcze nie jest dojrzały! to utrudnia dobry rozwój, a nie ułatwia.

Generalnie różne są dzieci. Takie miejsca jak przedszkola, jak na mój gust, powinny pełnić rolę pomocniczą- bywają naprawdę potrzebne, czasami rodzić rzeczywiście potrzebuje takiej „taniej” opiekunki z dostępem do innych dzieci.

Szczególnie mocno ludzie potrafią naciskać na wysyłanie do przedszkola rodziców jedynaków, żeby taki młody człowiek się uspołecznił w takim miejscu. Wydaje mi się jednak, że od konkretnej przedszkolanki, konkretnych kolegów i koleżanek zależy czy to będzie uspołecznienie czy „od-społecznienie”. Jedynak w domu ma stosunkowo dużo czasu, by móc być sam bądź z niewielką liczbą domowników (chyba, że rodzina wielopokoleniowa)- w przedszkolu więc może się potwornie męczyć tłumem dzieci, od których trudno się uwolnić, od których nie można odpocząć przez wiele godzin.

Była już mowa o wspaniałych przedszkolankach- ponieważ one występują nie tylko w mitologii, to właśnie one są sensem przedszkola. Moim zdaniem oczywiście. Potrafią takie miejsce przemienić w coś do czego dziecko będzie tęsknić. Bo za kochającym człowiekiem drugi człowiek tęskni.

 

Są dzieci towarzyskie- te dobrze się poczują w takim miejscu jak przedszkole, a są takie, które są raczej nieśmiałe, mniej towarzyskie- te lepiej zazwyczaj czują się, gdy nie muszą tak wiele przebywać z liczną grupą.

Niestety przez ostatnie kilkadziesiąt lat komunizmu i obowiązkowych szkół i innych placówek przymusowego terroru instytucjonalnego tak się do tego przyzwyczailiśmy, że nawet nam się trudno przestawić na inne myślenie, że można inaczej, że nie musimy oddawać dzieci na wychowanie obcym.

Ech, życie… Ech, wybory… Chyba żadne nie są doskonałe.

Mogłabym tak wychwalać uczenie i wychowanie w domu, ale prawda jest taka, że nie ma lekko.

Na forum budowlanym kiedyś pisano: „Czemu masz mieć lepiej ode mnie? Buduj się!”

To i ja im zawtóruję: Czemu macie mieć lepiej ode mnie? Wychowujcie (uczcie)  dzieci w domu!



Dziecko jest jak modlitwa

bezdzietność- modlitwa w ciszy, gdzie słowa bolą

jedno dziecko- jedno drżące słowo i wiele niedopowiedzianego

dwoje dzieci- i dwa słowa jak „mama-tata”, prostota i bezsilność

troje dzieci- jak muzyka, która się rodzi wraz z trzecim słowem

czworo dzieci- cztery słowa, w których mieszczą się harmonia i walka

pięcioro dzieci- pięć słów zachwytu i oczekiwania

więcej dzieci- z każdym słowem stworzenia wchodzi na świat więcej światła

 

I zmiana tematu:

Nie można być obojętnym!



Na uwięzi lęku

Co najbardziej przeszkadza w byciu mamą?

Lęk.

Lęk przed:

  • chorobą;
  • przed porodem;
  • przed przeziębieniem, zaziębieniem;
  • przed ulewaniem, zadławieniem, kolkami, dysplazją, brakiem witamin, nadmiarem witamin;
  • przed własną nieporadnością;
  • przed tym, co będzie, jakie będzie, jak się wychowa, czy da się radę wychować;
  • przed porażkami wychowawczymi, przed sukcesami;
  • przed przekarmieniem, przed niedożywieniem itd., itp.

Lęk, lęk, lęk. Dużo lęku.



Jakość i ilość

Wyobraźcie sobie burzliwą dyskusję na temat ilości dzieci, wielodzietności. I naraz pada argument z jednej strony: „Nie ilość, ale jakość!” „Jest ryzyko, że jakość przejdzie w ilość przy zbyt dużej liczbie dzieci.”

Włosy mi zdębiały, szczerze mówiąc. A ten, kto przytoczył taką sentencję, dalej argumentuje, że przecież trzeba mieć rozsądek, żeby dzieciom zapewnić studia itd.

I myślę sobie teraz o tych studiach:

  • w ogóle wcale nie jest pewne, że moje (czy kogoś innego dzieci) w ogóle zechcą iść na studia;
  • nie jest pewne, czy w ogóle będą mieć predyspozycje do studiowania (nigdy nie wiadomo, czy młody człowiek nie uderzy się  jutro tak skutecznie w głowę, że nie będzie w ogóle w stanie się uczyć);
  • czy tylko inteligentów potrzeba? czy nie potrzeba też na świecie uczciwych, solidnych ekspedientek, salowych, budowlańców, piekarzy?
  • czy jakiekolwiek studia nauczą bycia dobrą żoną, mężem, matką, ojcem, czy dadzą radość, szczęście, gdy zabraknie Pana Boga w sercu, życzliwości i miłości?

Czy można w ogóle do człowieka przykładać miarkę jakości i porównywać jak produkt? Nawet za najmniejsze dzieciątko Pan Jezus umarł na krzyżu, nawet najlichszy człowiek jest w oczach Bożych kimś, kto jest drogocenny.



Szczęśliwe guzy i siniaki

Będąc mamą ciągle czegoś nowego się uczę.

Ostatnio perypetie z podejrzeniem mózgu najmłodszej pociechy też mnie nauczyły aż za dużo.

Otóż dobrze jest, gdy dziecko ma siniaki, guzy na głowie, nawet, gdy przetnie mu się skóra, gdy się przewróci i można ją opatrzeć.

O wiele gorzej może być, gdy dziecko uderzy się mocno główką i nie ma guza, sińca prawie wcale: wstrząs zamiast pozostać na powierzchni dociera wgłąb. Brrrr, nie polecam tego doświadczenia. Nie życzę nikomu.

O tym, że mogło dojść do wstrząsu mózgu może świadczyć utrata przytomności, wymioty, zatrzymanie oddechu itd.

Nie będę dokładnie opisywać, jak to było w naszym przypadku, ale młodzieniec miał część tych objawów. Na szczęście szybko samoistnie znów zaczął oddychać. Zanim karetka przyjechała został już przystawiony do piersi w celu uspokojenia.

„Czemu pani karmi? Przecież może wymiotować!”- jedne z pierwszych słów ratowników z karetki pogotowia.

„Może, ale nie musi.”- odpowiedziałam i nic sobie nie robiłam z ich uwagi.

Na izbie przyjęć cd. od innego medycznego personelu:

„Nie można karmić! Dziecko może zwymiotować po wstrząsie mózgu!”

„Tak, tak! Może, ale nie musi.”- odparłam i robiłam swoje. Po co dziecku przeszkadzać? I tak miało wystarczająco dużo stresu.

Potem jeszcze karmiłam trzeci raz w gabinecie lekarskim. I czwartyraz czekając na USG przezciemiączkowe.

A potem Jędrusia czekało 4 godziny postu przed uśpieniem w celu zrobienia tomografii komputerowej. Nie docenił kroplówki z solą fizjologiczną i glukozą. Potem jeszcze 2 godziny postu po uśpieniu: „Bo może wymiotować!- Nie może jeść ani pić!”

Jak to dobrze, że go przystawiłam do piersi po urazie! Jak bardzo byłby głodny, gdybym tego nie zrobiła, gdy czekało go tyle czasu postu (6 godzin!) bezpiersiowego. Na szczęście nie wymiotował. Intuicja czy szczęście?

Po mojej relacji może ktoś doceni możliwość przystawiania do piersi? To, że dziecko ma guzy i siniaki?



Jakie to szczęście!

Właśnie chciałam się podzielić z Wami szczęściem, że znów mogę karmić piersią.

Znów?

Znów. Jakoś to doświadczenie szpitalne było potrzebne o tyle, że uświadomiło mi na nowo, że to karmienie jest darem tymczasowym.

Pobyt w szpitalu z powodu wstrząsu mózgu u dziecka. No i dużo potrzebnych badań: USG, RTG, tomografia.

4 godziny w połowie przepłakane przed uśpieniem mojego 9-miesięcznego Jędrusia (potrzebnym do wykonania badania tomografii) i 2 po części przepłakane po uśpieniu. Dziecko nacierpiało się okrutnie. Mam dalej wątpliwości, czy potrzebnie.

Uff, jaka to ulga, gdy można przytulić dziecko do piersi i pokazać mu, że je się rozumie, że chce się je pocieszyć tak, jak tego pragnie. Może właśnie łatwiej zrozumieć, że to jest cenny i potrzebny dar od Stwórcy, gdy go zabraknie, gdy jest odjęty, choć na chwilę.

Bo my na co dzień już potrafimy być takie znużone tym darem, jakby nam się on należał, jakby był czymś oczywistym.

Wiele kobiet ma też dar zdrowia- też niezauważany, niedoceniony: po prostu sobie karmi piersią i wszystko gra. Tylko narzeka jak to ciężko.

Kilka zapaleń piersi, które przebyłam wiosną (jedno na pewno zawinione) uświadomiły mi, że to dar cenny, ale kruchy. A choroba też jest darem- mam nadzieję, że lepiej będę mogła teraz zrozumieć kobiety zmagające się z tym problemem, że będę mogła lepiej im pomagać. Taka moja mała nadzieja.



Strata

„Pan Bóg nie zabiera, chyba żeby dać dużo więcej”- a my się boimy tych naszych malutkich strat. W rodzicielstwie jesteśmy jak ślepi prowadzący ślepych. Dlatego tak bardzo potrzeba nam światła Ducha Świętego, żeby otworzył nam oczy. „W Duchu Przenajświętszym nie ma możliwości klęski.”- bardzo pocieszające i prawdziwe słowa Marii Jurczyńskiej. A więc wychowujmy w Duchu Świętym. Traćmy i zyskujemy nasze dzieci tylko w Nim.