|
|
|
Archiwum kategorii ‘ogólne zamyślenia’
28 luty
Ostatnio wszyscy czytający książki o wychowaniu dzieci, uczestniczący w kursach opiewają stosowanie granic wobec własnych dzieci.
Może to i dobre, jeśliby kierować się przy wyznaczaniu tych granic zasadami życia chrześcijańskiego:
„Jako wybrańcy Boga- święci i umiłowani- okryjcie się głębokim miłosierdziem, łagodnością, pokorą, delikatnością, cierpliwością. Żyjcie ze sobą w zgodzie i przebaczajcie sobie wzajemnie, gdy macie coś przeciw drugiemu. Jak Pan wam przebaczył, również wy tak czyńcie. A wszystko to z miłością, która jest więzią doskonałości. Pokój Chrystusa, do którego zostaliście powołani w jednym Ciele, niech kieruje waszymi sercami. I bądźcie wdzięczni. Niech zamieszka w was bogactwo nauki Chrystusa (…)” Kol3, 12-16a
Właściwie nie wymaga to żadnych komentarzy. Wystarczy, że drąży nasze sumienie. To głębokie miłosierdzi, łagodność, pokora, delikatność, pokora, zgoda, przebaczenie, pokój, wdzięczność- nie jesteśmy w stanie tego sami osiągnąć. Ale z Bożą pomocą jak najbardziej- i o tę pomoc powinniśmy zabiegać przypominając Mu, że go przecież prosiliśmy „Tak mi dopomóż Panie Boże Wszechmogący w Trójcy Jedyny i wszyscy święci”.
25 luty
Łóżeczko dziecięce to pomysł zaledwie XIX/XX wieczny.
Bardzo utrudniający życie rodziców i dzieci (choć są wyjątki), dobry za to jako pojemnik na zabawki, pościel, itd.
To jest jak samoudręczenie. Najpierw usypianie dziecka, mama czeka, kiedy ten maluch wreszcie zaśnie, żeby można go było odłożyć do łóżeczka. Potem na paluszkach delikatnie usiłuje odłożyć delikwenta. Niestety większość dzieci ma zamontowany czujnik na odkładanie. Próba odłożenia powoduje więc ponowne wybudzenie: młody człowiek zaraz budzi się i wznieca alarm „dlaczego jestem sam?!” i „dlaczego się mnie odkłada?!” No i dzięki odkładaniu, przekładaniu historia rozpoczyna się na nowo. Jak po raz drugi uśpić? A jak po raz trzeci, gdy historia się powtórzy?
Czy nie lepiej uśpić w tym miejscu, gdzie dziecko ma spać? Czy nie lepiej mieć je przy sobie w nocy, żeby nie musieć chodzić nocą po domu? Żeby móc je jak najszybciej nakarmić?
Już słyszę te kontrargumenty, jak to niewygodnie, jak to nie ma co przyzwyczajać do spania z rodzicami. No cóż. Dziecko rodzi się przyzwyczajone do spania z rodzicami- taka jest prawda. Co więcej rodzi się przyzwyczajone do spania wtulone w swoją mamę: przecież ani razu przez 9 miesięcy od poczęcia nie spało samo! Widać to doskonale i w sposobie spania dziecka, i podczas karmienia dziecka. Ono zwija się w fasolkę i lgnie do swojej mamy, wtula nogi i ręce w brzuch i piersi swojej mamy. Gdy zachowuje się inaczej, można się zastanawiać, czy nie mamy do czynienia z jakimiś nieprawidłowościami rozwojowymi.
Jeśli z jakiegoś powodu dziecko nie śpi z rodzicami: lepiej kłaść je do przytulnej małej kołyski albo „torby” na dziecko (z wózka), gdzie czuje się otoczone zewsząd.
Co więcej dziecko śpiąc z rodzicami śpi bezpieczniej: oddycha bardziej miarowo, jego serca równiej bije, a więc ciało dziecka korzysta z większej ilości tlenu, jest bardziej zrelaksowane. Śpiąc z maluchem trzeba to robić jednak w sposób odpowiedzialny: na pewno nie po alkoholu, nie po narkotykach. Również osoby z ogromną otyłością (przelewające się fałdy ciała, które trudno kontrolować) powinny raczej unikać spania z małymi niemowlętami. Także palacze narażają swoje dzieci bardziej, chuchając na nie oparami papierosów, które czuć jeszcze przez długi czas po wypaleniu.
Czasami mamy opowiadają, że czują się okropnie niewyspane po spaniu z maluchem. Z czego to może wynikać? Po części z obaw przed poruszeniem się, obudzeniem dziecka. Jednak okazuje się, że dziecku nie przeszkadza ruszająca się chrapiąca nawet obok osoba, ale jej brak. Niepokoi je samotność, natomiast ruch i obecność mamy i taty sprawia, że sen jest spokojniejszy (co nie znaczy, że dziecko nie będzie potrzebowało ssać w nocy), bardziej relaksujący dla dziecka.
Statystycznie rzecz ujmując dzieci karmione piersią, a śpiące ze swoimi mamami lepiej przybierają na wadze. Ta odkryta korelacja, dla mnie praktykującej od nastu lat mamy , nie jest niczym dziwnym. Dzieci śpiące same niekiedy zapominają o karmieniu nie czując w pobliżu ciepła, zapachu ciała matki, jej ruchu czyli obecności. Gdy mama jest tuż-tuż i czują jej zapach, ruch potrafią bez płaczu upomnieć się o ssanie: poprzez odruch szukania, wtulanie się. Te starsze turlające, pełzające, raczkujące, chodzące łażą niekiedy po całym łóżku w poszukiwaniu maminej piersi.
A i mama, gdy nie musi wstawać w nocy, tylko ma dziecko pod ręką chętniej mu poda pierś nie czekając aż zacznie rozdzierająco płakać. To wszystko skutkuje lepszymi przyborami wagi.
Z początku łóżeczko dziecięce wydaje się oczywistym zakupem. Mi w miarę praktyki zdaje się tym większą zawalidrogą, niepotrzebnym wydatkiem. Dzieci świetnie wyrastają z łóżka rodziców. I potrafią się wówczas cieszyć nową pościelą, nowym łóżeczkiem, swoim dorastaniem do samodzielnego spania.
24 luty
Dlaczego dzieci są nieposłuszne?
- bo potrzebują umieć odmawiać- czy chcielibyśmy, żeby jako nastolatki też ulegle brały papieroski lub narkotyki od rówieśnika nie umiejąc odmówić?; a więc muszą mieć tyle śmiałości, pewności siebie, żeby powiedzieć: „nie, dzięki!”
- bo nie rozumieją nas; zwłaszcza do małych dzieci oczekując szybkiej reakcji trzeba mówić krótko; np. żeby założyć rękawiczki mówimy: „teraz rękawiczki”; własny przykład też bardzo pomaga: jeśli oczekujemy, żeby dziecko samo nałożyło rękawiczki, wówczas można samemu nałożyć swoje rękawiczki, wręczając dziecku jego własne; podanie rękawiczek dwulatkowi, o wiele bardziej do niego przemawia niż najpiękniejsze mowy, prośby;
- bo nie nadążają nas słuchać, wybierać; często dajemy dziecku zbyt trudny wybór np. każąc wybierać półtorarocznemu dziecku; jeśli takiemu młodemu człowiekowi chcemy dogodzić i dać wybór, o wiele lepiej będzie zaproponować: „Chcesz żółtą czapkę?” niż „Chcesz żółtą czy niebieską czapkę?”; przerzucanie w tej sytuacji odpowiedzialności na dziecko nie jest dobrym pomysłem;
- bo są grzesznikami, jak my- a więc poniekąd łatwiej im się nie słuchać niż słuchać, zwłaszcza gdy będzie to wymagało od nich większego wysiłku, wymagania od siebie.
Ponieważ dzieci są grzesznikami jak my, to zwyczajnie potrzebują z miłością upomnień. Karcenie jest z tego powodu bardzo potrzebne naszym dzieciom: jak drogowskaz kierowcy. Z tymże ten nasz młody kierowca potrzebuje bardzo dużo miłości, budowania zaufania, żeby móc zaakceptować te drogowskazy, które powinny prowadzić go pod górę.
21 luty
Serdecznie zapraszam mamy z Lublina i okolic na spotkania grupy wsparcia mam karmiących piersią oraz przygotowujące się do karmienia swoich dzieci (obecnie karmionych jeszcze przez kroplówkę pępowinową).
Zapraszam oczywiście z dziećmi małymi i dużymi. Wstęp wolny- czyli możecie przyjść same, ale też z przyjaciółkami, sąsiadkami, itd. Pierwsze spotkanie odbędzie się 27 lutego 2012 czyli w poniedziałek o godzinie 10.30-12.30 w siedzibie Fundacji Aktywni Rodzice przy ul. Głowackiego 35 (I piętro).
O fundacji, innych spotkaniach przezeń organizowanych, jej działaniach możecie sobie poczytać tu:
Aktywni rodzice
Kolejne spotkania będą się odbywać 05.03. 2012, 19.03.2012, 02.04.2012, 16.04.2012, o godzinie 10.30.
Już się cieszę na myśl o spotkaniu z Wami, bardzo ciepło wspominając spotkania, które niegdyś prowadziłam.
Na pierwszym spotkaniu przewiduję czas na:
- zapoznanie się mam i dzieci;
- uczenie się wzajemnego słuchania- żeby móc się skutecznie wspierać, potrzebujemy rzeczywiście się słuchać;
- przyjrzenie się, dlaczego każda mama potrzebuje wsparcia;
- pytania, rozmowy;
- dla chętnych: ważenie dzieci do 20 kg (będę miała ze sobą wagę).
Jeśli macie na temat spotkania pytania, to proponuję kontakt:
fizula@gazeta.pl
20 luty
Gdybyśmy były aniołami, to rzeczywiście wszystko jedno byłoby jak rodzimy, jak karmimy nasze dzieci. Byle z miłością i już by wystarczyło- jak to zwykły mówić mamy karmiące butelką.
Jednak nawet jak nam się „noga powinie” i nie uda się naturalny poród czy naturalne karmienie, to Pan Bóg z tego niepowodzenia potrafi wydobyć większe dobro. Jakie? Tajemnicze i pełne miłosierdzia są Jego dzieła. Gdy oddamy Mu to, co po ludzku nam się nie udało, może nas wzbogacić ponad to, czego oczekiwaliśmy.
Wydaje mi się, że Pan Bóg liczy jednak na to, że będziemy współpracować z tymi naturalnymi darami, którymi nas wyposażył. Że same z siebie nie spiszemy ich na straty, a postaramy się rozwinąć te zwyczajne-niezwyczajne talenty. Że nie obrazimy się na Niego uprzedzając: „I tak nie umiem wykarmić!”, „Nie potrafię rodzić!” W końcu On obdarowując nas liczy, że przyjmiemy te prezenty.
Dlatego mamy karmiące piersią nie powinny patrzeć z góry na karmiące butelką. Mamy karmiące butelką nie muszą natomiast mieć kompleksów w kontakcie z mamami karmiącymi naturalnie.
W rzeczywistości wszystkie jesteśmy dla siebie siostrami i potrzebujemy swojej obecności, wielkoduszności, przebaczenia.xg
19 luty
KTG czyli kardiotokograf jest rutynowo stosowany w szpitalach w trakcie porodu. Co to w ogóle jest? Jest to urządzenie, które rejestruje pracę serca dziecka oraz wielkość napięcia macicy podczas skurczów.
W praktyce wygląda to tak, że położna każe rodzącej matce kłaść się na łóżku, przypina jej do brzucha szerokie pasy. Obok łóżka stoi zaś urządzenie zapisujące skurcze oraz pozwalające słyszeć i rejestrować pracę serca dziecka. Lekarze zlecają stosować KTG wszystkim rodzącym w szpitalu jak leci- to się nazywa rutynowe stosowanie. Czy jednak słusznie?
Pojawiło się nowe ciekawe badanie:
KTG a liczba cc
Otóż można zauważyć na jego podstawie, że rutynowe stosowanie KTG wiąże się z wyższą o 20% liczbą cesarskich cięć. Czyli tam, gdzie wszystkie kobiety kładą na czas rodzenia, żeby kontrolować ich rodzenie, częściej dochodzi do zakłóceń rodzenia, częściej potrzebna jest ingerencja położnicza.
Dlaczego tak może się dziać?
- samo leżenie (zwłaszcza na plecach) jest bardzo niekorzystne w czasie skurczy porodowych, ponieważ w ten sposób dziecko uciska naczynie krwionośne zaopatrujące je w tlen, stąd częściej dochodzi do niedotlenienia maleństwa; rutynowo stosowane KTG trwa minimum 20 minut, a w tym czasie kobieta rodząca może mieć wiele skurczy; jednakże wielu lekarzy „każe” monitorować rodzącą i jej dziecko o wiele dłużej (nierzadko cały poród); w pozycji na plecach skurcze mogą być o wiele boleśniej odczuwalne;
- kontrolowanie matki rodzącej (tym właśnie jest to badanie) jest wyjątkowo jatrogennym zabiegiem; dlaczego? ponieważ poród jest czasem, kiedy kobieta potrzebuje czuć się „schowana”, niepodglądana, otoczona bezpieczną atmosferą ochronną; a KTG cały czas rejestruje, zapisuje, a to piszczy, a to się zsuwa (i przestaje „piiiiipać”, co jeszcze bardziej niepokoi, bo co się dzieje z dzieckiem? czy na pewno serduszko pracuje?); niepokój może wręcz zahamować poród- szyjka macicy jako zwieracz po prostu może stanąć w miejscu bądź się całkiem zamknąć (zwłaszcza bliżej początku porodu);
- KTG to maszyna, która pobudza do zainteresowania korę nową rodzącej (część mózgu charakterystyczna dla człowieka), a to niedobrze; kobiecie najlepiej się rodzi, gdy kora nowa daje się „uśpić”, kiedy nie myśli ona intensywnie, nie kontroluje, a daje się ponieść fali skurczów; za sprawne rozegranie porodu odpowiada stara część mózgu, wspólna wszystkim ssakom; jej uruchomieniu sprzyja wyciszenie się, niemyślenie, rozluźnienie.
Czy takie argumenty świadczą, że przekreślam to urządzenie? Nie, jednak stosowanie rutynowe tego urządzenia (np. każ dej rodzącej co 3 godziny plus na początek porodu) przynosi tyleż szkód, co pożytków, a można się zastanawiać, czy nie więcej jednak szkód.
Czemu np. służy rejestrowanie skurczy porodowych? Przecież kobieta czuje te skurcze, bardzo rzadko się zdarza, żeby nie odczuwała ich. Czuje ich siłę, mąż z działającym zegarkiem bądź położna lub inna osoba (np. doula) może zapisywać ich częstotliwość- nie jest do tego potrzebne ani leżenie, ani jakieś specjalne urządzenie. Pod względem zawodności rejestrowania siły skurczów jest to urządzenie wyjątkowo zawodne: często się zdarza, że kobieta ma skuteczne rozwierające skurcze, a urządzenie tego nie rejestruje lub vice versa.
Co do rejestracji pracy serca dziecka- można je zbadać przy pomocy innego urządzenia, np. UDT (tzw. udetki) czyli detektora tętna płodu. Udetka ma tą wyższość nad KTG, że kobieta nie musi leżeć plackiem, żeby dać się zbadać, może się ruszać, kucać, stać.
No ale stosowanie takich urządzeń wchodzi personelowi w krew. Przecież się nie będą kurzyły! Powiedziałabym, że używanie tego typu urządzeń o wiele łatwiej wchodzi w krew niż delikatność, wyczucie, dyskrecja, szacunek dla rodzącej, zachowanie ciszy.
Asertywna postawa rodzącej i jej męża może ograniczyć stosowanie tego urządzenia. Prawa pacjenta gwarantują nam, że bez naszej zgody, bez poinformowania nas o skutkach ubocznych (patrz powyżej), lekarze nie mają prawa nas podłączać do urządzeń, leków itp.
Zwłaszcza rodząc mamy prawo do takiego postępowania, ponieważ rodzenie to nie choroba, którą trzeba zażegnywać urządzeniami, lekami, a stan zdrowia, którego skutkiem jest szczęśliwe wydanie na świat dziecka. My jesteśmy odpowiedzialni przede wszystkim za nasze dziecko. Nawet gdyby coś mu się stało, możemy być pewni, że lekarze będą umywać ręce: bo kto inny na izbie przyjęć nas badał, kto inny na trakcie porodowym, zmiana może się zmienić i kolejny sztab lekarzy może chcieć nas od początku badać. Kto w takim mętliku, kołowrocie będzie chciał brać odpowiedzialność?
My jako rodzice bierzmy tą odpowiedzialność w swoje ręce- jak najwięcej ucząc się przed porodem, świadomie rodząc, nie pozostając oczywiście głuchymi na argumenty rzeczowe lekarzy.
16 luty
Zatrudnię dziś Mikołaja Kopernika, żeby się podzielił z nami swoją mądrością:
„Więź duchowa jest o wiele cenniejsza od bliskości fizycznej”.
Świetne zdanie, ale nie ma wielkiego zastosowania w stosunku do małych dzieci i ich rodziców, bo w ich przypadku więź duchowa potrzebuje wyrazu fizycznego. Potrzebuje wyrazu fizycznego, by przekształcać go w wymiar duchowy. Niezbędna jest dla życia duchowego dla naszych dzieci modlitwa za nie, ale czym by ona była, gdybyśmy nie przytulali naszych dzieci, nie karmili, gdy są głodne?
15 luty
Na Onecie, a dobrze gadają. Aż nie chce się wierzyć:
Poczytajcie!
4 luty
Zwłaszcza zimą lubię sobie zapalić. Bardzo relaksujące zajęcie. Kiedyś napisałam o tym na forum i zebrałam gromy na swoją głowę. Jak to? Karmiąca matka i pali? Jak tak można się afiszować nałogiem?!
Jednak ci, którzy tak pisali wykazali się jedynie brakiem uwagi, staranności czytania, brakiem zdolności doczytywania do końca. Nie pisałam bowiem nigdzie, że palę papierosy, a tylko chciałam sobie zażartować opisując dokładnie jak to lubię to palenie. Dopiero na samym końcu napisałam, że chodzi mi o palenie w kominku, a cały ten post był swego rodzaju puszczeniem oka do czytelnika.
No więc zacznę jeszcze raz. Bardzo lubię palić, rozpalać w kominku. Ma to swój klimat. Często palimy w chłodne dni, w taki jak dzisiaj obowiązkowo. I ten ogień rodzi różne refleksje. Ponieważ zaprzyjaźniam się z nim poświęcając mu niekiedy sporo czasu, to i on zdradza mi swoje sekrety. Oczywiście sekretów się nie wyjawia, ale niektóre mam wrażenie, że potrzebują wyjawiania, bo ludzie w cieplutkich mieszkankach z kaloryferami zapomnieli już o tym, jak bardzo potrzebują Prawdziwego Ognia. Ten mały materialny ogień jest tylko jakimś dalekim kuzynem tego Jedynego.
Rozpalanie w kominku to prawdziwa sztuka. Oczywiście najłatwiej uciec się do popularnych rozpałek, wyłącznie suchego drewna- jednak nie każdy je posiada. Otóż starałam się ostatnio podzielić z jednym z członków rodziny odkrytą przeze mnie prawidłowością, że młody ogień łatwo zdusić. Gdy wreszcie uda nam się rozpalić, nowe drwa na początku lepiej dodawać stopniowo i powoli. Dopiero potem można dodawać ich dowolną ilość. Jeśli taki młody ogień założymy wieloma drwami, to może się okazać, że go całkiem zagasimy, że nie poradził sobie z tak dużym zadaniem.
Czy nie podobnie jest z dziećmi? Jak łatwo stłumić talent- „nie maż!” (skąd wiemy, że przyszły malarz nam nie rośnie?); „nie gadaj tyle!” (polityk, dyplomata, a może przyszły aktor?); „nie biegaj wreszcie!” (sportowiec nam rośnie?); „oderwij się w końcu od tych klocków!” (może to przyszły budowniczy podejmuje ważną myśl, która potem zaowocuje?)
Można tak długo się zastanawiać, wiele jest sposobów na tłumienie, pacyfikowanie własnych dzieci. Sama znam niejeden. Mądre mamy jak anioły czuwają jednak nade mną dzieląc się mądrzejszymi myślami niż te, które powstały w mojej głowie. Na dłuższą metę łatwiej jest zahamować, przyciąć, ugłaskać niż dać potężny bodziec do rozwoju.
To często my sami jesteśmy źródłem niepokojów, niecierpliwości- nie dziecko. Dziecko to dziecko: i niedojrzale może mówić (np. cały czas albo z rzadka i powoli), i niedojrzale być nadaktywne, i zwracać na siebie uwagę niedojrzale itd. Wszystkie takie niedojrzałości są trudnym terenem do zagospodarowania. Tym trudniejszym, jeśli będziemy patrzeć na nie z podejrzliwością, nieopanowaną złością itd.
Zacznijmy więc pracę z tym młodym ogniem od tego, że go pokochamy. A więc najpierw damy cierpliwość, a potem stopniowo zadania do wykonywania. Najpierw maleńkie, potem coraz większe. Jeśli ogień, entuzjazm, siła wewnętrzna naszego dziecka będzie duża, to poradzi sobie z każdym trudem. Jeśli jego zapał będzie niewielki, to byle jakie zniechęcenie go przytłoczy.
Jesteśmy zachęceni do wielkiego entuzjazmu, do ufności wielkiej. Tyle że nie w oparciu o własne siły:
„Wszystko bowiem, co z Boga zostało zrodzone, zwycięża świat. A tym zwycięstwem, które zwyciężyło świat jest nasza wiara. Bo kto zwycięża świat jak nie ten, kto wierzy, że Jezus jest Synem Bożym?” 1J5, 4b-5
|