Archiwum kategorii ‘O wychowaniu siebie i wychowaniu dzieci’


Mała kropla działająca z wielką siłą

Dzieci rosną szybciej niż nam się wydaje.

Dziś taki bąbel ma kilka miesięcy, jutro już dziesięć lat, ani się obejrzymy, a będzie miał tyle, że się będzie chciał wyprowadzać.

Kropla drąży kamień nie siłą, lecz częstym spadaniem- znacie taką łacińską sentencję? Ile przez ten czas usłyszą od nas słów, upomnień, „kocham cię” i „mam cię dosyć”. Co drążymy tą małą codzienną kroplą?

Zbieramy te kropelki?



Czas chustowania

A to było tak: pomyślałam sobie, że przyjemnie byłoby wygrać chustę. Wzięłam więc udział w konkursie.

Konkurs polegał na tym, żeby dokończyć zdanie „Najlepszy rodzic to…”

Cóż było robić? W głowie pustki, a wygranie chusty nęciło, więc napisałam coś oklepanego, żeby nie było, że nie próbowałam:

„Najlepszy rodzic to ten, którego miłość daje korzenie i unosi na skrzydłach.”

No i wygrałam 🙂 

I wytłumaczyć się trzeba z mojej pazernej miłości do chust długich wiązanych:

  • Szczerze znienawidziłam wózki, gdy przeżyłam parę epizodów pt. „Dziecko z włączoną syreną okrętową na jednym ręku, a w drugim ręku prowadzony wózek”.
  • Wnoszenie, wciąganie wózka na piętra, do autobusów, sklepów czyli cyrk lub horror w odcinkach jak kto lubi;
  • Po przeżytej namiętnej miłości do chust kółkowych tak mi rąbnął kręgosłup z jednej strony, że przez jakiś czas nie mogłam chodzić (na szczęście krótko i węzłowato).
  • Nabyłam więc wreszcie przy trzecim dziecku chustę długą wiązaną za co codziennie mój kręgosłup odwdzięcza mi się wierną służbą; a że staram się nosić głównie na plecach, to i mięśnie grzbietu się wzmacniają i narzekam w związku z tym tylko z grzeczności bądź dla towarzystwa co na jedno wychodzi. A przy piątym dziecku mój kręgosłup czuje się raźniej niż przy pierwszym.

Uczyłam się więc tych chust głównie na własnych wózkowo- nosidełkowych błędach. Uczę się w dalszym ciągu. Obecnie przeżywam chyba najkrótszy okres noszenia młodego dziecka- bo 1o miesięczne chłopię już stwierdziło, że bycie noszonym po domu to kompletna nuda. Ewentualnie toleruje wyjście na spacery w chuście- ale tylko sprawnie i bez przestojów. Nie ma jak szybko wyrastać z noszenia! A niektórzy wróżyli mi, jak to się dziecko do dobrego przyzwyczai i będę nosić do końca świata. Koniec świata z takim myśleniem.



Przedszkole? a może dom i podwórko wystarczą?

Przedszkole to nie jest instytucja wymyślona dla wygody, potrzeby dzieci, ale dla dorosłych chodzących do pracy, nie mających co zrobić na ten czas z dziećmi. Jest taki mechanizm racjonalizacji „słodka cytryna”: człowiek sobie tłumaczy, jaki to wspaniały wynalazek, chociaż podskórnie czuje, jak dziecko cierpi w takim miejscu.

Dorosły sobie więc tłumaczy, żeby się usprawiedliwić:

  • jak to dziecko potrzebuje kontaktu z innymi dziećmi;
  • jak to wspaniale rozwija się w przedszkolu społecznie, poznawczo;
  • jakie piękne wierszyki recytuje, piosenki śpiewa w tym przedszkolu.

Jeśli dziecko z zaniedbanego środowiska, patologicznej rodziny trafi do przedszkola, to być może będzie to korzystne dla niego.

Jednak gdy z normalnej rodziny trafi do przedszkola, to zazwyczaj musi to mocno odchorować dosłownie i w przenośni:

  • trudno się dziecku dobrze rozwijać, gdy ciągle choruje, a taki jest zwykle pierwszy rok „chodzenia” do przedszkola;
  • po 8-godzinnym dniu pracy dorosły człowiek jest wymęczony: a cóż dopiero dziecko, którego układ nerwowy jeszcze nie jest dojrzały! to utrudnia dobry rozwój, a nie ułatwia.

Generalnie różne są dzieci. Takie miejsca jak przedszkola, jak na mój gust, powinny pełnić rolę pomocniczą- bywają naprawdę potrzebne, czasami rodzić rzeczywiście potrzebuje takiej „taniej” opiekunki z dostępem do innych dzieci.

Szczególnie mocno ludzie potrafią naciskać na wysyłanie do przedszkola rodziców jedynaków, żeby taki młody człowiek się uspołecznił w takim miejscu. Wydaje mi się jednak, że od konkretnej przedszkolanki, konkretnych kolegów i koleżanek zależy czy to będzie uspołecznienie czy „od-społecznienie”. Jedynak w domu ma stosunkowo dużo czasu, by móc być sam bądź z niewielką liczbą domowników (chyba, że rodzina wielopokoleniowa)- w przedszkolu więc może się potwornie męczyć tłumem dzieci, od których trudno się uwolnić, od których nie można odpocząć przez wiele godzin.

Była już mowa o wspaniałych przedszkolankach- ponieważ one występują nie tylko w mitologii, to właśnie one są sensem przedszkola. Moim zdaniem oczywiście. Potrafią takie miejsce przemienić w coś do czego dziecko będzie tęsknić. Bo za kochającym człowiekiem drugi człowiek tęskni.

 

Są dzieci towarzyskie- te dobrze się poczują w takim miejscu jak przedszkole, a są takie, które są raczej nieśmiałe, mniej towarzyskie- te lepiej zazwyczaj czują się, gdy nie muszą tak wiele przebywać z liczną grupą.

Niestety przez ostatnie kilkadziesiąt lat komunizmu i obowiązkowych szkół i innych placówek przymusowego terroru instytucjonalnego tak się do tego przyzwyczailiśmy, że nawet nam się trudno przestawić na inne myślenie, że można inaczej, że nie musimy oddawać dzieci na wychowanie obcym.

Ech, życie… Ech, wybory… Chyba żadne nie są doskonałe.

Mogłabym tak wychwalać uczenie i wychowanie w domu, ale prawda jest taka, że nie ma lekko.

Na forum budowlanym kiedyś pisano: „Czemu masz mieć lepiej ode mnie? Buduj się!”

To i ja im zawtóruję: Czemu macie mieć lepiej ode mnie? Wychowujcie (uczcie)  dzieci w domu!



Jak mówimy?

W jaki sposób mówimy o swoich dzieciach? One przeglądają się w naszych słowach jak w lustrze.

Stąd kapitalna rada wychowawcza (której szukałam od dłuższego czasu):

„Dopomóż mi do tego, Panie, aby oczy moje były miłosierne, abym nigdy nie podejrzewała i nie sądziła według zewnętrznych pozorów, ale upatrywała tego, co piękne w duszach bliźnich i przychodziła im z pomocą. Dopomóż mi, aby słuch mój był miłosierny, bym skłaniała się do potrzeb bliźnich, by uszy moje nie były obojętne na bóle i jęki bliźnich. Dopomóż mi, Panie, aby język mój był miłosierny, bym nigdy nie mówiła ujemnie o bliźnich, ale dla każdego miała słowo pociechy i przebaczenia. Dopomóż mi, Panie, aby ręce moje były miłosierne i pełne dobrych uczynków, abym umiała dobrze czynić bliźniemu, na siebie przyjmować cięższe, mozolniejsze prace. Dopomóż mi, aby nogi moje były miłosierne, bym zawsze śpieszyła z pomocą bliźnim, opanowując swoje własne znużenie i zmęczenie.” To święta Faustyna Kowalska.

Właściwie tę moc słowa rodzicielskiego potwierdza psychologia zwracając uwagę na tzw. efekt lustra społecznego. Jak mówimy o swoich dzieciach, takimi się stają.

Trudne to zadanie. Bez pomocy Ducha Świętego ani rusz.

Na szczęście:

„W Duch Przenajświętszym nie ma możliwości klęski.”- przeczytane o „Marii z Żar”.

Z Nim zaczynajmy wszystko i kończmy. I karmienie piersią, zupką, sprzątanie, wyjazdy.



Z kim porównujemy swoje dziecko?

Tak się złożyło, że byłam na warsztatach chustowych, chciałam zapytać się o jedną rzecz, nauczyć się jej. Czas zajęło jednak głównie to, co zaplanowały panie instruktorki. Jednak miałam możliwość zadania pytania i podyskutowania.

Zapytałam się o taką kontrowersyjną sprawę: „Czy pozwalać dziecku  spać na plecach z główką odchyloną do tyłu?” Konkretnie chodziło mi o niemowlę starsze, co najmniej trzymające samodzielnie głowę.

To, co usłyszałam to, że jest to niefizjologiczne, niekorzystne dla dzieci. Nie ma, co prawda na ten temat żadnych badań, ale panie instruktorki tak wnioskują przez porównanie z dorosłymi: „Bo gdyby dorosły tak spał, to by mu ścierpła szyja.”

Zastanawiam się jednak, czy nie jest to błąd myślowy: czy powinniśmy dziecko porównywać z dorosłym? Czy dorosły spędza wiele godzin robiąc samolociki, pełzając, a potem raczkując? A wtedy szyja też jest wygięta do tyłu. Panie instruktorki stwierdziły, że przykład dzieci afrykańskich nie jest tu dobry, bo to inna kultura. Nie przekonały mnie tym stwierdzeniem: owszem kultura inna, ale natura taka sama. A po takim spaniu dzieci wcale nie mają krzywych kręgosłupów, to raczej problem nasz zachodni.

Tak samo przez analogię z dorosłymi niektórzy twierdzą, jak to dzieci nie powinny ssać, jeść w nocy. Natura dziecka burzy się przeciwko temu zaleceniu: gros dzieci do 2-3 lat chce ssać, ew. pić, jeść też w nocy.

I analogia z dorosłym jest zupełnie nietrafiona, ponieważ:

  • dorosły nie potrzebuje rosnąć;
  • dorosły nie ma tak krótkich cyklów snu jak dziecko;
  • dorosły nie potrzebuje mleka mamy, a to wydziela się w największej ilości, gdy dziecko ssie też w nocy (ilość prolaktyny-mlecznego hormonu w dużej mierze jest uzależniona od nocnego ssania).

Łatwiej się wychowuje dziecko, gdy nie walczy się z przejawami jego bycia dzieckiem.



Dzień Matki

Obchodzić Dzień Matki czy być na co dzień matką?

Co to znaczy matka?

Czasem rolę matki przejmuje (psychologicznie) ojciec lub babcia, gdy tak dużo czasu opiekują się i karmią dziecko, tak wiele czasu z nim spędzają, że do nich dziecko się bardziej przywiąże swym pierwszym maleńkim- wielkim przywiązaniem. Ale nie jest to normalne.

Nie da się oddzielić roli matki od rodzenia, opieki i karmienia. Z początku rola zakorzeniona w naszym ciele, ale z tym ciałem zawsze jest związana dusza. Dlatego najpierw zdaje się karmimy ciałem, żeby później karmić duszą. Ale karmiąc ciałem, zawsze dajemy też swoją duszę dziecku: patrzymy w oczy, śpiewamy czule, wzdychamy za swoje dziecko.

Mamy narzekają, że czują się uwiązane, zniewolone tym przywiązaniem, uwiązaniem do dziecka. Trzeba wiedzieć, co to jest wolność: to nie jest to, co czujemy. To jest zdolność czynienia dobra: tego jest przy byciu mamą okazji mnóstwo.

Uśmiech do dziecka, wzięcie go w ramiona- zwłaszcza małe dziecko tego oczekuje bardzo często. Nikt nie może powiedzieć, że jest tego pozbawiony w byciu rodzicem.

Bycie mamą to też pozwolenie na przecięcie pępowiny i pozwolenie na kroki dziecka ku tacie: po 1,5, 3 latach życia ogromnego znaczenia nabiera dla dziecka relacja z tatą. To ból, gdy dziecko na tej drodze przewróci się. Ale ból niezbędny i ożywczy.



Pełzanie, raczkowanie a pisanie

Sadzamy dziecko dumnie w wózku, na kolanach- „Już siedzi!”

Ciągniemy dziecko pod paszki, żeby stało. Potem ciągniemy za rączki, żeby chodziło. A to chodzenie ani w wieku 10 ani 12 miesięcy nie jest jeszcze takie ważne. A to siedzenie w wieku 6-7 czy 8 miesięcy nie jest takie ważne: o wiele ważniejsze, czy się przewraca z brzuszka na plecy, z plecków na brzuszek, czy na brzuszku zaczyna pełzać (najpierw w kółko, potem w tył, dopiero na końcu do przodu).

W ten sposób maluch ćwiczy równowagę, panowanie nad nią, kierunki ciała. Te same partie mózgu są wykorzystywane potem podczas czytania i pisania (ołówek też trzeba trzymać w pewnej równowadze w rączce- a nikt za niego nie ciągnie).

Teraz dzieci z problemami pisania i czytania uczy się pełzać i raczkować, jeśli wcześniej tego nie robiły (np. terapia integracji sensorycznej).

Te, które mają problemy emocjonalne, z zachowaniem- masuje się, pozwala odczuć na skórze różnego rodzaju bodźce (mocne, słabe naciski). Czy niemowlęctwo i okres poniemowlęcy to nie jest przede wszystkim okres, kiedy dzieci przede wszystkim powinny móc dotykać, czuć, być pieszczone, dotykane? A my oczekujemy od nich, że będą grzecznie się wysypiać i wylegiwać bez jęknięcia w wózkach i łóżeczkach.

Wszystko ma swój czas.



Zachwyciłam się

Połknęłam ostatnio zachwycającą lekturkę „Elementarz teologii ciała według Jana Pawła II” autorstwa Pawła Kopyckiego.

Nawet jak komuś trudno się przebić przez język teologiczno-filozoficzny polskiego papieża, to jest to piękne tłumaczenie z języka naukowego na polski 🙂

Jak przeczytam po raz drugi, to mogę pożyczyć.

„Człowiek rozwija swe rodzicielstwo z biegiem czasu, wychowując z miłością swe potomstwo.”

A my byśmy chcieli być od razu doskonałymi rodzicami. Prędzej czy później opadają maski z naszych twarzy. Bez trudu rozwoju nie ma wychowania z miłością.”

Dla małżonków i rodziców lektura obowiązkowa, chyba że ktoś woli sięgnąć do oryginału.



Rozumiesz swój los?

„I dopóki kobieta nie zrozumiała, że jej zadaniem jest być matką, nie zrozumiała swojego losu.”

-piękny cytat z szerszej wypowiedzi dr Półtawskiej.

Chętnie bym usłyszała dalszy ciąg tej wypowiedzi. Myślę, że diabeł szczególnie chce niszczyć matki, ich rolę ze względu na Maryję, której nienawidzi. Dlatego najchętniej wszystkie wysłałby na traktory, aby cały dzień spędzały na kasach, w bankach, na ulicach itd. Byle z dala od dzieci i męża.



Jakie powinno być usypianie?

Różne patenty mają różne rodziny na usypianie swoich dzieci.

Zazwyczaj można je streścić tak:

Poczucie bezpieczeństwa+nuda+spokój rodzica+odpowiednie zmęczenie dziecka= udane zasypianie. Kiedy się co rusz nowego wypróbowuje akurat podczas zasypiania, to takie eksperymentowanie na pewno sprzyja rozbawianiu/zabawianiu dziecka, a nie usypianiu.

Kiedyś niespodziewanie sąsiadka poprosiła mnie o uśpienie swoich dzieci (rodzice utknęli gdzieś w popsutym samochodzie bodajże, a babcia musiała opuścić swoje wnuki, żeby pójść zażyć lekarstwo). Pomimo że dzieciaki były zmęczone, nie poszło lekko:

  • bo maluch postawiony w takiej sytuacji bez przygotowania ma niedobór poczucia bezpieczeństwa; nie rozumie, dlaczego nie ma mamy, znanego sposobu usypiania;
  • skąd mogłam wiedzieć, jakie zwyczaje mają te dzieci i ich rodzice podczas usypiania; uff, na szczęście jednak nieco wiedziałam i to ułatwiło mi nieco zadanie;
  • ani za duże zmęczenie ani za małe nie sprzyja uśpieniu; w tym przypadku tamta trójka dzieciaków była przemęczona całym dniem, stęskniona za rodzicami; a czasem jako rodzice staramy się uśpić dzieci, którym jeszcze nie chce się spać- to też źle rokuje; niekiedy nie nadążamy za swoimi dzieciakami: usypiamy je jakby były mniejsze niż są w rzeczywistości (przyzwyczailiśmy się do wcześniejszego rytmu/długości spania;
  • usypianie przez inną osobę niż ta, co zazwyczaj jest jednak zbyt ciekawe/absorbujące/wyjątkowe, żeby było nudne; a usypianie powinno być nudne, jeśli ma być skuteczne.

Nie mam więc, jak widać z powyższego, patentu na usypianie cudzych dzieci. Co więcej moje własne, też „wystają” mi z tego schematu. Bo życie jest ciekawsze niż jakieś tam spanie 🙂