Archiwum kategorii ‘ogólne zamyślenia’


Dziecko a może piesek lub kotek?

Byłam swego czasu na szkoleniu dla douli (osób profesjonalnie wspierających podczas porodu) zorganizowanym przez Fundację Rodzić po Ludzku. Prowadziły je dwie Holenderki, będące doulami.

Na sam koniec swobodna rozmowa, wymiana pytań i odpowiedzi. Jedna z tych pań poradziła doulom, w większości młodym kobietom, że jeśli na skutek tej pracy „zachce” im się samym urodzenia dziecka, to zamiast tego można kupić sobie kolejnego kotka lub pieska. I że jest to dobre rozwiązanie problemu „chęci powiększenia rodziny”.

Uderzyła mnie ta rada. Zwłaszcza że kierowana do takiego audytorium, zwłaszcza że udzielona przez kobiety towarzyszące rodzącym.

Jaka duchowa postawa za tym się kryje? Czy nie ta sama, która o wzięciu zwierzęcia mówi w ostatnich czasach „adopcja”, a wzbrania się przed nazwaniem aborcji morderstwem najmłodszego dziecka? Skoro osoby, które uczą wspierania innych kobiet w ich macierzyńskim trudzie rodzenia sugerują, że nie warto mieć dzieci lub nie warto mieć ich więcej niż „mało”, to o czym to świadczy? Nie tyle jest to jakieś oskarżenie pod ich względem, ale pewne zapytanie, na które nie znalazłam odpowiedzi.

 Owszem nie każda kobieta jest powołana, by mieć wiele dzieci, ale to nie powód, by sobie znajdować obiekty zastępcze typu kotki-pieski-świnki itp. Każda kobieta jest jednak powoływana, by być córką, siostrą, matką czy w sensie duchowym czy fizycznym, by rozwijać się, uczyć się rodzić innych dla Boga, dla świata czyli kochać swoje, ale też nieswoje dzieci, swoje synowe, dzieci opuszczone. By być w relacji miłości do innych ludzi. Rada, by zamiast tego opiekować się zwierzątkami jest … hm… Z deka infantylna? Matki są też powołane, by odważyć się mieć więcej dzieci niż „standardowe” jedno czy dwoje. Czy nie inne kobiety dostrzegające wartość macierzyństwa powinny dodawać im odwagi, by iść pod prąd i dawać życie tylu dzieciom, ile tego od nas oczekuje Pan Bóg, a nie media lub otoczenie?

Podobny wpis znalazłam na jedym z blogów, podobny dylemat:

Dziecko czy mercedes?

W tym kontekście przypomina mi się Matka Teresa, która broniła życia dzieci i dosrosłych, opiekowała się konającymi, najbiedniejszymi. Gdy zapytano ją o kobiety najbiedniejsze, a mimo to rodzące dzieci i sens takiego macierzyństwa, odpowiedziała pytaniem retorycznym. A za kogo my się uważamy, skoro mamy czelność odbierać prawo tym najuboższym do ich jedynego i najcenniejszego skarbu, jakim jest dziecko? Nie jest to wierne przytoczenie jej słów, ale ich sens. Czy nie jest to ogromna pycha ludzi zamożnych, „że ich stać na dziecko”? Pomimo że finansowo może kogoś być stać na dziecko, ale emocjonalnie, duchowo może być stać na dziecko również osobę ubogą, o minimalnych środkach finansowych. „Dobrze widzi się tylko sercem, najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”. Zdarzają się rodziny bogaczy, w których są niekochane dzieci, opuszczone przez swoich rodziców, zdarzają się też rodziny ubogie, gdzie dzieci nie mają wątpliwości, że są najukochańsze i rodzice poświęcą się dla nich, gdy tego będą potrzebować.

Nie znaczy to, że jestem przeciwniczką posiadania zwierzaków. Bardzo je lubię, a nawet jestem szczęśliwą posiadaczką psa i kota. Ale miłość rezerwuję wyłącznie dla ludzi, zwierzętom wystarczy rozsądek i odrobina sympatii, z przewagą rozsądku.



Morskie fale

Kobieta jest podobna do morza: ze swoim cyklem miesiączkowym, ze zmiennością hormonów i nastrojów. I poród i karmienie piersią przypominają nieco odpływy i przypływy, morskie fale, które zalewają brzeg, żeby znowu uciec. W porodzie skurcze przypływają i odpływają, żeby znów nadciągnąć z jeszcze większą mocą. Gdy skurcze są małe, początkowe, to można je łatwo przyhamować stresem, zmianą miejsca rodzenia, itp., ale gdy są już wielkie i częste, to mało co je powstrzyma. Morza rozszalałego też mało co powstrzyma. Może ktoś widział jedną ocalałą ścianę kościółka w Trzęsaczu, która stała niegdyś kilka kilometrów bodajże od morza (głowy sobie za to nie dam uciąć, bo byłam tam zeszłego lata).

Podobnie fale twórczości macierzyńskiej mogą być niszczące, choć o wiele częściej są budujące i ożywcze. 

Hormon oksytocyna napływa w kobiecym ciele falami i unosi rodzącą matkę w nieznaną stronę macierzyństwa.

Podobnie jest w czasie karmienia piersią. Ta sama oksytocyna wpływająca na kurczliwość mięśni macicy, w czasie karmienia piersią obkurcza komórki mioepitelialne, które powodują wypływ mleka z pęcherzyków do przewodów mlecznych. Tak jak dziecko ssie w sposób falowy, powraca do ssania po częstych przerwach, tak mleko z matczynej piersi wypływa falami: raz więcej, innym razem mniej, potem, gdy damy sobie i dziecku dar ciepliwości znów więcej. Upływający czas, czułość jaką mamy dla dziecka ma zdolność wpływać na to falowanie.

Krótkie powyrywane myśli, bo ciemno, namiot zamoczony, sosny szumią jak szalone, a komputer nie jest moim wiernym towarzyszem na czas urlopu.

Pozdrawiam znad szalonego dziś Bałtyku!



Najlepsza inwestycja w rodzinę

Najważniejsza inwestycja w rodzinę i we własne dzieci to troska o własne małżeństwo, pielęgnowanie go.

Wierne kochające się małżeństwo to nieoceniony dar dla rodziny, również dla wychowania dzieci. Dlatego chodzić na randki trzeba przede wszystkim w małżeństwie. Rozmawiać ze sobą trzeba właśnie w małżeństwie, dbać o wzajemne uczucia, o chodzenie za rękę, o czułość i delikatność, zrozumienie i pogłębianie wzajemnej relacji w świetle Bożej obecności szczególnie.

Nawet przy małych i bardzo małych dzieciach jest to możliwe i wręcz konieczne, ponieważ to przy maluchach rodzice często czują się nadmiernie obciążeni. Znajdują więc mnóstwo wymówek: nie ma czasu, zmęczenie, częste pobudki dziecka. Jednak dla chcącego nic trudnego: ci małżonkowie, którym będzie zależeć na wzajemnej relacji po prostu będą dążyć do tych  wyjątkowych spotkań, choć nie bez trudów. Nie musi to być perfekcyjne, ważniejszy powinien być wysiłek wzajemnego spotykania się i radość stąd płynąca.

Taka może oczywista refleksja, ale szczególna dla mnie po rozmowie z S. Drogie czytelniczki tego bloga, proszę o modlitwę razem ze mną za S.- żeby wytrwała w tej miłości, chociaż ona boli do dna serca i za jej dzieci, które płaczą zbyt żałośnie. Otulcie modlitwą ich cierpienie, żeby nie było zbyt przygniatające, bardzo proszę!



Piękno narodzin

Kobieta, która rodzi jest piękna.

I nie chodzi tu o makijaż czy wdzięk osobisty, ale o moc miłości, która daje życie i daje życiu żyć. Jest piękna w swym zmaganiu o cud.

Dlatego bywają różne porody. Te piękne, gdy kobieta otwiera się na tą siłę rodzenia i dzielnie pozwala jej rosnąć w sobie, choć kosztuje ją to własne umniejszenie i skruszenie.

I te mniej piękne, gdy pozwala rosnąć lękowi, poród odsuwając od siebie.Uciekając od niego bądź oddając go walkowerem.

I te, gdzie personel medyczny odbiera kobiecie i ból, i radość rodzenia wraz z jego pięknem uważając się za „wiedzących lepiej jak, gdzie i kiedy rodzić się powinno”.

Piękno narodzin to cud spotkania z dzieckiem. Ale też wchodzenie na górę, by to spotkanie mogło się odbyć. Zmaganie ze sobą i wszechogarniającym trudem to też zwycięstwo miłości.

Poczytuję sobie za zaszczyt uczestnictwo w takim misterium przychodzenia na świat- dlatego staram się nie zasłaniać sobą tego, co potrzebne w porodzie: ciszy i delikatności. Dlatego staram się być oddana matce rodzącej rodząc z nią razem na tyle, na ile tego potrzebuje i chce przyjąć.



O ojcach i matkach

Scenka z życia wzięta.

Niezobowiązująca propozycja do męża:

-A może byś poszedł ze mną do K.?

-Nie, zmęczony jestem.

-Tosiu, a może Ty w takim razie chciałabyś pojechać ze mną do K.?- zapytałam naiwnie.

Nie, najpierw Tata.

Tu zapaliła mi się czerwona lampka. Powtórzyłam to samo, czy na pewno dobrze zrozumiałam, bo zazwyczaj lubi w różne miejsca ze mną jeździć . I? Odpowiedź oczywiście ta sama: najpierw tata.

Oczywiście, skoro tata nie chce, to dlaczego dziecko miałoby chcieć?

Tę zależność widzę też z innymi ważnymi osobami: maluch przypatruje się, jaką opinię ma na dany temat brat i siostra. Jeśli brat oceni nowe danie „ble, niedobre”, to murowane, że młodsza siostrzyczka nie będzie ryzykować.

Ciekawa jest ta zmiana znaczenia, jakie ma dla dziecka mama i tata. W pierwszych trzech latach życia (mniej więcej) to zazwyczaj matka jest dla dziecka „najważniejszą osobą” pod słońcem.  A potem stopniowo jej rola blednie. Ciężkości natomiast nabiera rola ojca jako „osoby znaczącej”.

Na początku więc pewnej pokory wymaga rola ojca- bo on wtedy może czuć się mniej ważny dla dziecka, mniej znaczący, skoro dziecko dąży głównie do kontaktu z matką. najbardziej wtedy może zdobywać serce dziecka dając mu poznać, że otacza opieką tą relację mamy z dzieckiem i w ten sposób jest po jego stronie.

Stopniowo jednak to się zmienia- ojcowie stają się niezmiernie ważni dla dzieci, ich opinie, zachowanie itd. Wtedy nienarzucania się, pewnej dozy pokory i dystansu potrzebują matki. Najlepsze co mogą w tej sytuacji to wspieranie ojców swoich dzieci w rozwijaniu z nimi relacji.

Nie znaczy to, że w którymkolwiek momencie matka bądź ojciec mogli sobie pozwolić na rezygnację z relacji z dzieckiem, zwalając ją na drugiego! Nic podobnego: skromniejsza w danym momencie rola to nie znaczy niepotrzebna. Na własne dziecko po prostu nie można się obrażać.

W pewnym momencie, może nawet szybciej niż nam się wydaje, rodzice zaczynają wychowywać dziecko może nawet  bardziej swoją więzią małżeńską niż pojedynczymi odniesieniami. Wtedy „nie, nie pomogę Ci” kierowane do współmałżonka przekłada się na „nie, nie chcę” dziecka.

Dlatego w małżeństwie nie można zaprzestać chodzić na randki, trzymać się za ręce, patrzeć w jedną stronę. A jeśli przyblakła ta relacja, to czasem można spróbować ją ożywić wiernością,  wyjściem z zaproszeniem na randkę lub na romantyczny spacer, okazaniem pierwszemu miłości, wzajemną pomocą itp.



Normalne jedzenie

Spotykam się często ze stwierdzeniem, że dziecko nie chce normalnego jedzenia, bo ssie tylko pierś.

Tkwi w tym założenie, że mleko matki to nie jest normalne jedzenie, tylko nienormalne. Jest w tym błąd myślowy: otóż mleko matki jest właśnie najnormalniejszym i całkowicie naturalnym pokarmem małego dziecka.

I właściwie zazwyczaj należałoby się cieszyć, że dziecko, które nie zgłasza  zapotrzebowania na innego rodzaju pokarmy, na „trudniejszą” żywność ma pokarm zawierający wszystkie składniki odżywcze począwszy od wody, białek, cukrów, tłuszczy, po enzymy, składniki przecwinfekcyjne, hormony itd.

Zwłaszcza mama pierwszego, jedynego dziecka narażona jest, by zbyt sztywno podchodzić do kwestii czasu wprowadzania żywności uzupełniającej. Gdy przeczyta, że ten odpowiedni czas to skończone 6 miesięcy, nierzadko stara się wtłoczyć w ten schemat swoje dziecko. Obserwacja rozwoju większej grupy dzieci pozwala się zreflektować, że dzieci dojrzewają jednak w różnym tempie. Zazwyczaj ten okres gotowości na nowe smaki, nowe potrawy poza mlekiem mamy waha się między 5-6 a 12 miesiącem. I część dzieci od razu z zapałem rozwija bujnie swój apetyt, inne z kolei czekają jeszcze dłużej (rekordziści nawet do 18 miesiąca). Jeśli dziecko rozwija się prawidłowo, nie ma anemii, to nie ma powodu do niepokoju.

Najczęstsze błędy popełniane przy wprowadzaniu nowej żywności:

  • zastępowanie w drugim półroczu dziecka mleka matki żywnością uzupełniającą (podczas gdy mleko powinno wówczas stanowić nadal podstawę diety); rezygnowanie z karmienia piersią według potrzeby w drugim roku życia;
  • porównywanie się z innymi mamami, z innymi dziećmi;
  • nie reagowanie na sygnały przekazywane przez dziecko (np. niechęć do jedzenia);
  • zmuszanie dzieci do jedzenia, np. podstępem, zabawianiem;
  • robienie z jedzenia dziecka problemu; przyklejanie mu etykietki „niejadek” (dziecko słucha i uczy się od rodziców, kim jest);
  • zbyt wczesne wprowadzanie najbardziej alergizujących pokarmów do diety dziecka: cytrusy, selery, przetwory z mleka krowiego, pomidory, kakao, orzechy, ryby; zwłaszcza gdy dziecko miało jakieś objawy alergii, można te pokarmy zostawić na drugi rok bądź później;
  • wczesne podawanie śmieci żywieniowych;
  • równoczesne podawanie pokarmu składającego się z wielu składników.

Karmiąc dziecko piersią, warto zdać sobie sprawę z tego, że żywność uzupełniająca jest przynajmniej z kilku powodów „trudniejsza” dla dziecka:

  • wymaga dobrego pogryzienia i dokładnego zmieszania ze śliną, czego dziecko dopiero zaczyna się uczyć;
  • może być zanieczyszczona, a więc wymaga sprawniejszej pracy nerek i wątroby (oczyszczalni organizmu);
  • wymaga sprawnego działania enzymów i procesów trawiennych;
  • może zawierać składniki podrażniające, alergizujące.

Dla dziecka w drugim półroczu i drugim roku życia niekiedy pół łyżeczki, łyżeczka to jest właśnie tyle, ile dziecko może potrzebować. Ani mniej ani więcej. Po ćwiartce albo po łyżeczce można proponować dziecku na pierwszy raz danego pokarmu. Jest to właściwa ilość, żeby oswajać się z danym smakiem, konsystencją, zawartością.

Jeśli dziecko akceptuje te pół łyżeczki, można wówczas kolejnego dnia zaproponować już całą łyżeczkę obserwując jego reakcję.

Nasz stosunek do karmienia żywnością uzupełniającą jest nacechowany kulturowymi uwarunkowaniami.

Wiele rodzin wychowuje swoje dzieci dążąc do przekarmiania jako ideał przedstawiając:

-dziecko jedzące dużo;

-dziecko jedzące wszystko oraz szybko;

-dziecko pulchne.

Przekarmiać łatwo też jest dzieci przyzwyczajone do butelki ze smoczkiem, która zazwyczaj uczy wypijania więcej niż potrzeby dziecka tego wymagają ze względu na niefizjologiczny wypływ (ciągły jednostajny). Dzieci te często mają rozciągnięte żołądki czyli przygotowane do przekarmiania. Czy warto więc porównywać swoje dziecko karmione piersią z dzieckiem karmionym butelką?



Geniusz kobiety

Znowu niepoprawnie politycznie o kobiecości.

Pan Bóg na początku stworzył nas mężczyzną i niewiastą. Widocznie to miało sens. I ma nadal, bo Pan Bóg żyje i jest obecny, mówi między innymi przez takich ludzi jak Jan Paweł II:

„Godność kobiety wiąże się ściśle z miłością, jakiej ona doznaje ze względu na samą kobiecość, i równocześnie z miłością, której ona ze swej strony obdarza. (…) Nasze czasy oczekują na objawienie się owego „geniuszu” kobiety, który zabezpieczy wrażliwość na człowieka w każdej sytuacji: dlatego, że jest człowiekiem! I dlatego, że „największa jest miłość” (Kor 13, 13)” z Mulieris dignitatem.

Mówiąc w taki sposób przez współczesnych proroków z pewnością dodaje Ducha kobietom, by doceniły ten dar otrzymany z góry, dar kobiecości, otrzymany niezasłużenie. I rozwijały go w każdej sytuacji życiowej jakiej jesteśmy: jako żony, mamy, siostry, przyjaciółki czy zakonnice. Bo w każdej z nich możliwa jest miłość.

Skoro Pan Bóg stworzył nas na początku mężczyzną i niewiastą, a nie dodatkowo jeszcze homoseksualistą i homoseksualistką, to widocznie miał jakiś powód.



Witajcie!

Mam wsparcie

Czyli wsparcie dla matek.

Ale też wsparcie, które otrzymałam w swoim życiu.

Otrzymałam, więc mogę się dzielić.

Od najlepszej z matek- Niepokalanej Matki.

W moich porodach, codzienności, macierzyństwie.

Od moich bliskich, od mojej domowej położnej.

I tak wielu innych.

Tych wspierających myśli nazbierało się więcej, a więc powstał ten blog- zaciszne miejsce wspierania kobiet w ich byciu kobietami: matkami, córkami, siostrami. Zapraszam do współtworzenia go i zabierania głosu.

Do zapisywania się do położnej środowiskowej.

Lublin, położna domowa:

Iza tel.: 501-218-318;

fizula@gazeta.pl

Nie byłoby tego blogu, gdyby nie najlepsza ze Wspierających, niejeden raz ratująca swoje pisklęta- dzieci: